środa, 18 stycznia 2012

Pod obcym niebem


Angel Wagenstein, Pożegnanie z Szanghajem, wyd. Zysk i S-ka

Samotność, obcość i egzotyka – to wszystko jest wyrażone we wspaniałej w swej prostocie okładce „Pożegnania z Szanghajem”.

Pożegnanie z Szanghajem” miewa fragmenty poruszające, niektóre wręcz na granicy nieprawdopodobieństwa. Inne to żmudny opis przetrwania w nieprzyjaznym, wschodnim mieście. Niektóre z nich to zdarzenia, które przytrafiły się naprawdę, inne dopowiedziała wyobraźnia autora. On sam w epilogu nie rozstrzyga do końca naszych wątpliwości. Wiemy tylko, że pewni jego bohaterowie istnieli naprawdę, innych stworzył na podstawie życiorysów kilku osób. Z pewnością autentyczne jest tło, którym stał się pewien mało znany epizod z czasów drugiej wojny światowej. Świadomie używam słowa „epizod”, choć wiem, że rzecz dotyczyła kilkudziesięciu tysięcy osób - zaledwie ułamek z milionów dotkniętych wojenną zawieruchą. Angel Wagenstein przypomniał ciężkie losy niemieckich i austriackich Żydów, którzy w ostatniej chwili znaleźli schronienie na drugim końcu świata, w Szanghaju. Jedynym mieście na świecie, które jeszcze przyjmowało uchodźców z Niemiec.

Autor celowo skupia naszą uwagę na kilku osobach, by na ich przykładzie pokazać, w jak brutalny sposób nazizm zmuszał do porzucania wszystkiego, co znane, miłe i drogie. Na pierwszy plan wysuwa się młoda dziewczyna Hilda Braun, której perypetie życiowe przypominają pełen nagłych zwrotów i brawury scenariusz filmowy. Oraz światowej sławy skrzypek Theodor Weissberg, którego do wyjazdu przekonuje żona, wybitna śpiewaczka. Elisabeth to rodowita Niemka, która świadomie decyduje się towarzyszyć mężowi w wygnaniu. Choć przyjdzie jej za to zapłacić wysoką cenę.

Cała powieść to ciągłe przechodzenie od wątków pojedynczych bohaterów do szerokiego tła historycznego i obyczajowego. Wagenstein dysponuje bardzo drobiazgową wiedzą i stara się ją przekazać w całości. Sytuacja w Chinach, okupacja japońska, pełne nieufności przymierze między Japończykami i Niemcami, którzy nie rozumieją nawzajem swoich priorytetów, niechęć amerykańskich i zamieszkałych w Azji Żydów do pomocy europejskim pobratymcom, siatka szpiegowska genialnego doktora Richarda Sorgego, drugie dno ataku na Pearl Harbor. Nigdy przedtem nie spotkałam się z tak całościowym ujęciem historycznych wydarzeń w południowo-wschodniej Azji i na Pacyfiku. I chociaż większość z nich była mi znana, informacja o oddziałach SS, które przybyły do Szanghaju w celu utworzenia getta (i nie tylko), była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Niewiele brakowało, a ci udręczeni ludzie podzieliliby los swoich krewnych i znajomych.

Mimo wielu walorów, „Pożegnanie z Szanghajem” należy jednak do tych książek, które powinno się przeczytać ze względu na treść, a nie na sposób napisania. Ponieważ to drugie nie dorównuje temu pierwszemu. Wagenstien przy tej powieści stał się bardziej przekazicielem faktów niż pisarzem. Wątki Hildy, rabina Levina czy Theodora Weissberga pojawiają się niespodziewanie i tak samo urywają. Pragnienie zachowania od zapomnienia tak mało znanej części historii, a przecież niemniej dramatycznej niż inne, przeważyło nad tworzeniem rzeczywistości literackiej, którą my, czytelnicy, możemy odebrać przy pomocy wyobraźni. Stąd brak w tej powieści spójności tak wyczuwalnej w osobistej podróży do krainy dzieciństwa, jaką jest „Daleko od Toledo”, środkowa część trylogii Wagensteina (cykl kończy właśnie „Pożegnanie ...”).

Tak czy owak „Pożegnanie Szanghaju” zasługuje na naszą uwagę, dostarcza wiele cennej wiedzy i pozwala wyrobić sobie zdanie na temat prowadzenia polityki. Skłania także do myślenia o tych wszystkich ludziach, którzy musieli (i nadal muszą) uchodzić w popłochu, unosząc jedyną cenną rzecz – własne życie. Nic dziwnego, że taki ogrom niezawinionego cierpienia wpłynął na pisarstwo tak wyrobionego warsztatowo pisarza, jakim jest Angel Wagenstein. Jego książka jest pomnikiem. Może trochę z grubsza ciosanym, ale szczerym i pełnym współczucia.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Miłosne życie inteligenta


Anita Halina Janowska, Wariacje jesienne, wyd. W.A.B.

Te tytułowe wariacje jesienne powinny być raczej nazwane wariacjami miłosnymi. Ich początek wydawał mi się być zbyt niefrasobliwy i mało poważny, by poświęcać mu więcej uwagi. Trochę cierpliwości i „Wariacje ...” ujawniają cały swój wewnętrzny skarbiec.

Ludzie nie żyją w próżni, zawsze potrzebują chętnych słuchaczy i rozmówców, którym przekazują swoje myśli, spostrzeżenia i wspomnienia. Między płciami istnieje jakieś napięcie, wzajemne przyciąganie, które łatwo może przerodzić się w coś poważniejszego lub tak samo łatwo odejść w niebyt. Anita Halina Janowska z wdziękiem podejmuje tę tematykę, rozpisuje ją na pyszne dialogi, wyciąga całą esencję stosunków międzyludzkich, które opierają się na błędnym w końcu aksjomacie, że ten drugi myśli i czuje tak, jak ja.

Miejsce zdarzeń wybiera niecodzienne - Dom Pracy Twórczej w Oborach. Ci, którzy tu przyjeżdżają, przynajmniej z racji zawodu mają określone zainteresowania i sposób bycia – czytają książki, w tym swoje nawzajem, rozmawiają o nich, szukają głębszego sensu w tym, co ich otacza, a jednocześnie nadal pozostają ludźmi z krwi i kości, pełnymi namiętności, z potrzebą pokazania się i kochania.

Takimi są właśnie Henryk, narrator tej powieści, oraz Anka. Krążą wokół siebie, zarzucają różne przynęty. Anka na przykład przypomina dawny żart telefoniczny, który może się przydać Henrykowi do napisania scenariusza. Henryk w rewanżu udostępnia to, co swoim zdaniem ma najcenniejszego – listy i wyjątki z dzienników zmarłej żony, Marii. Prócz oczarowań, zaczynają się pierwsze nieporozumienia, granie na zazdrość. Wokół Anki i Henryka przewijają się także inne, odmalowane żywo osoby – cyniczny Tomasz, złośliwa, ale lojalna Bujna, emanująca seksapilem Magdalena, pan Juliusz, konkurent Henryka, oraz pani Stefania wspominająca szczęśliwe chwile z wnukiem, kiedy ten był jeszcze małym chłopcem. Podobno większość z tych postaci istnieją naprawdę.

Całość jest napisana z prostotą, w jakby niegdysiejszym stylu, który na początku wprowadził mnie w błąd, co do okresu rozgrywanej akcji. Po dwutysięcznym roku wydaje się, że ludzie wyrażają się w bardziej dosadny sposób, prześlizgują po wierzchu bez głębszego zastanowienia. „Wariacje ...” są inne. Janowska pisze z cudowną lekkością. Jej proza jest żartobliwa, gdy trzeba, by nagle zmienić front o 180 stopni, spoważnieć i zmusić do zadania sobie trudnych pytań. Bo mimo miłosnej tematyki, nie mamy wrażenia, że przyszło nam czytać łzawy romans. Śmiało można powiedzieć, że Janowska stworzyła nową kategorię literatury lekkiej, zabawnej i rzewnej, która - w przeciwieństwie do znacznej większości określanych takimi przymiotnikami książek - nie straszy pustotą. Autorka nie boi się kontrowersyjnych tematów, chętnie wykorzystuje różne formy literackie, sięga po listy, relacje, fragmenty protokołów. Na uwagę zasługuje nawet okładka – twarda, w kolorze mieniącego się błękitu z motywem kwiatowej tapety. Oby powstawało jak najwięcej takich książek!

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B.

czwartek, 12 stycznia 2012

Pizza smażona na sposób szkocki


Alexander McCall Smith, Świat według Bertiego, wyd. Muza

Ta książka należy do tych, które przynoszą wiele radości i stawiają na nogi. Zapewniają prawdziwą rozrywkę, a przy okazji pozwalają nam zajrzeć w głąb ludzkich myśli i dorzucają co nieco do naszej wiedzy o świecie. To tak rzadko spotykane połączenie udało się szkockiemu pisarzowi, którzy jest także profesorem prawa medycznego i bioetykiem, założycielem teatru w Botswanie (gdzie spędził dzieciństwo) i grającym amatorsko fagocistą. Tylko tak niezwykła osobowość mogła stworzyć coś tak ciepłego i autentycznego jak seria „44 Scotland Street”. „Świat według Bertiego” jest czwartym tomem serii, a pierwszym, jaki znalazł się w moim ręku. Od razu zatonęłam w codzienności jej szkockich bohaterów, a nieznajomość poprzednich części nie przeszkodziła mi w rozeznaniu się w charakterach postaci i wzajemnych powiązaniach między nimi.

Książka ma charakter powieści otwartej. To dlatego, że drukowano ją w odcinkach w gazecie. Być może to jest przyczyną, że tak łatwo wejść w powieściową rzeczywistość „Świata ...”. Ale uwaga! Pewne wątki naturalnie się rozwiną i zakończą podczas czytania powieści. Inne pokomplikują się, ale ostatnia strona książki nie zaspokoi naszej ciekawości, gdyż ciąg dalszy znajdzie się w... kolejnym tomie! A trudno będzie sobie odmówić przyjemności sięgnięcia po niego, jak i poszukania tych wcześniejszych. Powiedziałabym, że losy Bertiego, jego rodziców i szkolnych kolegów oraz panny Harmony, Angusa i jego psa Cyrila, Domeniki, Dużej Lou, Pat, Matthew, Antonii i Bruce'a uzależniają jak filiżanka małej czarnej, gdyby nie to, że kawa nie wywołuje tyle uśmiechu na twarzy.

