piątek, 30 grudnia 2011

Śnieg na wrzosowiskach


Martha Grimes, Zajazd „Jerozolima”, wyd. W.A.B.

Chociaż Martha Grimes pisze kryminały, nie czyta jej się dla krwi czy drastycznych szczegółów. Jej opowieści z cyklu o o inspektorze Jurym i jego przyjacielu Melrosie Plancie dają nam więcej niż książki napisane przez rodowitych Brytyjczyków. Ponieważ Amerykanka Martha Grimes serwuje nam nasze wyobrażenie o Wielkiej Brytanii. Doskonalsze od rzeczywistości i niezawodne, bo odpowiadające naszym przeczuciom. A te milej czule pielęgnować niż konfrontować z faktami.

Książki Marthy Grimes odznaczają się szczególną emocjonalnością, której nie można jednak mylić z chaotycznością. Oraz budowaniem klimatu, który dominuje nad opisywanymi wydarzeniami i dla którego się sięga po kolejne tomy. A przynajmniej ja sięgam. Bo bądźmy szczerzy - mimo okrucieństwa zbrodni - akcja w „Zajeździe „Jerozolima” stopniowo zwalnia. I nie zmieni tego żaden kolejny trup. Wyraźniejsze stają się relacje pomiędzy bohaterami, także między naszymi starymi znajomymi z poprzednich części cyklu. Obowiązkowo pojawia się zatem inspektor Jury i piękna, choć potargana Vivian Rivington, a także Melrose Plant, który w zgodzie z prawem zrezygnował tytułu szlacheckiego, ale nie pozbył się tym samym snobistycznej i uprzykrzającej mu życie ciotki Agathy (też Amerykanki, tyle że mało sympatycznej).

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Po wrzosowiskach hula wiatr, sypie śnieg. Kto może, gromadzi się przy płonącym kominku. Zajazd „Jerozolima” pęka w szwach mimo odludnego miejsca, w którym jest położony. To tu, gdzie obficie leje się piwo ale, oraz w przerobionym na rezydencję starym opactwie dzieje się większość zdarzeń tej opowieści. Ale wszystko zaczyna się w miasteczku, z którego pochodził pradziad Jerzego Waszyngtona... Taka sceneria niezawodnie działa na wyobraźnię.

Ze względu na konwencjonalność zachowań przedstawionych osób, trudno niekiedy uniknąć wrażenia, że akcja tego kryminału osadzona jest w znacznie wcześniejszych latach. Jednak z pewnych napomknięć w tekście można wywnioskować, że rozgrywa się ona w istocie gdzieś pod koniec lat siedemdziesiątych, a może już na początku kolejnej dekady. Bezrobocie, upadek kopalni węgla, punki – to tylko wzmianki gdzieś tam w tle, a nie realny świat otaczający Jury'ego i Planta. W Wielkiej Brytanii według Grimes przede wszystkim liczy się tradycja, wychowanie i prestiż związany z pochodzeniem. Rezygnacja z tytułu arystokratycznego nie pociąga za sobą zmiany stylu życia, czy choćby pozbycia się wiernego lokaja. Jest tak, jakby nigdy nie było The Beatles i rewolucji obyczajowej. I tak otrzymujemy Anglię idealną, zamkniętą poza czasem niczym w szklanej kuli, w której po potrząśnięciu sypie się sztuczny śnieg. Obrazek tyle uroczy, co nieprawdziwy, a jednak trudno się go wyrzec. Bo prozę Marthy Grimes po prostu się lubi.

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B.


środa, 21 grudnia 2011

Gdy miłość potrzebuje ciszy


Yoko Ogawa, Miłość na marginesie, wyd. W.A.B.

Yoko Ogawa udowadnia, że wielkie dramaty nie muszą rozgrywać się w huku bomb. Mogą zaczynać się wtedy, gdy palce ukochanej osoby przestają nam przekazywać zwyczajową dawkę czułości. Gdy kończy się pewien etap życia, a my jeszcze nie zdążyliśmy tego zauważyć. Ani zaakceptować nowego rozstania. To wtedy nasze ciało może zacząć strajk, tak jak to się przydarzyło bohaterce „Miłości na marginesie”. Któregoś dnia budzi się ona i nie słyszy nic poza grą na flecie. Wszelkie głośne dźwięki stają się problemem. Rozmowy, praca, bycie wśród innych - wręcz wykluczone. To tak, jakby pomiędzy światem a młodą kobietą jako bariera stanęły jej własne uszy. Skoro niczego nie słychać w normalny sposób, być może trzeba nastawić wewnętrzne ucho na swoje potrzeby, otworzyć się na wspomnienia, pozwolić płynąć czasowi innym tempem, także wstecz.