Tytułowy Bertie to sześciolatek dręczony przez matkę. Irene kieruje się najnowszymi trendami wychowawczymi, które zakładają, że jej synowi potrzebna jest joga, wizyty u psychiatry, gra na saksofonie, a wykluczone jest bawienie się z dziećmi z podwórka, szczególnie z samymi chłopcami (bo to rozwija agresję) oraz posiadanie psa. Pomysły Irene, choć pełne szlachetnych intencji, unieszczęśliwiają jej syna. Aż trudno uwierzyć, że mimo to Bertie pozostaje miłym i normalnym chłopcem. Nawet jeśli musi zmieniać swojemu młodszemu braciszkowi pieluchy. Pozostali bohaterowie to obecni lub byli mieszkańcy kamienicy przy Scotland Street 44. Niektórzy się przyjaźnią, inni znają tylko przelotnie. Zakochują się, rozczarowują sobą, mają wobec siebie plany, a te, jak to w życiu bywa, zmieniają się. Wśród nich najbardziej rzucającą się w oczy jest postać Bruce'a – przystojniaka i egoisty, który prócz wielu talentów, dysponuje niebezpiecznym dla kobiet urokiem osobistym. I przekonaniem o własnej niezwykłości, które dla nas, obserwatorów z zewnątrz, balansuje na granicy komizmu.

Świat ...” prócz wnikliwej znajomości ludzkiej natury, oferuje nam szkocki koloryt. I tak według mieszkańców Edynburga, w Anglii mówi się dziwną odmianą angielskiego. Stuart, mąż Irene i ojciec Bertiego, jako statystyk wie, że Szkoci należą do najgorzej odżywiającej się nacji na świecie. Dowodem na to są smażone pizze i smażone batoniki w ich menu. Duża Lou spotyka się ze szkockim monarchistą, który całkiem na serio pragnie oderwania Szkocji od Wielkiej Brytanii i przywrócenia na tron dynastii Stuartów. Swojskim akcentem jest pojawienie się polskiej grupy budowlańców, którzy znają tylko jedno słowo po angielsku. I nie jest to przekleństwo :)

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.

środa, 11 stycznia 2012

Dawcy nikczemnej nadziei


Jonathann Littell, Łaskawe, wyd. Wydawnictwo Literackie

Łaskawe” ścinają z nóg. Dławią w gardle. Budzą rozpacz i niemoc. Wstrząsają do głębi.

Zostały napisane w formie pamiętnika byłego nazisty, który po wojnie przybrał inną tożsamość, a potem wiódł nudne, spokojne i dostatnie życie. Inteligentny, chłodny, wydaje się beznamiętnie opisywać wydarzenia na froncie wschodnim, których był bezpośrednim świadkiem i aktywnym uczestnikiem. Nie szczędzi żadnego szczegółu, dodaje własne przemyślenia i obserwacje, które tylko powiększają grozę.

Wydawałoby się, że literatura o wydarzeniach drugiej wojny światowej jest tak obfita, że nic już nie jest w stanie przerazić bardziej niż to, co zostało opisane i udokumentowane. „Łaskawe” szybko udowadniają nam naszą pomyłkę. Nowość, jaką wprowadził Littell, to spojrzenie na nazistowskie zbrodnie od strony katów, nie ofiar. Bohater Littella, doktor prawa i funkcjonariusz SD Maximilian Aue na pozór nie odczuwa skruchy, nie próbuje budzić naszego współczucia czy litości. W pewnym sensie uważa się za ofiarę konieczności, za trybik w wielkiej machinie totalitarnego państwa, którego nie interesują uczucia mu poddanych, tylko ich gotowość do posłuszeństwa. A to jest niemalże ślepe.

Kierują się nim ludzie, którzy stworzyli koszmar i musieli żyć z nim dalej za cenę własnego człowieczeństwa, zdrowia psychicznego i poczucia więzi z resztą ludzkości. To nawet nie zezwierzęcenie, bo zwierzęta nie oszukują, nie obrabowują skazanych na śmierć, nie każą im się kłaść półnagim na martwych ciałach swoich sąsiadów i krewnych, i nie strzelają do nich, patrząc im w oczy.

Po kolei Aue przedstawia, jak rozkręcała się machina zbrodni, jak nieporadne było to początkowe zabijanie ze względu na opór moralny mordujących, nadmiar ludzi do zabicia... Aue zadaje sobie pytanie, po co to marnotrawstwo ludzkiej materii i ducha, czemu to służy? I dochodzi do demonicznego wniosku, że po to, by od tej pory Niemcy nosili w sobie brzemię wspólnej odpowiedzialności. Chociaż jeszcze we wstępie podaje przykład, jak udział wielu ludzi na raz w zbrodni rozmywa tę odpowiedzialność. Jeśli pielęgniarka uspokaja psychicznie chorego, lekarz go bada, policjant odprowadza do komory gazowej, a technik włącza przycisk uwalniający śmiertelne opary, to tak naprawdę nikt nie zabija (!). To nie jedyny raz, gdy umysł Auego przy pomocy logiki próbuje uporać się z wojennymi potwornościami. Może nie odczuwa wyrzutów sumienia, ale wie, że uczestniczył w czymś, co straciło ludzki wymiar i na zawsze postawiło go i jego towarzyszy broni poza pewną granicą. Może i nie doświadcza wstydu, ale też nie chwali się swoją przeszłością, tylko ukrywa ją przed rodziną i znajomymi. To wszystko jest zrozumiałe, a zarazem wstrętne. Jego ciało jest bardziej szczere – lata po wojnie reaguje mdłościami i wymiotami.

Łaskawe” to jedna z najtrudniejszych powieści, z jakimi miałam do czynienia. I to nie ze względu na imponującą objętość. Tylko na pełny bolesnej prawdy przekaz, że w nas, ludziach, zawsze istnieje gotowość, by stopniowo, powolutku wyzwalać w sobie okrucieństwo i obojętność wobec czyjegoś losu. Aż staną się one normą. I że tkwi w nas nie tylko potencjalna ofiara, ale i kat, który czeka, po której stronie się opowiemy.

Książka genialna i budząca sporo niełatwych emocji. Zdecydowanie nie dla wrażliwców.

Koniec szlacheckich czasów


Robert Foryś, Z zimną krwią, wyd. Fabryka Słów

Chociaż „Z zimną krwią” wydało wydawnictwo specjalizujące się w szeroko pojmowanej fantastyce, książka ta jest po prostu kryminałem historycznym. Nikt nie jest tu obdarzony nadludzką mocą, nie ma podróży w czasie, która implikuje zabawne zderzenie współczesności z dawnymi poglądami czy obyczajami, ani nawet aluzji do czasów obecnych. Nic zatem nie „przeszkodziło” autorowi w oddaniu niestabilnych, ostatnich lat Rzeczpospolitej szlacheckiej. Bombardowani romantyczną wizją patriotyzmu rzadko mamy okazję zetknąć się z tak sugestywnie przedstawionymi przyczynami, które doprowadziły do utraty niepodległości Polski (co wciąż w jakiś sposób mentalnie na nas ciąży). Trudno mi ocenić, na ile autor trzymał się prawdy historycznej. Ponieważ - jak można wyczytać na stronie Fabryki Słów - z wykształcenia jest archeologiem, a z zamiłowania historykiem, sądzę, że można mu zaufać. Zwłaszcza, że napisał nie podręcznik czy rozprawę, tylko powieść przygodową. Autor zrezygnował z przesadnych opisów oraz z niestrawnego dla nas, współczesnych, sposobu wyrażania się ludzi z końca osiemnastego wieku. Powstrzymał się również od naukowych wykładów, a wiedzę o epoce przemycił w sposób przystępny nawet dla niezainteresowanego historią czytelnika. Wyszła z tego rzetelnie napisana, popularyzująca czasy stanisławowskie powieść. Może nie wybitna, ale na pewno dobra.

Bohaterem „Z zimną krwią” jest Hieronim Woyski. Ten żołnierz, szlachcic i obieżyświat ma rozwikłać zagadkę zbrodni, których ujawnienie może wywołać polityczny skandal, a być może i pretekst do interwencji carycy Katarzyny. Chociaż wątek kryminalny jest poprowadzony zgrabne i rozwiązanie sprawy potrafi zaskoczyć, dla mnie nie on był najważniejszy. W dobie wykrywania sprawcy dzięki pozostawionej nitce z ubrania lub włosa, dawne metody prowadzenia śledztwa wydają się raczej skazane na porażkę niż sukces. Woyski dysponuje własną inteligencję i nieprzekupnością, osobą wiernego sługi Stiepana oraz nielicznymi zbrojnymi wyznaczonymi do pomocy. Musi działać ostrożnie, bo chociaż za nim stoją sami Czartoryscy, niechcący może nadepnąć na odcisk innej wpływowej grupie. Bywa, że jest zmuszony odpuścić i szukać innego sposobu, nawet gdy ma w ręku twarde dowody winy.

Świat opisany przez Forysia jest z gruntu niesprawiedliwy i chaotyczny. Brakuje w nim jasnych praw obejmujących wszystkich, jakiejkolwiek instancji, do której można się odwołać czy zwrócić po sprawiedliwość. To czasy, gdy król jest tylko marionetką, niższe warstwy społeczne są traktowane jak bydło, a dobrze urodzeni dzielą się na tych dobrych, lepszych i jeszcze lepszych. Którzy bacznie pilnują, by ten stan rzeczy się nie zmienił. Zdolności, talenty, zasługi nie mają znaczenia bez odpowiedniego rodowodu, a tym bardziej bez pieniędzy. Rządzą brutalność i bezmyślność. To szeroko nakreślone tło obyczajowe budzi niepokój, zgrozę, a nawet niedowierzanie. I właśnie ono potrafi na dłużej utkwić w głowie.

Robert Foryś świetnie wykorzystał formułę literatury sensacyjnej, by przybliżyć ten okres historii. Zachowuje realia epoki nawet w takich szczegółach, jak np. informacje o opium traktowanym wtedy jeszcze jako nowinka medyczna. Chociaż główna akcja rozgrywa się w Warszawie, dowiemy się co nieco o sytuacji w Chinach, o walkach między Francuzami a Anglikami w Ameryce Północnej, o carskiej polityce. A przede wszystkim zaczniemy rozumieć, dlaczego historia Polski potoczyła się tak, a nie inaczej. Nie pozwoli nam o tym zapomnieć wyrazisty bohater, pełne dynamiki wydarzenia, trochę erotyki oraz złowrogie, symboliczne morderstwa.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Dr House wykopalisk


Marta Guzowska, Ofiara Polikseny, wyd. W.A.B

Marta Guzowska sprawi, że jeszcze bardziej stęsknimy się za śniegiem i kojącym chłodem. Jej proza ma tylko jedna wadę - jest ciut przeładowana opisami. Po jakimś czasie przyzwyczajamy się do tej maniery. A wyobraźnia na ich podstawie zaczyna nam wyświetlać w głowie film o suchej, pylistej ziemi, żarze lejącym się z nieba, wszędobylskich muchach, przepoconych ubraniach na ludziach, z których słońce wyciska ostatnią resztkę sił i potu. To w takich warunkach pracuje ekipa archeologiczna, poszukująca w pobliżu ruin Troi m.in. cmentarzyska Achajów.

Chociaż to nie pierwszy kryminał, którego akcja rozgrywa się na wykopaliskach (przykład: Agatha Christie i jej „Morderstwo w Mezopotamii”), tylko Marcie Guzowskiej udało się oddać całościowo klimat panujący w tak specyficznym miejscu pracy i wśród ludzi parających się archeologią zawodowo. Zwłaszcza, że autorka sama spędziła kilkanaście lat na wykopaliskach. Żmudna praca, brud, brak klimatyzacji, cierpliwość, z jaką trzeba wydobyć, opisać i skatalogować najmniejszy odłamek skorupy. Kolejny raport, który trzeba napisać. Grant na wykopaliska, który trzeba pozyskać. Oczekiwanie latami na spektakularne odkrycie, które przyniesie sławę i pieniądze. Służbowa hierarchia, której nie wyrzekną się nawet pracujący ramię w ramię naukowcy. Sponsorzy, przed którymi trzeba giąć się w pokłonach. Z drugiej strony dochodzą sprawy administracyjne, w tym niełatwe relacje z przedstawicielami tureckich władz, które zamiast starożytnego cmentarza wolałyby widzieć w tym nadmorskim regionie jeszcze jedną turystyczną wioskę. To wszystko sprawia, że łatwiej o nieuczciwość i nieetyczne zachowania.

Marta Guzowska zafundowała swoim czytelnikom nie tylko pokątny szwindelek, ale i kilka trupów. Udało jej się przełamać typową konwencję kryminału i stworzyć nową jakość kryminalnej intrygi. Przede wszystkim na pierwsze szczątki trzeba będzie trochę poczekać. Po drugie każde znalezione zwłoki będą oznaczały coś innego niż by to sugerowały pierwsze oględziny. Po trzecie kwestia sprawcy i motywu jest o wiele bardziej zagmatwana niż mogłoby się to wydawać. Trudno pisać więcej na ten temat, by nie popsuć innym przyjemności czytania. Zwłaszcza, że główny bohater, antropolog Mario Ybl, to nietuzinkowa postać w tym barwnym zbiorowisku, które bada Troję. Mario prowadzi własne śledztwo, zbiera obserwacje i pogłoski oraz korzysta ze swojej bogatej antropologicznej wiedzy. To, czego można się dowiedzieć od niego o rozkładzie zwłok, przebija to, czym dotąd zadziwiała Temperance Brennan, antropolog sądowy i bohaterka powieści Kathy Reichs. Poza tym Mario jest bezczelny, egocentryczny, piekielnie inteligentny i aspołeczny. Co tylko pogłębia jego pociąg do dobrze schłodzonego piwa o każdej porze dnia i nocy. To taki doktor House na wykopaliskach. Dokuczliwy jak mucha, a jednak tylko on na serio przejął się zaginięciem tureckiej dziewczyny i bezsensowną śmiercią koleżanki.

Ofiara Polikseny” to fantastycznie poprowadzony kryminał. Bogaty w różne specjalistyczne szczegóły, pewne mniej znane wątki z greckiej mitologii oraz wyjątki z historii różnych ludów, które zamieszkiwały okolice Troi. Pod względem obyczajowym szybko i skutecznie kończy z mitem szlachetnego człowieka nauki. Ale pozostawia też nadzieję, że nie wszystkim jest wszystko jedno. Nawet, gdy kimś takim okazuje się Mario – najbardziej uprzykrzony, rzadko trzeźwy i pyskaty członek ekipy archeologicznej.

Lektura bardziej wymagająca niż inne tego typu powieści, ale też warta tego ze względu na niebanalne pomysły i odkrywczość. Trudno uwierzyć, że to debiut.

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B.

piątek, 30 grudnia 2011

Śnieg na wrzosowiskach


Martha Grimes, Zajazd „Jerozolima”, wyd. W.A.B.

Chociaż Martha Grimes pisze kryminały, nie czyta jej się dla krwi czy drastycznych szczegółów. Jej opowieści z cyklu o o inspektorze Jurym i jego przyjacielu Melrosie Plancie dają nam więcej niż książki napisane przez rodowitych Brytyjczyków. Ponieważ Amerykanka Martha Grimes serwuje nam nasze wyobrażenie o Wielkiej Brytanii. Doskonalsze od rzeczywistości i niezawodne, bo odpowiadające naszym przeczuciom. A te milej czule pielęgnować niż konfrontować z faktami.

Książki Marthy Grimes odznaczają się szczególną emocjonalnością, której nie można jednak mylić z chaotycznością. Oraz budowaniem klimatu, który dominuje nad opisywanymi wydarzeniami i dla którego się sięga po kolejne tomy. A przynajmniej ja sięgam. Bo bądźmy szczerzy - mimo okrucieństwa zbrodni - akcja w „Zajeździe „Jerozolima” stopniowo zwalnia. I nie zmieni tego żaden kolejny trup. Wyraźniejsze stają się relacje pomiędzy bohaterami, także między naszymi starymi znajomymi z poprzednich części cyklu. Obowiązkowo pojawia się zatem inspektor Jury i piękna, choć potargana Vivian Rivington, a także Melrose Plant, który w zgodzie z prawem zrezygnował tytułu szlacheckiego, ale nie pozbył się tym samym snobistycznej i uprzykrzającej mu życie ciotki Agathy (też Amerykanki, tyle że mało sympatycznej).

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Po wrzosowiskach hula wiatr, sypie śnieg. Kto może, gromadzi się przy płonącym kominku. Zajazd „Jerozolima” pęka w szwach mimo odludnego miejsca, w którym jest położony. To tu, gdzie obficie leje się piwo ale, oraz w przerobionym na rezydencję starym opactwie dzieje się większość zdarzeń tej opowieści. Ale wszystko zaczyna się w miasteczku, z którego pochodził pradziad Jerzego Waszyngtona... Taka sceneria niezawodnie działa na wyobraźnię.

Ze względu na konwencjonalność zachowań przedstawionych osób, trudno niekiedy uniknąć wrażenia, że akcja tego kryminału osadzona jest w znacznie wcześniejszych latach. Jednak z pewnych napomknięć w tekście można wywnioskować, że rozgrywa się ona w istocie gdzieś pod koniec lat siedemdziesiątych, a może już na początku kolejnej dekady. Bezrobocie, upadek kopalni węgla, punki – to tylko wzmianki gdzieś tam w tle, a nie realny świat otaczający Jury'ego i Planta. W Wielkiej Brytanii według Grimes przede wszystkim liczy się tradycja, wychowanie i prestiż związany z pochodzeniem. Rezygnacja z tytułu arystokratycznego nie pociąga za sobą zmiany stylu życia, czy choćby pozbycia się wiernego lokaja. Jest tak, jakby nigdy nie było The Beatles i rewolucji obyczajowej. I tak otrzymujemy Anglię idealną, zamkniętą poza czasem niczym w szklanej kuli, w której po potrząśnięciu sypie się sztuczny śnieg. Obrazek tyle uroczy, co nieprawdziwy, a jednak trudno się go wyrzec. Bo prozę Marthy Grimes po prostu się lubi.

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B.


środa, 21 grudnia 2011

Gdy miłość potrzebuje ciszy


Yoko Ogawa, Miłość na marginesie, wyd. W.A.B.

Yoko Ogawa udowadnia, że wielkie dramaty nie muszą rozgrywać się w huku bomb. Mogą zaczynać się wtedy, gdy palce ukochanej osoby przestają nam przekazywać zwyczajową dawkę czułości. Gdy kończy się pewien etap życia, a my jeszcze nie zdążyliśmy tego zauważyć. Ani zaakceptować nowego rozstania. To wtedy nasze ciało może zacząć strajk, tak jak to się przydarzyło bohaterce „Miłości na marginesie”. Któregoś dnia budzi się ona i nie słyszy nic poza grą na flecie. Wszelkie głośne dźwięki stają się problemem. Rozmowy, praca, bycie wśród innych - wręcz wykluczone. To tak, jakby pomiędzy światem a młodą kobietą jako bariera stanęły jej własne uszy. Skoro niczego nie słychać w normalny sposób, być może trzeba nastawić wewnętrzne ucho na swoje potrzeby, otworzyć się na wspomnienia, pozwolić płynąć czasowi innym tempem, także wstecz.

Język autorki jest przezroczysty, niczego nie ukrywa. Krótkie, proste zdania opisują świat takim, jakim widzi go bohaterka. Barwy, kształty, a nawet zapachy wszystkich drobnych i większych otaczających ją przedmiotów. Chwile, gdy siedzi ona owinięta kocem i je ciastka. Kolor herbaty z cytryną. Aparat słuchowy Beethovena. Dłonie stenografa, który spisuje jej historię. Padający śnieg, który paraliżuje na pewien czas miasto. Mimo tych tak konkretnych szczegółów wciąż jesteśmy blisko naszej bohaterki. Blisko jej lęków, tęsknot, teraźniejszych przeżyć, fascynacji i wspomnień. Wrażenie to potęguje jeszcze bardziej narracja w pierwszej osobie.

Miłość na marginesie” to opowieść o stanie zawieszenia, podczas którego omija nas normalny rytm codzienności. Bez pracy, bez stałych zajęć, bez krzątaniny i pośpiechu. Bez względu na to, czy ich brakuje, czy nie człowiek w takiej sytuacji zostaje zmuszony do konfrontacji z samym sobą. Bohaterka książki Yoko Ogawy w końcu dociera do wspomnień o swoje dawnej miłości – tak ważnej niegdyś, tak pięknej i zepchniętej w niepamięć... I nie chodzi o to, czy ją to odkrycie uleczy, ale o to, że w końcu może być ona w pełni sobą.

Ta powieść porusza jakąś czułą strunę. A przecież na pozór nie dzieje się w niej zbyt wiele. I myślę, że chociaż tak ochoczo podkreśla się odmienność kulturową Japończyków, jej treść będzie tak samo ujmująca pod każdą szerokością geograficzną. A może to po prostu Japonki są inne?