Język autorki jest przezroczysty, niczego nie ukrywa. Krótkie, proste zdania opisują świat takim, jakim widzi go bohaterka. Barwy, kształty, a nawet zapachy wszystkich drobnych i większych otaczających ją przedmiotów. Chwile, gdy siedzi ona owinięta kocem i je ciastka. Kolor herbaty z cytryną. Aparat słuchowy Beethovena. Dłonie stenografa, który spisuje jej historię. Padający śnieg, który paraliżuje na pewien czas miasto. Mimo tych tak konkretnych szczegółów wciąż jesteśmy blisko naszej bohaterki. Blisko jej lęków, tęsknot, teraźniejszych przeżyć, fascynacji i wspomnień. Wrażenie to potęguje jeszcze bardziej narracja w pierwszej osobie.

Miłość na marginesie” to opowieść o stanie zawieszenia, podczas którego omija nas normalny rytm codzienności. Bez pracy, bez stałych zajęć, bez krzątaniny i pośpiechu. Bez względu na to, czy ich brakuje, czy nie człowiek w takiej sytuacji zostaje zmuszony do konfrontacji z samym sobą. Bohaterka książki Yoko Ogawy w końcu dociera do wspomnień o swoje dawnej miłości – tak ważnej niegdyś, tak pięknej i zepchniętej w niepamięć... I nie chodzi o to, czy ją to odkrycie uleczy, ale o to, że w końcu może być ona w pełni sobą.

Ta powieść porusza jakąś czułą strunę. A przecież na pozór nie dzieje się w niej zbyt wiele. I myślę, że chociaż tak ochoczo podkreśla się odmienność kulturową Japończyków, jej treść będzie tak samo ujmująca pod każdą szerokością geograficzną. A może to po prostu Japonki są inne?

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B.

wtorek, 20 grudnia 2011

Ostre jak brzytwa


Arne Dahl, Na szczyt góry, wyd. Muza

Członkowie Drużyny A to szwedzcy policjanci - najlepsi z najlepszych pod względem zawodowym. Za to w życiu rodzinnym bywają tak samo niedoskonali, a czasem nawet nieporadni, jak każdy z nas. Łatwo się z nimi utożsamić, gdyż zdarza im się łączyć niełatwą pracę z opieką nad noworodkiem czy córką przechodzącą burzę hormonalną. I zaobserwować, że jednak niekiedy ich życie osobiste bywa bardziej nieuporządkowane niż zgromadzone w śledztwie dowody. Wstawki osobiste nie przeważają, dodają jednak głównym postaciom autentyczności i są tak wkomponowane w fabułę, by czytelnikowi wcześniejszych książek o Drużynie A pewne sprawy przypomnieć, a nowego – w nie wprowadzić. Autorowi udała się trudna sztuka pogodzenia wątków sensacyjnych z prywatnymi głównych bohaterów, zwłaszcza że jest ich naprawdę liczna grupa. Każdy z członków policyjnej Drużyny A ma swój głos, swoje spostrzeżenia, swój wkład w sprawę. Nawet niewyspany Norlander. Historia zaczyna się od duetu Hjelm i Holm, który w tle porachunków grupki kibiców dostrzegają grubszą aferę, chociaż jej znaczenia długo pozostanie niejasne...

Fabuła powieści przypomina szkatułkę, w której pochowano kilka mniejszych. Ciąg zdarzeń otwiera kolejne wieczka, pojawiają się nowe postacie i ich niejasna rola w niepokojących wydarzeniach. Autor lubi łączyć tak różnorodne sprawy jak bójka kibiców w barze z detonacją ładunku wybuchowego w więzieniu o zaostrzonym rygorze. To, co na początku nie ma sensu, ani w oczach policjantów, ani w naszych (i tak uprzywilejowanych przez narratora) zaczyna się łączyć w większą całość o mrocznym podłożu.

Neonazizm, ksenofobia, skrajnie prawicowe poglądy, pedofilia, narkotyki, zbrodniarze wojenni z byłej Jugosławii – zło ma wiele twarzy, które odrastają jak głowa mitycznej Hydry. Arne Dahl w swoich książkach wyciąga na wierzch to, co w społeczeństwie dzieje się najgorszego. To, o czym nie chcemy słyszeć i czego nie chcemy widzieć, dopóki nie dosięgnie nas samych lub naszych dzieci. Przestrzega, że rozwój techniki i sposobów komunikacji daje większe możliwości przestępcom i degeneratom. Zło staje się międzynarodowe i coraz lepiej zorganizowane. Drużyna A ściga je - zaledwie? aż? - przy pomocy doświadczenia, inteligencji, a nawet intuicji (patrz: Arto Söderstedt i ogłoszenia w gazecie).