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B.

wtorek, 20 grudnia 2011

Ostre jak brzytwa


Arne Dahl, Na szczyt góry, wyd. Muza

Członkowie Drużyny A to szwedzcy policjanci - najlepsi z najlepszych pod względem zawodowym. Za to w życiu rodzinnym bywają tak samo niedoskonali, a czasem nawet nieporadni, jak każdy z nas. Łatwo się z nimi utożsamić, gdyż zdarza im się łączyć niełatwą pracę z opieką nad noworodkiem czy córką przechodzącą burzę hormonalną. I zaobserwować, że jednak niekiedy ich życie osobiste bywa bardziej nieuporządkowane niż zgromadzone w śledztwie dowody. Wstawki osobiste nie przeważają, dodają jednak głównym postaciom autentyczności i są tak wkomponowane w fabułę, by czytelnikowi wcześniejszych książek o Drużynie A pewne sprawy przypomnieć, a nowego – w nie wprowadzić. Autorowi udała się trudna sztuka pogodzenia wątków sensacyjnych z prywatnymi głównych bohaterów, zwłaszcza że jest ich naprawdę liczna grupa. Każdy z członków policyjnej Drużyny A ma swój głos, swoje spostrzeżenia, swój wkład w sprawę. Nawet niewyspany Norlander. Historia zaczyna się od duetu Hjelm i Holm, który w tle porachunków grupki kibiców dostrzegają grubszą aferę, chociaż jej znaczenia długo pozostanie niejasne...

Fabuła powieści przypomina szkatułkę, w której pochowano kilka mniejszych. Ciąg zdarzeń otwiera kolejne wieczka, pojawiają się nowe postacie i ich niejasna rola w niepokojących wydarzeniach. Autor lubi łączyć tak różnorodne sprawy jak bójka kibiców w barze z detonacją ładunku wybuchowego w więzieniu o zaostrzonym rygorze. To, co na początku nie ma sensu, ani w oczach policjantów, ani w naszych (i tak uprzywilejowanych przez narratora) zaczyna się łączyć w większą całość o mrocznym podłożu.

Neonazizm, ksenofobia, skrajnie prawicowe poglądy, pedofilia, narkotyki, zbrodniarze wojenni z byłej Jugosławii – zło ma wiele twarzy, które odrastają jak głowa mitycznej Hydry. Arne Dahl w swoich książkach wyciąga na wierzch to, co w społeczeństwie dzieje się najgorszego. To, o czym nie chcemy słyszeć i czego nie chcemy widzieć, dopóki nie dosięgnie nas samych lub naszych dzieci. Przestrzega, że rozwój techniki i sposobów komunikacji daje większe możliwości przestępcom i degeneratom. Zło staje się międzynarodowe i coraz lepiej zorganizowane. Drużyna A ściga je - zaledwie? aż? - przy pomocy doświadczenia, inteligencji, a nawet intuicji (patrz: Arto Söderstedt i ogłoszenia w gazecie).

W tomie „Na szczyt góry” pomiędzy tymi złymi i tymi, którzy próbują ich powstrzymać, znalazło się jeszcze miejsce dla dwójki uciekinierów, romantycznej pary, dla której związek ich obojga jest ostatnią deską ratunku. To takie dwie płotki, które na granicy ryzyka i nielegalności szukają własnej drogi do szczęścia. Nie sposób im nie kibicować, chociaż zgodnie z taktyką Dahla, przyczynę ich krzywdy, wyobcowania i zachłannego wczepienia w siebie poznamy nie od razu.

Wielu indywidualnych bohaterów, ciągła zmiana perspektywy i ostre społeczne tło – to wszystko sprawia, że „Na szczyt góry” jest lekturą wyborową - dynamiczną, nie pozwalającą na złapanie oddechu czy obojętność.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.

sobota, 17 grudnia 2011

Kto wrobił Luke'a Skywalkera?


Maja Lidia Kossakowska, Grillbar Galaktyka, wyd. Fabryka Słów

Kossakowska z fantazją funduje nam przelot przez niemal cała galaktykę – od jej centrum po odległe rubieże. Dzięki niej zaznamy przyjemności poznania kogoś nowego przez potrząśnięcie jego dłonią, łapą czy odnóżem. Włochate lub gładkie, z odwłokami lub dwiema parami rąk. Albo z wyobraźnią, dzięki której potrafią przebywać pustkę kosmosu bez pomocy techniki (brawa za wyjaśnienie fenomenu Luke'a Skywalkera!) .Wszechświat Kossakowskiej jest bogaty w różnorodne, inteligentne formy życia. Niektóre z nich specjalizują się w pomnażaniu majątku, inne wolą gangsterkę i nielegalne interesy. Wszystkie jednak - poza formami kamiennymi - łączy pasja jedzenia i delektowania się smakiem. Oczywiście pasja ta jest uzależniona od zasobności portfela i pod tym względem świat Kossakowskiej nie różni się zbytnio od realnego. Najlepsze restauracje mają w specjalnych przewodnikach kometki, których liczba określa, czy klient trafi do drogiej, ale serwujące wykwintne dania knajpy, czy do jej przeciwieństwa. Posługująca się językiem międzygalaktycznym kosmiczna brać żywi się wieloma niezwykłymi specjałami. Zwłaszcza, że każda planeta ma swój własny kulinarny styl i niepowtarzalne składniki. I oczywiście, nie wszystko się nadaje dla każdej rasy. Co jednemu sprawi kulinarną rozkosz, innego – zabije.

Kosakowska świetnie wykorzystuje nasze wyobrażenia o o dalekiej przyszłości. Nie istniejemy sami we wszechświecie. Jeśli jeszcze tego nie wiemy, to tylko dlatego, że stara Ziemia leży na skraju galaktyki. Mimo różnic pochodzenia potrafimy się z sobą dogadać i stworzyć potężną unię międzygalaktyczną ze jej standardami i przepisami. Tych zresztą jest aż tyle, że nie wszystkie są sensowne czy mądre. Zdarza się więc, że obywatele kosmicznej wspólnoty starają się je obchodzić na tyle, na ile to możliwe. Najnowszy zagraża tradycyjnemu jedzeniu, restauracjom i ich pracownikom...

Grillbar Galaktyka” to porządna, napisana z lekkością fantastyka przygodowa, która gwarantuje dużo uciechy. Opowiada o wielkim, galaktycznym spisku i wplątanym w niego wbrew swojej woli szefie kuchni Hermosie Madridzie Ivenie. Herm to sympatyczny facet. Zdecydowany, lojalny wobec przyjaciół, obdarzony talentem kulinarnym, który nie raz ratuje mu i jego kumplom skórę. A że książka jest cudownie gruba, o ich przygodach możemy czytać naprawdę długo. Zależy oczywiście, kto ile ma czasu. Dla tych, co mają go więcej, może okazać się zdecydowanie za krótka.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

piątek, 16 grudnia 2011

Złowrogie dziedzictwo


Elly Griffiths, Janusowy kamień, wyd. Wydawnictwo Literackie

To druga część cyklu poświęconego wysokiej i dobrze zbudowane archeolog sądowej Ruth Galloway zamieszkałej w hrabstwie Norfolk w Anglii. Morze, mokradła, rozległe przestrzenie, pozostałości po dawnych mieszkańcach tych ziem – zwłaszcza Celtach i Rzymianach – to interesujące tło dla powieści. Nie znam części pierwszej tego cyklu, więc nie wiem, jak te atuty wykorzystała wcześniej autorka, ale w „Janusowym kamieniu” pojawia ich się jednak niezbyt wiele. A szkoda. Jedyna nowość, wywołująca zresztą ciarki, to starożytni Rzymianie pokazani nie tylko jako racjonaliści, świetni budowniczy i inżynierowie, ale także jako składający ofiary z ludzi, zwłaszcza dzieci. To nie jedyne niewykorzystane możliwość. Po archeolog sądowej, do której wszyscy zwracają się w sprawie znalezionych kości, można się spodziewać ciekawych, przystępnie podanych wywodów na temat tego, co można odczytać z ludzkich szczątków. Coś w stylu Temperance Brennan z serii powieści i serialu o wspólnym tytule „Kości”. Podane informacje są podstawowe i mogą nie usatysfakcjonować czytelników połykających różnej maści thrillery. Owszem i tu mamy ponure znalezisko, które pod wieloma względami wskazuje na czasy starożytne. Do tego dwójkę zaginionych dzieci z prowadzonego przez księdza i zakonnice sierocińca. Oraz tajemnicze groźby pod adresem Ruth. To wszystko wzbudza niepokój, ale byłoby przesadą powiedzieć, że mrozi krew w żyłach.

Na pewno Griffiths potrafi zaciekawić. Świadczą o tym fragmenty zapisków nieznanej osoby, które od czasu do czasu przerywają opis życiowych (i uczuciowych) perypetii Ruth i prowadzonych przez nią badań. To one intrygują, są pełne niejasności i czujemy podskórnie, że notował je morderca, który złożył ponurą ofiarę z małego dziecka. Dlaczego, kiedy żył, na jakich bogów się zaklinał, co za klątwa zawisła nad jego domem, że może ją zmazać jedynie niewinna krew?

Proza Griffiths staje się o wiele bardziej interesująca, gdy przestajemy na siłę szukać zapowiedzianej na okładce grozy. We współczesnej literaturze zagranicznej, zwłaszcza popularnej, najbardziej lubię wyszukiwać odbicia poglądów czy zmian obyczajowych, jakie zachodzą w danym kraju pod wpływem lokalnych uwarunkowań. Kryminały, literatura sensacyjna i kryminalna są przy tym prawdziwą kopalnią. Przykładem są książki Henniga Mankella rozbijające niewinny obraz Szwecji jako kraju postępowego, nowoczesnego i bezpiecznego. Elly Griffiths nie idzie może tak daleko, nie uprawia krytyki społecznej, ale potrafi wpleść w fabułę różne obserwacje. Odradzające się pogaństwo, wciąż istniejący problem samotnego macierzyństwa, brak akceptacji rodziców wobec niezamężnej córki w ciąży, podejrzliwość wobec księży po skandalach pedofilskich – to wszystko znajdziemy w „Janusowym kamieniu”.

Janusowy kamień” jest zgrabnie napisany. Czyta się płynnie, szybko i bez większego wysiłku. Z tych powodów idealnie nadaje się do podróży pociągiem lub autobusem, kiedy siłą rzeczy nie możemy się intensywniej skupić na lekturze.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

czwartek, 15 grudnia 2011

I tylko spokój...


Roma Ligocka, Księżyc nad Taorminą, wyd. Wydawnictwo Literackie

Ten zbiorek felietonów ma w sobie coś z ulotności światła księżyca. Może dlatego, że chociaż wyrastają one z konkretnych miejsc i sytuacji, są tylko punktem wyjścia dla refleksji. Tomik zaprasza do poznania wewnętrznego życia kobiety wrażliwej i wyczulonej na podskórny rytm codzienności. A ponieważ nie ma nic za darmo, ta wrażliwość została okupiona nieporadnością w zetknięciu z brutalnością czy chamstwem. Te ostatnie przewijają się rzadko w tekstach, nie są pretekstem do narzekań, a raczej do rozmyślań, spostrzeżeń i porównań. Co jest tym ciekawsze, że Roma Ligocka mieszkała w wielu miastach, podróżowała po świecie, miała do czynienia z różnymi sposobami myślenia i odnoszenia się do siebie nawzajem. Autorka przy pomocy słów potrafi przekazać nam esencję bycia z innymi ludźmi, bez względu na to, czy współpracowała z nimi na gruncie zawodowym, była (i jest) blisko prywatnie, a może tylko przez przypadek była świadkiem czyjejś rozmowy na plaży. Książki takie, jak „Księżyc nad Taorminą” są jednocześnie bardzo osobiste, a z drugiej strony nie przekraczają granic intymności, nie służą do wywalania na wierzch wszystkich życiowych brudów. Kto spodziewa się sensacji, nie powinien po nią sięgać. Jej cechami rozpoznawczymi są subtelność i wyciszenie. Całość nie ma zbyt wielkiej objętości, a krótkie rozdziały dotykają różnorodnych spraw. I dobrze. Chwila oddechu jest niezbędna w codziennym życiu, ale nadmiar spokoju też może zmęczyć. Dla mnie „Księżyc nad Taorminą” jest takim maleńkim przerywnikiem, po którym znowu mogę wrócić do siebie. Takim zachwycającym, literackim kawałkiem raju.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

środa, 14 grudnia 2011

Subtelne naciski i zimny trup


Mika Waltari, Błąd komisarza Palmu, wyd. Wydawnictwo Literackie

Tak już nie pisze się kryminałów. Nie z taką elegancją, nie językiem, w którym posłanie kogoś do diabła to ciężkie przekleństwo. To znak lat czterdziestych ubiegłego wieku, czasów, w którym powstał „Błąd komisarza Palmu” i kiedy został po raz pierwszy wydany w Finlandii. Kto jednak spodziewa się jakiejś szczególnej specyfiki tamtych lat, gorzko się rozczaruje. Może poza takimi drobiazgami, jak uwaga o przesunięciu godziny rozpoczęcia pracy policji z dziesiątej na dziewiątą czy powszechny zwyczaj palenia cygar i obowiązkowego noszenia kapeluszy. Także i poza paroma nazwami dzielnic, knajp czy kawiarni nie znajdziemy w tej powieści nic z klimatu Helsinek. I kompletnie nie będzie to nam przeszkadzać! Nie wiem, na ile zaważył na moim odbiorze kunszt literacki Walatriego, a na ile wspaniała robota tłumacza, Sebastiana Musielaka, ale język powieści jest świeży, pozbawiony ciężkich sformułowań, których nikt już nie używa. Tylko różnica w pojmowaniu obyczajowości i pewne zabiegi literackie mogą być dla nas wskazówką, że nie jest to dopiero co wydany bestseller.

Choćby i grubiański komisarz Palmu w mojej ocenie nie jest aż tak gruboskórny, jak zdaje się to sugerować jego podwładny – wrażliwy, początkujący policjant i literat, który na próżno stara się zaimponować szefowi. To prawda, Palmu bywa irytujący. Dla nas czytelników też, gdy oznajmia, że wie, kim jest morderca, podczas gdy my nawet nie domyślamy się motywu. Oczywiście, nazwiska nie zdradza. Wierzy w wyłącznie w fakty i swój umysł, który potrafi je logicznie poskładać w całość. Działanie komisarza i cała akcja, które obserwujemy oczami jego pomocnika, to wyzwanie dla pisarza, który nie może olśnić nas nowinkami technicznymi i wymyślnym opisem sekcji zwłok. Za życia Waltariego (i komisarza Palmu) triumfy świeciło wyłącznie zdejmowanie odcisków palców. Za to pisarz serwuje nam taki galimatias związków rodzinnych i uczuciowych, że wprowadza on w osłupienie nawet doświadczonych policjantów. To, co się dzieje w domu zmarłego Brunona Rygsecka, ten barwny tłum zgromadzonych w dniu morderstwa osób i poprzedzające go wydarzenia, są zaskakujące, ponure i... śmieszne. Wszyscy zdają się mniej lub bardziej czarująco kłamać i kręcić na potęgę. Każdy rozdział zaczyna się w dodatku zlepkiem dziwacznych, nonsensownych zdań. Mają one krótko przygotować nas do tego, co odbędzie się w danym rozdziale i rzeczywiście odpowiadają wydarzeniom, o których dopiero będziemy czytać. Zanim jednak do tego dojdzie, można się nieźle ubawić, czytając zdania otwierające np. rozdział czwarty: (…) Aimo Rykämö rzuca bubkami na prawo i lewo, a pani Rygseck przyznaje, że jest bezdzietna. Batler zostaje nakryty na kopaniu grobu”.

Błąd komisarza Palmu” to kryminał, którego akcja rozgrywa się zaledwie w kilku miejscach, brak tu pościgów i przestępczości zorganizowanej. Słusznie można nazwać go klasyką. Jednak ujęcie tematu to nie wszystko. Zdumiewające jest to, co Mika Waltari dodał od siebie – żywe pióro i pomysły, które po kilkudziesięciu latach wciąż są oryginalne, nie trącą myszką i jeśli wywołują uśmiech, to bynajmniej nie politowania. Słowem – stare, ale jare! Na uwagę zwraca też jakość polskiego wydania – okładka co prawda nie jest wizualnie atrakcyjna, za to strony są z grubego papieru dobrej jakości.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

wtorek, 13 grudnia 2011

Kaktusowym szlakiem



Jean-Claude Carrière, Alfabet zakochanego w Meksyku, wyd. Drzewo Babel

Carrière zakochał się w Meksyku, a ja w jego „Alfabecie...”. Bo jest w nim niemal wszystko, co chciałoby się wiedzieć o tym kraju. I tak nęcąco podane, że można go czytać, przeglądać, szukać kolejnych haseł z podnieceniem towarzyszącym odkrywcom nowych lądów. Bardzo szybko się okazuje, że wbrew pozorom niewiele wiemy o tym egzotycznym, metyskim państwie. Szerokie ronda sombrer i palący smak chilli mogą przesłonić wiele faktów. Jak te na przykład, że w Meksyku miliony ludzi wciąż posługują się mową Azteków i Majów. Że wśród podbijających kraj Montezumy Hiszpanów byli wizjonerzy, którzy próbowali na miarę swoich możliwości zbierać opowieści odchodzącego bezpowrotnie do przeszłości indiańskiego świata (i byli to zakonnicy!). Że styl muzyczny orkiestry mariachis Meksykanie zawdzięczają przybyłemu z... Austrii cesarzowi Maksymilianowi Habsburgowi, który zresztą długo nie porządził na meksykańskim tronie. A świetność Azteków trwała ledwie półtora wieku – wcześniej byli tylko głodnymi i ambitnymi obszarpańcami z północnych pustyń.
Autor szczodrze dzieli się z nami wiedzą dotyczącą kulinariów, położenia (i geograficznego i politycznego), zwyczajów i historii. Raczy nas mieszanką, w której jest miejsce na jedzenie, picie, w tym mocne alkohole (nie tylko tequilę), gwiazdy kina, kurorty, smog w stolicy, najgorsze przekleństwa i Matkę Bożą z Guadelupy. Kiedy czegoś nie jest pewien, kiedy tylko o czymś zasłyszał albo był świadkiem niezrozumiałego obyczaju – zaznacza to. Jego styl jest szczegółowy, ale nie suchy. Ni stąd ni zowąd dodaje coś od siebie. I tak podczas zwiedzania w dżungli majowskiego miasta dostrzega starszą panią siedząca w milczeniu na krzesełku i obserwującą wydzierane dzikiemu lasowi budowle. To amerykańska uczona, która jako jedna z pierwszych odkryła to miejsce. Teraz już zbyt schorowana, by prowadzić dalsze badania. Carrière z humorem przytacza też historyjkę o hiszpańskich uciekinierkach z ogarniętej wojną domową ojczyzny. Udręczone kobiety przywitała m.in. delegacja piekarek tortilli z transparentem, który głosił wszem i wobec ich profesję. Z tym, że w Hiszpanii, która nie znała takiego zawodu, to samo słowo określało... lesbijkę! I już gotowa awanturka! Pisarz nie unika i współczesnych problemów związanych z nasileniem się przemocy czy ucieczkami przez północną granicę do „raju” zwanego U.S.A. Bo chociaż największa indiańska piramida znajduje się na terytorium Stanów Zjednoczonych, Meksyk ma do ofiarowania o wiele więcej niż tylko barwny folklor, sumiastego wąsa, biedę i kult macho.
Książka została napisana w formie leksykonu. Hasła ułożone są alfabetycznie, a pod większością z nich znajdziemy odsyłacze do innych, powiązanych tematycznie rozdziałów. I biada temu, kto od razu twardo postanowi, że będzie czytać strona po stronie, jak na porządnego czytelnika przystało. Odnośniki pod hasłami zbyt kuszące, lubią przerzucać nas to w środek, to pod koniec książki. Nowe tytuły wabią, fragmenty rozdziałów wciągają na dłużej niż na chwilę. Nie liczy się porządek, w jakim zapisano hasła, tylko to, co nas w tym danym momencie zainteresuje. W zależności od tematu rozdzialiki mają różną długość, ale i tak najdłuższe mnie przekraczają kilku stron. Stąd złudzenie, że zaraz skończymy czytanie w środku i powrócimy na początek książki. W ten sposób można co najwyżej skończyć z kilkoma zakładkami wetkniętymi w różne miejsca.
Alfabet zakochanego w Meksyku” to najlepsza lekcja z wiedzy o innym kraju. Ni to przewodnik, ni to podręcznik, ni literatura faktu. Od nas zależy, co zechcemy w niej odkryć. Jeśli sięgniemy po całość, odwdzięczy się i zaczaruje nas Meksykiem na zawsze.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Drzewo Babel.

wtorek, 29 listopada 2011

poniedziałek, 28 listopada 2011

Po co dzieciom dorośli, a dorosłym dzieci?


Janusz Korczak, Król Maciuś Pierwszy, wyd. W.A.B. i Biblioteka Akustyczna

Janusz Korczak, Król Maciuś na wyspie bezludnej, wyd. W.A.B. i Biblioteka Akustyczna

Co nowego można napisać o klasyce? Jak zmierzyć się z historią napisaną jeszcze przed drugą wojną światową? Współczesnym dzieciom trzeba wytłumaczyć, czym jest prochownia, ale tak samo, jak i ich rówieśnikom sprzed kilkudziesięciu lat, zależy na szacunku, naszej uwadze i akceptacji. Chcą rządzić nami, dorosłymi, i całym światem, a gdy tylko to możliwe ponownie móc się bawić i innym pozostawiać ważne decyzje. Król Maciuś tak jednak nie może. Rządzić musi, choć początkowo jego władza jest bardzo ograniczona i ściśle kontrolowana przez dorosłych ministrów. Pomiędzy Maciusiem a rządowymi sprawami, kłopotami, dyplomacją i wojnami nie ma nikogo, kto z miłością i troską wprowadzałby go stopniowo w tajniki panowania nad sobą i innymi. Czasami dzieci mają dosyć rodziców, bo ci tylko czegoś oczekują, żądają i wymagają, a sami nie mają czasu słuchać. Dla Maciusia jednak świat bez mamy i taty, w którym tak wiele zależy od niego, nie jest do końca miejscem szczęśliwym. Chociaż udaje mu się zrobić dużo dobrego dla innych, popełnia też błędy, które wykorzystują przeciwko niemu dorośli władcy.