W tomie „Na szczyt góry” pomiędzy tymi złymi i tymi, którzy próbują ich powstrzymać, znalazło się jeszcze miejsce dla dwójki uciekinierów, romantycznej pary, dla której związek ich obojga jest ostatnią deską ratunku. To takie dwie płotki, które na granicy ryzyka i nielegalności szukają własnej drogi do szczęścia. Nie sposób im nie kibicować, chociaż zgodnie z taktyką Dahla, przyczynę ich krzywdy, wyobcowania i zachłannego wczepienia w siebie poznamy nie od razu.

Wielu indywidualnych bohaterów, ciągła zmiana perspektywy i ostre społeczne tło – to wszystko sprawia, że „Na szczyt góry” jest lekturą wyborową - dynamiczną, nie pozwalającą na złapanie oddechu czy obojętność.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.

sobota, 17 grudnia 2011

Kto wrobił Luke'a Skywalkera?


Maja Lidia Kossakowska, Grillbar Galaktyka, wyd. Fabryka Słów

Kossakowska z fantazją funduje nam przelot przez niemal cała galaktykę – od jej centrum po odległe rubieże. Dzięki niej zaznamy przyjemności poznania kogoś nowego przez potrząśnięcie jego dłonią, łapą czy odnóżem. Włochate lub gładkie, z odwłokami lub dwiema parami rąk. Albo z wyobraźnią, dzięki której potrafią przebywać pustkę kosmosu bez pomocy techniki (brawa za wyjaśnienie fenomenu Luke'a Skywalkera!) .Wszechświat Kossakowskiej jest bogaty w różnorodne, inteligentne formy życia. Niektóre z nich specjalizują się w pomnażaniu majątku, inne wolą gangsterkę i nielegalne interesy. Wszystkie jednak - poza formami kamiennymi - łączy pasja jedzenia i delektowania się smakiem. Oczywiście pasja ta jest uzależniona od zasobności portfela i pod tym względem świat Kossakowskiej nie różni się zbytnio od realnego. Najlepsze restauracje mają w specjalnych przewodnikach kometki, których liczba określa, czy klient trafi do drogiej, ale serwujące wykwintne dania knajpy, czy do jej przeciwieństwa. Posługująca się językiem międzygalaktycznym kosmiczna brać żywi się wieloma niezwykłymi specjałami. Zwłaszcza, że każda planeta ma swój własny kulinarny styl i niepowtarzalne składniki. I oczywiście, nie wszystko się nadaje dla każdej rasy. Co jednemu sprawi kulinarną rozkosz, innego – zabije.

Kosakowska świetnie wykorzystuje nasze wyobrażenia o o dalekiej przyszłości. Nie istniejemy sami we wszechświecie. Jeśli jeszcze tego nie wiemy, to tylko dlatego, że stara Ziemia leży na skraju galaktyki. Mimo różnic pochodzenia potrafimy się z sobą dogadać i stworzyć potężną unię międzygalaktyczną ze jej standardami i przepisami. Tych zresztą jest aż tyle, że nie wszystkie są sensowne czy mądre. Zdarza się więc, że obywatele kosmicznej wspólnoty starają się je obchodzić na tyle, na ile to możliwe. Najnowszy zagraża tradycyjnemu jedzeniu, restauracjom i ich pracownikom...

Grillbar Galaktyka” to porządna, napisana z lekkością fantastyka przygodowa, która gwarantuje dużo uciechy. Opowiada o wielkim, galaktycznym spisku i wplątanym w niego wbrew swojej woli szefie kuchni Hermosie Madridzie Ivenie. Herm to sympatyczny facet. Zdecydowany, lojalny wobec przyjaciół, obdarzony talentem kulinarnym, który nie raz ratuje mu i jego kumplom skórę. A że książka jest cudownie gruba, o ich przygodach możemy czytać naprawdę długo. Zależy oczywiście, kto ile ma czasu. Dla tych, co mają go więcej, może okazać się zdecydowanie za krótka.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