Historia o Maciusiu nie jest zwykłą opowiastką. Najmłodszym słuchaczom daje przedsmak przygody, ucieczki z domu, brania udziału w prawdziwej wojnie, mieszkania na niemal bezludnej wyspie, wysyłania szpiegów, wysadzania fabryk, przebierania się za kogoś innego. Oraz daje poczucie władzy, która dzieciom pozwala zająć miejsce dorosłych, a tych – wysyła do szkoły. Żeby wiedzieli, że to nic przyjemnego.

Bo dzieci chcą robić to, co dorośli - decydować o sobie, mieć pieniądze, wpływać na rzeczywistość, a choćby i sięgnąć po zakazane: pić wódkę i palić papierosy. Brak im jednak dogłębnej wiedzy o świecie i innych ludziach, rozeznania w niuansach. Dorośli za to nie mają świeżości spojrzenia i fantazji dzieci. Oczywiście docenią je tylko ci, którzy są na nie otwarci. Opowieść o Maciusiu mówi o sytuacji, w której nie ma wymiany doświadczeń między jednym pokoleniem a drugim. Gdy dziecko zostaje pozostawione same sobie i samodzielnie próbuje wszystko ogarnąć. I nawet dobre serce oraz troska innych ludzi nie są w stanie mu tego zastąpić.

Dwie części audiobooka to w sumie kilkanaście godzin słuchania głosu, którego barwa zmienia się w zależności od postaci, w którą wciela się lektor. Krzysztof Tyniec siłą rzeczy jest znakomity w postaciach mężczyzn i chłopców, od których aż roi się w tej historii. Słabiej wypada w roli afrykańskiej księżniczki Klu-Klu. Trudno, jednak by dorosły mężczyzna idealnie naśladował głos małej dziewczynki. Jest to więc zrozumiałe. Odczytana z doskonałą dykcją opowieść łatwo daje się podzielić na mniejsze fragmenty. Może być jednak i tak (wiem z doświadczenia!), że młody słuchacz niechętnie będzie przyjmował jakiekolwiek przerwy. Opowieść o Maciusiu to w końcu piękna, wciągająca historia dla dużych i małych. A to wydanie ma w dodatku bajeczne okładki!

Za audiobooki dziękuję wydawnictwu Biblioteka Akustyczna.

środa, 23 listopada 2011

Ta nieuchwytna bliskość...


Ǻsa Larsson, I tylko czarna ścieżka, wyd. Wydawnictwo Literackie

Kryminały Ǻsy Larsson można czytać niezależnie od siebie, o czym przekonałam się, zaczynając dopiero od drugiej części cyklu pod tytułem „Krew, którą nasiąkła”. Jej mroczny klimat jest jednak tak inny od powieści „I tylko czarna ścieżka”, że zaintrygowało mnie, jak został napisany tom, który otwiera cały cykl. Bowiem Ǻsa Larsson swoimi ostatnimi kryminałach udowodniła, że nie powiela pomysłów, potrafi dodać nowe elementy, zwrócić uwagę na inną problematykę. „Krew, którą nasiąkła” wydaje się bardziej kameralna – i jeśli chodzi o niewielką liczbę bohaterów, i zasięg problemu, który doprowadził do tragedii. Kontrowersyjna pani pastor wzburza tylko miejscowych, którym nie w smak jest kobieta na takim stanowisku.

W przypadku „I tylko...” ginie szefowa działu informacji dużej korporacji. Inna Wattrang razem z bratem stanowili trzon międzynarodowej firmy, kierowaną przez ich przyjaciela z okresu studiów, Mauri Kallisa. Możliwych podejrzanych, jak i prowadzących śledztwo, jest znacznie więcej. Poprzednia część była głównie skupiona na osobie prawniczki Rebeki Martinsson. W najnowszym tomie cyklu jest ona równie ważna jak policjantka Anna Maria Mella z jej pełnym ciepła, dzieci i bałaganu domem oraz jak żyjący samotnie policjant Sven Erik.

Akcja toczy się dwutorowo – policjanci z pomocą Rebeki szukają rozmaitych śladów i potencjalnych tropów. My, czytelnicy, cofamy się w przeszłość i we fragmentach poznajemy dzieje nie zawsze łatwej znajomości Mauriego Kallisa z rodzeństwem Wattrang. Ǻsa Larsson ujawnia przy tym podskórne problemy szwedzkiego społeczeństwa, które na pozór wydaje się tak nowoczesne, otwarte i pozbawione klasowych uprzedzeń. Inną sprawą jest podejście tych, którzy z racji urodzenia otrzymali więcej – czułości, pieniędzy czy dumy z przeszłości rodziny. Jeszcze inną, czy osoba znikąd, z chorą psychicznie matką i pobytem w rodzinach zastępczych potrafi przezwyciężyć trudny start i skorzystać z równych szans w życiu prywatnym i zawodowym. Mauri Kallis bezwzględnie walczy o przewagę w interesach, sprawy osobiste traktuje drugorzędnie, wśród bliskich czuje się nieswojo. Jego przyrodnia siostra Ester to jedna z najciekawszych postaci, jakie spotykamy w tej powieści. Ta pół Szwedka, pół Hinduska czuje i odbiera świat w sposób głębszy, intuicyjny, na co ma ogromny wpływ wychowanie w lapońskiej rodzinie. Jej więź z przybraną matką stanowi sens istnienia i jest jednym z najpiękniejszych, najsugestywniejszych opisów bliskości, z jakimi miałam do czynienia. Tak bogato obdarowana Ester przewiduje, czego może potrzebować jej brat i jest gotowa mu to dać bez względu na wszystko.

Jeśli chodzi o akcję, zaczynamy rozumieć pewne wydarzenia dopiero po pewnym czasie. Najpierw jesteśmy tylko ich świadkami. Mimo osobistych wstawek, wciąż dużo się dzieje, dochodzą nowe fakty, a końcówka przypomina scenariusz do rasowego sensacyjnego filmu. Larsson nie byłaby sobą, gdyby jej zbrodnia nie miała szerszego kontekstu. W tym wypadku jest to niestabilna sytuacja wielu afrykańskich państw, którą próbują wykorzystać różnej maści biznesmeni, oraz jej najwięksi przegrani – zwykli ludzie.

Autorce mogę zarzucić tylko jedno – zbyt optymistyczne zakończenie dotyczące Rebeki, którego nic nie zapowiadało i które nie pasuje do całości. Poza tym można powiedzieć krótko, że Ǻsa Larsson daje się poznać jako autor wszechstronny, wykraczający poza ramy powieści kryminalnej oraz kładący duży nacisk na życie osobiste swoich bohaterów, bez względu czy to ofiary, mordercy czy śledczy. Nic dziwnego, że znajduje się w ścisłej czołówce poczytnych skandynawskich pisarzy.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Konkurs z Fabryką Słów


Podaj tytuł powieści Jacka Piekary, która ma się ukazaćw w 2012 roku nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. Odpowiedzi szukaj w zapowiedziach na www.fabrykaslow.com.pl.

Warunki uczestnictwa:
- jeśli jeszcze nie jesteś obserwatorem witryny, przyłącz się do niej (w prawym górnym rogu)
- zamieść odpowiedź w komentarzach
- jeśli jest to niemożliwe, rozwiązanie prześlij (jako członek witryny) pod adresem jurczyk.anna@gmail.com
- masz czas do 25 listopada do północy
- powodzenia!

Do wygrania 1 książka (ale jaka!) wydawnictwa Fabryka Słów:

wtorek, 22 listopada 2011

Mycie podłogi według babci Toni


Meir Shalev, Moja babcia z Rosji i jej odkurzacz z Ameryki, wyd. Muza

Dawno już tak szybko nie połknęłam naraz niemal całej powieści. Zaczęło się od pierwszych stron, których nieoczekiwanym bohaterem stały się pomalowane na czerwono paznokcie samego Meira Shaleva, zaprezentowane nie w domowych pieleszach, ale podczas wygłaszania publicznie bardzo ważnej przemowy. Po takim wstępie można się spodziewać naprawdę wiele. I tak właśnie było. Spodobał mi się w tej książce subtelny humor, ciepło, z jakimi opisywane są poszczególne dziwactwa członków rodziny Meira Shaleva, zwłaszcza babci Toni z jej żelaznym uporem, manią czystości i niezachwianym przekonaniem co do własnych racji. Babcia tak naprawdę była z Ukrainy, ale jeśli wierzyć autorowi, chodziła do rosyjskiego gimnazjum i nawet po latach potrafiła deklamować z pamięci rosyjskie wiersze. Była prawdziwym oryginałem i niespecjalnie przejmowała się tym, co inni o niej sądzą. Na pylistej latem lub błotnistej zimą ziemi doliny Jezreel stworzyła swoje własne królestwo, dom, w którym wszystko zależało od niej - od dzieci po los i przeznaczenie mebli. Wymykającego się co jakiś czas z domu dziadka Aharona... ścigała i po prostu ściągała z powrotem do domu.

Pierwszy zdarzyło mi się czytać o żydowskiej rodzinie w Izraelu, której nie dotknęła wojna (poza Zeruyą Shalev, która osadza akcję swych powieści we współczesności). A jeśli nawet, autor nie wspomina o tym ani słowem. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy wyemigrowali jeszcze przed jej wybuchem, ciężko pracowali na roli i byli dumni z tego, co potrafili zrobić sami własnymi rękami. W przeciwieństwie do „teligentów” z miasta. Jak całkiem serio podkreśla autor, Izrael w początkowym okresie istnienia był państwem, w którym lepiej było przyznawać się do pochodzenia wiejskiego niż do tego, że jest się synem na przykład profesora. Z talentem odziedziczonym po rasowych opowiadaczkach, mamie i babci, Shalev przytacza rodzinne historie, a nawet ich różne, obrosłe legendą wersje. Wśród tych opowieści centralne miejsce ma odkurzacz przesłany babci Toni przez szwagra, który zamiast tworzyć socjalizm w Izraelu, wybrał kapitalizm w Stanach Zjednoczonych. Ku zgrozie i ubolewaniu reszty rodziny, która w końcu nawet na pogrzebach znajdowała powód do śmiechu.