piątek, 16 grudnia 2011

Złowrogie dziedzictwo


Elly Griffiths, Janusowy kamień, wyd. Wydawnictwo Literackie

To druga część cyklu poświęconego wysokiej i dobrze zbudowane archeolog sądowej Ruth Galloway zamieszkałej w hrabstwie Norfolk w Anglii. Morze, mokradła, rozległe przestrzenie, pozostałości po dawnych mieszkańcach tych ziem – zwłaszcza Celtach i Rzymianach – to interesujące tło dla powieści. Nie znam części pierwszej tego cyklu, więc nie wiem, jak te atuty wykorzystała wcześniej autorka, ale w „Janusowym kamieniu” pojawia ich się jednak niezbyt wiele. A szkoda. Jedyna nowość, wywołująca zresztą ciarki, to starożytni Rzymianie pokazani nie tylko jako racjonaliści, świetni budowniczy i inżynierowie, ale także jako składający ofiary z ludzi, zwłaszcza dzieci. To nie jedyne niewykorzystane możliwość. Po archeolog sądowej, do której wszyscy zwracają się w sprawie znalezionych kości, można się spodziewać ciekawych, przystępnie podanych wywodów na temat tego, co można odczytać z ludzkich szczątków. Coś w stylu Temperance Brennan z serii powieści i serialu o wspólnym tytule „Kości”. Podane informacje są podstawowe i mogą nie usatysfakcjonować czytelników połykających różnej maści thrillery. Owszem i tu mamy ponure znalezisko, które pod wieloma względami wskazuje na czasy starożytne. Do tego dwójkę zaginionych dzieci z prowadzonego przez księdza i zakonnice sierocińca. Oraz tajemnicze groźby pod adresem Ruth. To wszystko wzbudza niepokój, ale byłoby przesadą powiedzieć, że mrozi krew w żyłach.

Na pewno Griffiths potrafi zaciekawić. Świadczą o tym fragmenty zapisków nieznanej osoby, które od czasu do czasu przerywają opis życiowych (i uczuciowych) perypetii Ruth i prowadzonych przez nią badań. To one intrygują, są pełne niejasności i czujemy podskórnie, że notował je morderca, który złożył ponurą ofiarę z małego dziecka. Dlaczego, kiedy żył, na jakich bogów się zaklinał, co za klątwa zawisła nad jego domem, że może ją zmazać jedynie niewinna krew?

Proza Griffiths staje się o wiele bardziej interesująca, gdy przestajemy na siłę szukać zapowiedzianej na okładce grozy. We współczesnej literaturze zagranicznej, zwłaszcza popularnej, najbardziej lubię wyszukiwać odbicia poglądów czy zmian obyczajowych, jakie zachodzą w danym kraju pod wpływem lokalnych uwarunkowań. Kryminały, literatura sensacyjna i kryminalna są przy tym prawdziwą kopalnią. Przykładem są książki Henniga Mankella rozbijające niewinny obraz Szwecji jako kraju postępowego, nowoczesnego i bezpiecznego. Elly Griffiths nie idzie może tak daleko, nie uprawia krytyki społecznej, ale potrafi wpleść w fabułę różne obserwacje. Odradzające się pogaństwo, wciąż istniejący problem samotnego macierzyństwa, brak akceptacji rodziców wobec niezamężnej córki w ciąży, podejrzliwość wobec księży po skandalach pedofilskich – to wszystko znajdziemy w „Janusowym kamieniu”.

Janusowy kamień” jest zgrabnie napisany. Czyta się płynnie, szybko i bez większego wysiłku. Z tych powodów idealnie nadaje się do podróży pociągiem lub autobusem, kiedy siłą rzeczy nie możemy się intensywniej skupić na lekturze.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

czwartek, 15 grudnia 2011

I tylko spokój...


Roma Ligocka, Księżyc nad Taorminą, wyd. Wydawnictwo Literackie

Ten zbiorek felietonów ma w sobie coś z ulotności światła księżyca. Może dlatego, że chociaż wyrastają one z konkretnych miejsc i sytuacji, są tylko punktem wyjścia dla refleksji. Tomik zaprasza do poznania wewnętrznego życia kobiety wrażliwej i wyczulonej na podskórny rytm codzienności. A ponieważ nie ma nic za darmo, ta wrażliwość została okupiona nieporadnością w zetknięciu z brutalnością czy chamstwem. Te ostatnie przewijają się rzadko w tekstach, nie są pretekstem do narzekań, a raczej do rozmyślań, spostrzeżeń i porównań. Co jest tym ciekawsze, że Roma Ligocka mieszkała w wielu miastach, podróżowała po świecie, miała do czynienia z różnymi sposobami myślenia i odnoszenia się do siebie nawzajem. Autorka przy pomocy słów potrafi przekazać nam esencję bycia z innymi ludźmi, bez względu na to, czy współpracowała z nimi na gruncie zawodowym, była (i jest) blisko prywatnie, a może tylko przez przypadek była świadkiem czyjejś rozmowy na plaży. Książki takie, jak „Księżyc nad Taorminą” są jednocześnie bardzo osobiste, a z drugiej strony nie przekraczają granic intymności, nie służą do wywalania na wierzch wszystkich życiowych brudów. Kto spodziewa się sensacji, nie powinien po nią sięgać. Jej cechami rozpoznawczymi są subtelność i wyciszenie. Całość nie ma zbyt wielkiej objętości, a krótkie rozdziały dotykają różnorodnych spraw. I dobrze. Chwila oddechu jest niezbędna w codziennym życiu, ale nadmiar spokoju też może zmęczyć. Dla mnie „Księżyc nad Taorminą” jest takim maleńkim przerywnikiem, po którym znowu mogę wrócić do siebie. Takim zachwycającym, literackim kawałkiem raju.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

środa, 14 grudnia 2011

Subtelne naciski i zimny trup


Mika Waltari, Błąd komisarza Palmu, wyd. Wydawnictwo Literackie

Tak już nie pisze się kryminałów. Nie z taką elegancją, nie językiem, w którym posłanie kogoś do diabła to ciężkie przekleństwo. To znak lat czterdziestych ubiegłego wieku, czasów, w którym powstał „Błąd komisarza Palmu” i kiedy został po raz pierwszy wydany w Finlandii. Kto jednak spodziewa się jakiejś szczególnej specyfiki tamtych lat, gorzko się rozczaruje. Może poza takimi drobiazgami, jak uwaga o przesunięciu godziny rozpoczęcia pracy policji z dziesiątej na dziewiątą czy powszechny zwyczaj palenia cygar i obowiązkowego noszenia kapeluszy. Także i poza paroma nazwami dzielnic, knajp czy kawiarni nie znajdziemy w tej powieści nic z klimatu Helsinek. I kompletnie nie będzie to nam przeszkadzać! Nie wiem, na ile zaważył na moim odbiorze kunszt literacki Walatriego, a na ile wspaniała robota tłumacza, Sebastiana Musielaka, ale język powieści jest świeży, pozbawiony ciężkich sformułowań, których nikt już nie używa. Tylko różnica w pojmowaniu obyczajowości i pewne zabiegi literackie mogą być dla nas wskazówką, że nie jest to dopiero co wydany bestseller.

Choćby i grubiański komisarz Palmu w mojej ocenie nie jest aż tak gruboskórny, jak zdaje się to sugerować jego podwładny – wrażliwy, początkujący policjant i literat, który na próżno stara się zaimponować szefowi. To prawda, Palmu bywa irytujący. Dla nas czytelników też, gdy oznajmia, że wie, kim jest morderca, podczas gdy my nawet nie domyślamy się motywu. Oczywiście, nazwiska nie zdradza. Wierzy w wyłącznie w fakty i swój umysł, który potrafi je logicznie poskładać w całość. Działanie komisarza i cała akcja, które obserwujemy oczami jego pomocnika, to wyzwanie dla pisarza, który nie może olśnić nas nowinkami technicznymi i wymyślnym opisem sekcji zwłok. Za życia Waltariego (i komisarza Palmu) triumfy świeciło wyłącznie zdejmowanie odcisków palców. Za to pisarz serwuje nam taki galimatias związków rodzinnych i uczuciowych, że wprowadza on w osłupienie nawet doświadczonych policjantów. To, co się dzieje w domu zmarłego Brunona Rygsecka, ten barwny tłum zgromadzonych w dniu morderstwa osób i poprzedzające go wydarzenia, są zaskakujące, ponure i... śmieszne. Wszyscy zdają się mniej lub bardziej czarująco kłamać i kręcić na potęgę. Każdy rozdział zaczyna się w dodatku zlepkiem dziwacznych, nonsensownych zdań. Mają one krótko przygotować nas do tego, co odbędzie się w danym rozdziale i rzeczywiście odpowiadają wydarzeniom, o których dopiero będziemy czytać. Zanim jednak do tego dojdzie, można się nieźle ubawić, czytając zdania otwierające np. rozdział czwarty: (…) Aimo Rykämö rzuca bubkami na prawo i lewo, a pani Rygseck przyznaje, że jest bezdzietna. Batler zostaje nakryty na kopaniu grobu”.