Pełno w tej opowieści ciotek, wujków, szwagrów, synowych oraz dzieci. Ich wpadek, talentów, wzajemnych urazów i bliskości. Nawet koń Wajti został uwieczniony w opowiadaniach, w których rzadko zdarzają się konkretne daty. A chronologia polega na tym, że Meir Shalev snuje wspomnienia od wczesnego dzieciństwa po dorosłość. To, czego nie pamięta lub nie może, opiera na relacjach krewnych. I chociaż w książce znajdziemy biało-czarne, rodzinne fotografie, w moim odczuciu nie jest to typowa książka biograficzna. Celem autora nie jest ścisłe trzymanie się faktów, wymienianie wszystkich szczegółów. Ważniejsze są relacje między członkami rodziny, jej umiejscowienie w świecie, pośród innych. Oraz to wszystko, co składa się na tożsamość i poczucie wspólnoty, na to, co sprawia, że właśnie tu i teraz, z tymi ludźmi, naszymi bliskimi, jesteśmy w pełni sobą.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.

niedziela, 20 listopada 2011

Sandomierz we krwi


Zygmunt Miłoszewski, Ziarno prawdy, wyd. W.A.B.

Ziarno prawdy” miewa momenty drażniące, ale to właśnie one przydają autentyczności temu kryminałowi z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej. Przez całą opowieść przewija się wątek mieszkania na prowincji, w rzeczywistości pełnej małomiasteczkowych układów i znajomości, czasem dokuczliwych, a czasem pełnych ciepła i bliskości jakich nie znajdzie się w stolicy, z której Szacki przeprowadził się do Sandomierza. Inny styl życia, inne ceny, inny nawet wystrój mieszkań – wszystko dla Szackiego jest okazją do porównań i w zależności od nastroju ta sama rzecz go raz denerwuje, raz ujmuje. Bez zmian pozostaje jego stosunek do widowiskowego położenia Sandomierza opisanego tak smakowicie i prawdziwie, że nabiera się ochoty je zobaczyć, nawet jeśli sandomierska starówka zamiera wieczorem.

Do równie niejednoznacznego rodzaju należy życie erotyczne i osobiste głównego bohatera. Jego sposób postrzegania osób w otoczeniu, szczególnie kobiet, ulega przemianom. Szacki oszukuje się, ocenia zbyt powierzchownie, daje się ponieść uczuciom, szuka bliskości, wycofuje się, oczekuje zbyt wiele, rani; w nas budzi współczucie, sympatię lub irytuje - tym wszystkim jednak potwierdza, że mamy do czynienia z bohaterem z krwi i kości.

Najważniejsza w powieści jest oczywiście zbrodnia – makabryczna, przemyślana, nie do przeniknięcia, niemal bez punktu zaczepienia. Akcja została tak pomyślana, że nie ma szans na poprawne wytypowanie sprawcy przed zakończeniem. I nie była nim żadna z osób, które brałam pod uwagę! Nowe okoliczności, które wykluczają kolejnych podejrzanych, nowe tropy, rozmowy, intuicja, która nie daje panu prokuratorowi spokoju – akcja rozwija się ciekawie. Może tylko nieco spowalniają ją wstawki dotyczące osób zupełnie drugorzędnych dla fabuły, jak np. para sandomierskich staruszków, których jedyną rolą (a właściwie jednego z nich), było odnalezienie zwłok. Podświadomie oczekujemy, że ich udział będzie jednak bardziej znaczący ze względu na to, ile poświęcił im miejsca w tekście autor.

Miłoszewski potrafi nadać powieściowej zbrodni oryginalną oprawę, co udowodnił już we wcześniejszym „Uwikłaniu”. Tutaj stają się nią skomplikowane stosunki polsko-żydowskie, a zwłaszcza stek kłamstw, stereotypów, wstydliwych tajemnic sięgających jeszcze wojny. W ich tle zobaczymy polską młodzież świętującą urodziny Hitlera oraz rabina z mieszkaniem oklejonym zdjęciami izraelskich modelek. Powraca „nieśmiertelny” motyw rytualnego mordu, który udowadnia jak bardzo inność budzi strach, nawet gdy po kilkudziesięciu latach od wojny pozostały z tych innych ledwie niedobitki. I jak silne w człowieku jest wskazanie winnego już natychmiast, bez dowodów, w oparciu o pogłoskę i płytką znajomość kultury, a raczej jej karykatury. Sposoby popełnienia morderstw wyciągają na wierzch dawne uprzedzenia, zaciemniają obraz całości. Miłoszewski jest jednak bardziej wszechstronny – daje do myślenia, ale nie moralizuje, stara się rozszerzyć kontekst, dorzuca rzetelne informacje. I ani na trochę nie mamy wrażenia, że czytamy rozprawę historyczną, tylko inteligentnie napisany, krwawy kryminał z obyczajowymi wstawkami w postaci życia osobistego prokuratora Szackiego. Jemu na szczęście trudne emocje nie przeszkadzają w odnalezieniu sprawcy kilku wyjątkowo ohydnych morderstw. Naprawdę świetne!

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B.

Historia wielkiej manipulacji


Umberto Eco, Cmentarz w Pradze, wyd. Noir sur Blanc

Umberto Eco nigdy nie był pisarzem dla wszystkich – jego pisarstwo przeznaczone jest dla wybrednego czytelnika, który lubi być zaskakiwany nie tyle zwrotem akcji, co erudycją, oraz wodzony za nos przy pomocy literackich sztuczek, a także usatysfakcjonowany przedzieraniem się, niekiedy z trudem, przez gąszcz kolejnych stron. Tak jest też w przypadku „Cmentarza w Pradze”.

Simonini, główna postać tej powieści, to przedziwny i antypatyczny bohater. Z pasji i żarliwości swego ojca i dziadka przejął tylko nieufność i niechęć, głównie do jezuitów, masonów i Żydów. Sam wydaje się człowiekiem bez tożsamości, bez poglądów. Jest letni, jak kameleon przyjmuje na zlecenie kolejne twarze i osobowości. Podstępny, napuszczający ludzi przeciw sobie i wykorzystujący ich do własnych celów. Potrafi fałszować nie tylko dokumenty, ale i rzeczywistość, wbiegać na przebieg wydarzeń i historię. Jego motorem napędowym jest wyłącznie dobra kuchnia i pieniądze. Idealizm wywołuje w nim pogardę i niedowierzenie. Inność to dla niego wytłumaczenie dla porażek – osobistych lub jeszcze częściej państwowych.

Sam początek „Cmentarza w Pradze” jest dość szokujący, bo zaczyna się litanią nienawiści do Żydów, Niemców, Francuzów, masonów i jezuitów. Jest pełen nawiązań do światowych spisków. To język, którego nie używamy, przynajmniej większość z nas (mam nadzieję). Kojarzy się z krótkowzrocznością, ciemnotą umysłową, zacofaniem, wstydem, z paranoicznym lękiem. Eco wyciąga wszelkie upiory z worka europejskiej historii. Podaje nawet tytuły książek, z których jego bohater czerpał inspirację lub znajdował odbicie własnych poglądów.

Eco zdaje się kierować naszą uwagę na politykę – to, jak często pod gładkimi słówkami polityków kryją się inne treści, jak często rządzą nie ci, którzy są na świecznikach, tylko grupa skryta w ich cieniu, dążąca do kontroli nad wszelkimi wydarzeniami, zwłaszcza tymi ocierającymi się o anarchię i rewolucję oraz do sterowania nimi. I to przy pomocy takich ludzi jak Simonini – jakby przezroczystych, dla których większych emocji nie budzi nawet wybór narodowości. Może stąd właśnie wziął się kłopot naszego bohatera, równie fascynującego, co odrażającego. Simonini tak łatwo przywdziewający cudzą skórę, budzi się pewnego dnia i nie pamięta wszystkich szczegółów ze swojej przeszłości. Zaczyna więc prowadzić zapiski, by odzyskać zagubioną tożsamość. A nas wprowadza w meandry swego życia, w historię m.in. zjednoczenia Włoch oraz cesarskiej Francji tuż przed wojną z Prusami. I tego szczególnego fenomenu, który zawsze każe ludziom szukać ukrytego i jednocześnie łatwego do zidentyfikowania wroga. Pokazuje, jakim manipulacjom ich poddać, by uznali za nieprzyjaciół osoby z konkretnego środowiska.

Cmentarz w Pradze” ma momenty, które najchętniej byśmy opuścili. Bez nich jednak nie mielibyśmy przekonania, że czytanie literatury bywa błądzeniem w labiryncie i przygodą, a nawet spiskiem, który autor zawiązał przeciwko czytelnikowi. Ta powieść przyciąga, odpycha, każe do siebie wracać. Bywa nawet obrzydliwa. A jednak udowadnia, że słowo pisane, fikcja i pewne literackie schematy mają niewiarygodną moc przyciągania i nie zawsze służą szlachetnym celom.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Noir sur Blanc.

sobota, 19 listopada 2011

Nauka, technika i inne cuda


Andrzej Pilipiuk, Aparatus, wyd. Fabryka Słów

Nie wiem, czy istnieje dziedzina, której Andrzej Pilipiuk by nie zgłębił, szczególnie gdy rzecz dotyczy historii, biologii i techniki. Wie, jak robiono kable przed pierwszą wojną światową i dlaczego są one wytrzymałe, z jakich cegieł budowano kamienice, jaka zastawa była modna w międzywojniu, dlaczego do kotła parowca nie można dawać wody morskiej, z jakich elementów konstruowano pierwsze zegary z kukułką dla zamożniejszych, niemieckich chłopów czy też jakie drewno jest odpowiednie do wyrobu skrzypiec. Minerały, skamieliny, dziwne zarazy, ekspedycje ratunkowe i szpiegowskie, trochę legendy, trochę prawdy historycznej, cuda techniki, zaginione wynalazki i szczypta, zaledwie szczypta fantastyki. W opowiadaniach z tomu „Aparatus” znajdziemy to wszystko, a nawet jeszcze więcej. Akcja części z nich ma miejsce jeszcze na początku dwudziestego wieku, często w takich miejscach jak Syberia czy Ziemia Świętego Franciszka, bardziej dla nas nierzeczywistych i owianych złą sławą niż Dziki Zachód czy Puszcza Amazońska. Dzikie ostępy, tajga, wieczna zmarzlina i schyłek carskiego imperium okazują się atrakcyjną scenerią dla opowiadań, których bohaterem jest lekarz Paweł Skórzewski – poszukiwacz rozbitków, zaginionego klasztoru i świadek wydobycia przeklętego Dzwonu Wolności. Inną, często się przewijającą w tomie postacią (i bardziej współczesną) jest Robert, kolekcjoner, badacz, swoisty detektyw tropiący pozostałości po odchodzących w zapomnienie rzemiosłach i ich wytworach. Całkiem innych bohaterów mają tylko dwa opowiadania. Patriotyczne (ale w taki fajny, niepatetyczny, pilipiukowski sposób) „Za kordonem. Lwów” oraz jedyny słaby tekst „Apartausa” o tytule „Staw”. Problem z tym opowiadaniem polega na tym, że nie zostało ono dostatecznie dopracowane. Zabrakło mi w nim lepszego rozwinięcia postaci trochę demonicznego profesora Apfelbauma, skąd się wziął, jak doszedł do takich wyników naukowych, przeciw komu je kierował i dlaczego. Inne to przykład dobrej pisarskiej roboty, gdzie solidna dawka wiedzy uzupełniona została wyobraźnią i przygodowym zacięciem. A ponieważ Pilipiuk jako jeden z nielicznych polskich autorów swobodnie wykorzystuje nasze dziejowe zawirowania do tworzenia awanturniczych fabuł, z „Aparatusa” wyszła książka naprawdę warta przeczytania.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

sobota, 29 października 2011

Rajskie jabłuszko


Katarzyna Berenika Miszczuk, Ja, anielica, wyd. W.A.B.