Błąd komisarza Palmu” to kryminał, którego akcja rozgrywa się zaledwie w kilku miejscach, brak tu pościgów i przestępczości zorganizowanej. Słusznie można nazwać go klasyką. Jednak ujęcie tematu to nie wszystko. Zdumiewające jest to, co Mika Waltari dodał od siebie – żywe pióro i pomysły, które po kilkudziesięciu latach wciąż są oryginalne, nie trącą myszką i jeśli wywołują uśmiech, to bynajmniej nie politowania. Słowem – stare, ale jare! Na uwagę zwraca też jakość polskiego wydania – okładka co prawda nie jest wizualnie atrakcyjna, za to strony są z grubego papieru dobrej jakości.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

wtorek, 13 grudnia 2011

Kaktusowym szlakiem



Jean-Claude Carrière, Alfabet zakochanego w Meksyku, wyd. Drzewo Babel

Carrière zakochał się w Meksyku, a ja w jego „Alfabecie...”. Bo jest w nim niemal wszystko, co chciałoby się wiedzieć o tym kraju. I tak nęcąco podane, że można go czytać, przeglądać, szukać kolejnych haseł z podnieceniem towarzyszącym odkrywcom nowych lądów. Bardzo szybko się okazuje, że wbrew pozorom niewiele wiemy o tym egzotycznym, metyskim państwie. Szerokie ronda sombrer i palący smak chilli mogą przesłonić wiele faktów. Jak te na przykład, że w Meksyku miliony ludzi wciąż posługują się mową Azteków i Majów. Że wśród podbijających kraj Montezumy Hiszpanów byli wizjonerzy, którzy próbowali na miarę swoich możliwości zbierać opowieści odchodzącego bezpowrotnie do przeszłości indiańskiego świata (i byli to zakonnicy!). Że styl muzyczny orkiestry mariachis Meksykanie zawdzięczają przybyłemu z... Austrii cesarzowi Maksymilianowi Habsburgowi, który zresztą długo nie porządził na meksykańskim tronie. A świetność Azteków trwała ledwie półtora wieku – wcześniej byli tylko głodnymi i ambitnymi obszarpańcami z północnych pustyń.
Autor szczodrze dzieli się z nami wiedzą dotyczącą kulinariów, położenia (i geograficznego i politycznego), zwyczajów i historii. Raczy nas mieszanką, w której jest miejsce na jedzenie, picie, w tym mocne alkohole (nie tylko tequilę), gwiazdy kina, kurorty, smog w stolicy, najgorsze przekleństwa i Matkę Bożą z Guadelupy. Kiedy czegoś nie jest pewien, kiedy tylko o czymś zasłyszał albo był świadkiem niezrozumiałego obyczaju – zaznacza to. Jego styl jest szczegółowy, ale nie suchy. Ni stąd ni zowąd dodaje coś od siebie. I tak podczas zwiedzania w dżungli majowskiego miasta dostrzega starszą panią siedząca w milczeniu na krzesełku i obserwującą wydzierane dzikiemu lasowi budowle. To amerykańska uczona, która jako jedna z pierwszych odkryła to miejsce. Teraz już zbyt schorowana, by prowadzić dalsze badania. Carrière z humorem przytacza też historyjkę o hiszpańskich uciekinierkach z ogarniętej wojną domową ojczyzny. Udręczone kobiety przywitała m.in. delegacja piekarek tortilli z transparentem, który głosił wszem i wobec ich profesję. Z tym, że w Hiszpanii, która nie znała takiego zawodu, to samo słowo określało... lesbijkę! I już gotowa awanturka! Pisarz nie unika i współczesnych problemów związanych z nasileniem się przemocy czy ucieczkami przez północną granicę do „raju” zwanego U.S.A. Bo chociaż największa indiańska piramida znajduje się na terytorium Stanów Zjednoczonych, Meksyk ma do ofiarowania o wiele więcej niż tylko barwny folklor, sumiastego wąsa, biedę i kult macho.
Książka została napisana w formie leksykonu. Hasła ułożone są alfabetycznie, a pod większością z nich znajdziemy odsyłacze do innych, powiązanych tematycznie rozdziałów. I biada temu, kto od razu twardo postanowi, że będzie czytać strona po stronie, jak na porządnego czytelnika przystało. Odnośniki pod hasłami zbyt kuszące, lubią przerzucać nas to w środek, to pod koniec książki. Nowe tytuły wabią, fragmenty rozdziałów wciągają na dłużej niż na chwilę. Nie liczy się porządek, w jakim zapisano hasła, tylko to, co nas w tym danym momencie zainteresuje. W zależności od tematu rozdzialiki mają różną długość, ale i tak najdłuższe mnie przekraczają kilku stron. Stąd złudzenie, że zaraz skończymy czytanie w środku i powrócimy na początek książki. W ten sposób można co najwyżej skończyć z kilkoma zakładkami wetkniętymi w różne miejsca.
Alfabet zakochanego w Meksyku” to najlepsza lekcja z wiedzy o innym kraju. Ni to przewodnik, ni to podręcznik, ni literatura faktu. Od nas zależy, co zechcemy w niej odkryć. Jeśli sięgniemy po całość, odwdzięczy się i zaczaruje nas Meksykiem na zawsze.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Drzewo Babel.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Po co dzieciom dorośli, a dorosłym dzieci?


Janusz Korczak, Król Maciuś Pierwszy, wyd. W.A.B. i Biblioteka Akustyczna

Janusz Korczak, Król Maciuś na wyspie bezludnej, wyd. W.A.B. i Biblioteka Akustyczna

Co nowego można napisać o klasyce? Jak zmierzyć się z historią napisaną jeszcze przed drugą wojną światową? Współczesnym dzieciom trzeba wytłumaczyć, czym jest prochownia, ale tak samo, jak i ich rówieśnikom sprzed kilkudziesięciu lat, zależy na szacunku, naszej uwadze i akceptacji. Chcą rządzić nami, dorosłymi, i całym światem, a gdy tylko to możliwe ponownie móc się bawić i innym pozostawiać ważne decyzje. Król Maciuś tak jednak nie może. Rządzić musi, choć początkowo jego władza jest bardzo ograniczona i ściśle kontrolowana przez dorosłych ministrów. Pomiędzy Maciusiem a rządowymi sprawami, kłopotami, dyplomacją i wojnami nie ma nikogo, kto z miłością i troską wprowadzałby go stopniowo w tajniki panowania nad sobą i innymi. Czasami dzieci mają dosyć rodziców, bo ci tylko czegoś oczekują, żądają i wymagają, a sami nie mają czasu słuchać. Dla Maciusia jednak świat bez mamy i taty, w którym tak wiele zależy od niego, nie jest do końca miejscem szczęśliwym. Chociaż udaje mu się zrobić dużo dobrego dla innych, popełnia też błędy, które wykorzystują przeciwko niemu dorośli władcy.

Historia o Maciusiu nie jest zwykłą opowiastką. Najmłodszym słuchaczom daje przedsmak przygody, ucieczki z domu, brania udziału w prawdziwej wojnie, mieszkania na niemal bezludnej wyspie, wysyłania szpiegów, wysadzania fabryk, przebierania się za kogoś innego. Oraz daje poczucie władzy, która dzieciom pozwala zająć miejsce dorosłych, a tych – wysyła do szkoły. Żeby wiedzieli, że to nic przyjemnego.

Bo dzieci chcą robić to, co dorośli - decydować o sobie, mieć pieniądze, wpływać na rzeczywistość, a choćby i sięgnąć po zakazane: pić wódkę i palić papierosy. Brak im jednak dogłębnej wiedzy o świecie i innych ludziach, rozeznania w niuansach. Dorośli za to nie mają świeżości spojrzenia i fantazji dzieci. Oczywiście docenią je tylko ci, którzy są na nie otwarci. Opowieść o Maciusiu mówi o sytuacji, w której nie ma wymiany doświadczeń między jednym pokoleniem a drugim. Gdy dziecko zostaje pozostawione same sobie i samodzielnie próbuje wszystko ogarnąć. I nawet dobre serce oraz troska innych ludzi nie są w stanie mu tego zastąpić.

Dwie części audiobooka to w sumie kilkanaście godzin słuchania głosu, którego barwa zmienia się w zależności od postaci, w którą wciela się lektor. Krzysztof Tyniec siłą rzeczy jest znakomity w postaciach mężczyzn i chłopców, od których aż roi się w tej historii. Słabiej wypada w roli afrykańskiej księżniczki Klu-Klu. Trudno, jednak by dorosły mężczyzna idealnie naśladował głos małej dziewczynki. Jest to więc zrozumiałe. Odczytana z doskonałą dykcją opowieść łatwo daje się podzielić na mniejsze fragmenty. Może być jednak i tak (wiem z doświadczenia!), że młody słuchacz niechętnie będzie przyjmował jakiekolwiek przerwy. Opowieść o Maciusiu to w końcu piękna, wciągająca historia dla dużych i małych. A to wydanie ma w dodatku bajeczne okładki!

Za audiobooki dziękuję wydawnictwu Biblioteka Akustyczna.

środa, 23 listopada 2011

Ta nieuchwytna bliskość...