Podróż w zaświaty, miłosne komplikacje – można powiedzieć, że to już było, ale „Ja, anielica” i „Ja, diablica” są jak dwie połówki jabłka - każda pełna niespodzianek, dobrego humoru i wartkiej akcji. Można przeczytać tylko jedną z nich, bez sięgania po drugą. Tylko po co pozbawiać się tej przyjemności? Czuć, że Miszczuk miała pomysł na tę historię. A tym co najbardziej mnie zdumiewa, gdy widzę jej datę urodzenia (rocznik 1988), to dojrzały pisarski warsztat. Nie ma tu dłużyzn, niezręczności językowych, braku logiki, przegadania, czyli wszystkiego, czego można by się spodziewać po początkującym pisarzu. Jeśli można takiego określenia użyć w stosunku do autorki, która razem z „Ja, anielica” ma na koncie już cztery napisane powieści.

Wyobraźnia Katarzyny Miszczuk nie zawodzi. Tym razem Wiktoria na skutek podstępu diabłów trafia do nieba, a chyba każdy chciałby wiedzieć, jak tam jest. Ta kraina szczęśliwości ma swoje tajemnice, reguły, których nie można złamać, a nawet... więzienie. W dodatku anioły łączy z braćmi z Niższej Arkadii (czyli z piekła) ambicja, której nadmiar może przynieść czasami opłakane skutki. Dla tych, którzy znają pierwszą część historii cyklu o Wiktorii, to okazja, by porównać styl życia w niebie z piekielnymi imprezami i rezydencjami, a nawet obsługą klienta. Bo i owszem, urzędnicy są także w zaświatach. I tu i tu można poznać prawdziwe oryginały wśród nadprzyrodzonych istot, chociaż dla mnie i tak najbardziej rozbrajającą postacią będzie wiecznie coś knujący diabeł Azazel - tym razem wyjątkowo pozbawiony większej możliwości mieszania i manipulowania. Spokojny pobyt w niebie zmienia się dla Wiktorii w nielegalne przedsięwzięcie za sprawą anioła Moroniego. I przyniesie wiele zmian w jej życiu, zwłaszcza tym osobistym.

Jeśli ktoś chce zaspokoić swoją ciekawość i dowiedzieć się, po co diabłom widły, jaki jest ulubiony sport świętego Piotra i czy w niebie można palić papierosy – ta książka dostarczy odpowiedzi na te pytania! Zwłaszcza, że świeżość pomysłów i żartobliwy ton czynią z „Ja, anielica” idealnie lekką lekturę na każdą porę roku.

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B.

środa, 26 października 2011

Prawdziwy bohater



Jerónimo Tristante, Zagadka ulicy Calabria, wyd. Noir sur Blanc

Zagadka ulicy Calabria”, której akcja rozgrywa się pod koniec dziewiętnastego wieku w Barcelonie, jako powieść posiada kilka zalet. Jednak jako kryminał nie wnosi niczego nowego do gatunku. Jerónime Tristante sięga po klasyczną formułę i prezentuje nam rzeczywistość widzianą poprzez narratora, w którego zasięgu znajduje się najpierw policjant z Madrytu, Víctor Ros, a potem tak zwany artysta umysłu, Maximus Aeternum.

Víctor Ros to przedstawiciel wymarłego już rodzaju głównych bohaterów kryminału. Przyzwyczailiśmy się do utalentowanych detektywów, policjantów lub prawników, którzy albo mają problemy psychiczne, albo są rozwodnikami, nie potrafią porozumieć się z najbliższymi czy też nadużywają środków odurzających, słowem ciągną za sobą jakąś życiową klęskę. Víctor natomiast jest ideałem. To kochający ojciec i mąż, który docenia inteligencję żony i jej poparcie dla sprawy sufrażystek. Jako policjant interesuje się najnowszymi osiągnięciami naukowymi i stara się je wykorzystać w śledztwach. A jako obywatel uważa wszechobecną nędzę za skandaliczny stan rzeczy, który powinien ulec zmianie. Tristante chyba sam wyczuł, że jego bohater jest tak szlachetny, że aż za mało wiarygodny – stąd przypomnienie, że w dzieciństwie Víctor kradł, a jako student razem z kolegą wrzucił dla zabawy do fontanny dwie prostytutki. Tym jeszcze, co kojarzy się ze dawnym typem powieści, jest skłonność Víctora Rosa do celowego nieujawniania przyjaciołom (i nam!) wszystkich swoich zamysłów. To zabieg, który trąci myszką. Na początku zaciekawia nawet dalszym ciągiem, później – po prostu irytuje.

Całkowitym przeciwieństwem policjanta z Madrytu jest Maximus Aeternum. To najoryginalniejsza postać barcelońskiej bohemy, która gardzi porządkiem, policją i chętnie brata się z półświatkiem, skuszona jego nielegalnymi możliwościami. Max pojawia się w trakcie powieści niespodziewanie i rozgryzanie jego roli nie jest trudne, chociaż nie jest ona aż tak oczywista.

Sama fabuła rozwija się interesująco od pewnego banalnego porwania dla okupu, które niespodziewanie staje się częścią grubszej afery związanej z pedofilią, tajemnymi obrzędami i morderstwami dzieci, zwłaszcza dziewczynek. Tym jednak, co staje na drodze niezłomnego Víctora Rosa, są nie tyle złoczyńcy, co władze pragnące uchronić zamożnych i wpływowych obywateli przed sądem, a siebie przed odpowiedzialnością. Problem niesprawiedliwości społecznych przewija się zresztą przez całą powieść. Z jednej strony zestawiono poczucie krzywdy robotników harujących po dwanaście godzin bez przerwy, podczas gdy ich dzieci pozbawione są szkoły i opieki, a z drugiej przesądy, fanatyzm religijny, hipokryzja i poczucie bezkarności wobec prawa – to wszystko musiało zaowocować Republiką, wojną domową w Hiszpanii i rządami generała Franco. Tło obyczajowe zostało więc nakreślone bardzo dokładnie, chociaż sam Víctor Ros jest postacią bardzo postępową, bliską nam w przekonaniach i typie wrażliwości. Natomiast Max jest dzieckiem swojego czasu. Jako przedstawiciel cyganerii artystycznej buntuje się przeciw zakłamanej obyczajowości w oryginalny, niespotykany już sposób.

W „Zagadce ulicy Calabria” prócz sensacji znajdziemy także garść ciekawostek o Barcelonie i parę odniesień do hiszpańskiej polityki owego czasu. Na szczęście tych ostatnich jest zaledwie kilka, ponieważ dla czytelnika spoza Hiszpanii są one zbyt niejasne i są to fragmenty, które ciężko się czyta. Na pewno wśród zalet książki znajduje się dobry pomysł na intrygę, która cudownie się gmatwa, ociera o grozę i nie daje samodzielnie rozwikłać się przed zakończeniem. A w końcu to w literaturze sensacyjnej jest najważniejsze. Chciałoby się tylko, żeby Víctor Ros jako policjant nie był aż taki nieskazitelny. Ale cóż – to tylko takie moje życzenie rodem z 21. wieku.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Noir sur Blanc.

sobota, 22 października 2011

"Zemsta shitu" rządzi


Agnieszka Krawczyk, Morderstwo niedoskonałe, wyd. SOL

Muszę przyznać, że bardzo długo czekałam na zapowiedziane tytułem morderstwo. Wątków kryminalnych jest tu dość, a ubarwiają one i tak już zwariowaną fabułę. Nie ma tu krwi, groźby utraty życia, a jedynymi krwiopijcami są Prezes i Dyrektorka, którzy razem rządzą pewnym wydawnictwem. Działalność tej firmy jest podejrzana, balansująca na granicy opłacalności i nawet dobrego smaku, ale nie nielegalna. Jest tak, jakby autorka w krzywym zwierciadle, z przymrużonym okiem pokazywała jak prawa rynku wpływają na produkcję bestsellerów, kolorowych czasopism, encyklopedii, w których bardziej niż treść liczy się stylowa okładka czy seria klasyków z chwytliwym hasłem i autorami, którym z racji zejścia z tego świata nie przysługują honoraria. Agnieszka Krawczyk podaje nawet przepis, jak się przygotować do napisania hitu wydawniczego – potrzebne są w dużej dawce obrady sejmowe, znajomość książek Stephanie Meyer (autorki uroczej bzdury o wampirach) i piękne mutantki w strojach kąpielowych jako efektowny dodatek. Ewentualnie jakaś legendarna, owiana złą sławą lokalna postać.

W najnowszej powieści Agnieszki Krawczyk najważniejszych bohaterów łączy przyjaźń, partnerstwo i niepewność jutra w firmie nastawionej wyłącznie na zysk. To grupa nielichych oryginałów, z nosem do dobrej literatury, skazana na coraz to bardziej księżycowe pomysły szefostwa, użeranie się z autorami i ocenianie w większości kiepskich debiutów. To właśnie oni tworzą zespół nazwany wymownie „Zemstą shitu”. Jako specjaliści w branży wydawniczej orientują się, jaka tematyka jest poczytna. Dlatego, z nadzieją na sukces i zdobycie nagrody, przystępują do konkursu literackiego. Tymczasem codzienne obowiązki w pracy nie dają o sobie zapomnieć.

Treść „Morderstwa niedoskonałego” jest pełna pozbawionego zgryźliwości humoru. To zdrowy śmiech, a prztyki żartobliwe. Autorka wykonała tu zdecydowanie lepszą robotę niż we wcześniejszym, romansowym „Magicznym miejscu”. Cała fabuła została starannie przemyślana aż do ostatniej strony, o czym z wybuchem śmiechu przekona się każdy czytelnik. Wszelkie przejaskrawienia rzeczywistości są celowe. W dodatku rozdziały kończą się Encyklopedią Absurdów Adeli, czyli autentycznymi notkami prasowymi, które potrafią naprawdę zadziwić. Zabawne!

Za książkę dziękuję wydawnictwu SOL.