Ǻsa Larsson, I tylko czarna ścieżka, wyd. Wydawnictwo Literackie

Kryminały Ǻsy Larsson można czytać niezależnie od siebie, o czym przekonałam się, zaczynając dopiero od drugiej części cyklu pod tytułem „Krew, którą nasiąkła”. Jej mroczny klimat jest jednak tak inny od powieści „I tylko czarna ścieżka”, że zaintrygowało mnie, jak został napisany tom, który otwiera cały cykl. Bowiem Ǻsa Larsson swoimi ostatnimi kryminałach udowodniła, że nie powiela pomysłów, potrafi dodać nowe elementy, zwrócić uwagę na inną problematykę. „Krew, którą nasiąkła” wydaje się bardziej kameralna – i jeśli chodzi o niewielką liczbę bohaterów, i zasięg problemu, który doprowadził do tragedii. Kontrowersyjna pani pastor wzburza tylko miejscowych, którym nie w smak jest kobieta na takim stanowisku.

W przypadku „I tylko...” ginie szefowa działu informacji dużej korporacji. Inna Wattrang razem z bratem stanowili trzon międzynarodowej firmy, kierowaną przez ich przyjaciela z okresu studiów, Mauri Kallisa. Możliwych podejrzanych, jak i prowadzących śledztwo, jest znacznie więcej. Poprzednia część była głównie skupiona na osobie prawniczki Rebeki Martinsson. W najnowszym tomie cyklu jest ona równie ważna jak policjantka Anna Maria Mella z jej pełnym ciepła, dzieci i bałaganu domem oraz jak żyjący samotnie policjant Sven Erik.

Akcja toczy się dwutorowo – policjanci z pomocą Rebeki szukają rozmaitych śladów i potencjalnych tropów. My, czytelnicy, cofamy się w przeszłość i we fragmentach poznajemy dzieje nie zawsze łatwej znajomości Mauriego Kallisa z rodzeństwem Wattrang. Ǻsa Larsson ujawnia przy tym podskórne problemy szwedzkiego społeczeństwa, które na pozór wydaje się tak nowoczesne, otwarte i pozbawione klasowych uprzedzeń. Inną sprawą jest podejście tych, którzy z racji urodzenia otrzymali więcej – czułości, pieniędzy czy dumy z przeszłości rodziny. Jeszcze inną, czy osoba znikąd, z chorą psychicznie matką i pobytem w rodzinach zastępczych potrafi przezwyciężyć trudny start i skorzystać z równych szans w życiu prywatnym i zawodowym. Mauri Kallis bezwzględnie walczy o przewagę w interesach, sprawy osobiste traktuje drugorzędnie, wśród bliskich czuje się nieswojo. Jego przyrodnia siostra Ester to jedna z najciekawszych postaci, jakie spotykamy w tej powieści. Ta pół Szwedka, pół Hinduska czuje i odbiera świat w sposób głębszy, intuicyjny, na co ma ogromny wpływ wychowanie w lapońskiej rodzinie. Jej więź z przybraną matką stanowi sens istnienia i jest jednym z najpiękniejszych, najsugestywniejszych opisów bliskości, z jakimi miałam do czynienia. Tak bogato obdarowana Ester przewiduje, czego może potrzebować jej brat i jest gotowa mu to dać bez względu na wszystko.

Jeśli chodzi o akcję, zaczynamy rozumieć pewne wydarzenia dopiero po pewnym czasie. Najpierw jesteśmy tylko ich świadkami. Mimo osobistych wstawek, wciąż dużo się dzieje, dochodzą nowe fakty, a końcówka przypomina scenariusz do rasowego sensacyjnego filmu. Larsson nie byłaby sobą, gdyby jej zbrodnia nie miała szerszego kontekstu. W tym wypadku jest to niestabilna sytuacja wielu afrykańskich państw, którą próbują wykorzystać różnej maści biznesmeni, oraz jej najwięksi przegrani – zwykli ludzie.

Autorce mogę zarzucić tylko jedno – zbyt optymistyczne zakończenie dotyczące Rebeki, którego nic nie zapowiadało i które nie pasuje do całości. Poza tym można powiedzieć krótko, że Ǻsa Larsson daje się poznać jako autor wszechstronny, wykraczający poza ramy powieści kryminalnej oraz kładący duży nacisk na życie osobiste swoich bohaterów, bez względu czy to ofiary, mordercy czy śledczy. Nic dziwnego, że znajduje się w ścisłej czołówce poczytnych skandynawskich pisarzy.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Konkurs z Fabryką Słów


Podaj tytuł powieści Jacka Piekary, która ma się ukazaćw w 2012 roku nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. Odpowiedzi szukaj w zapowiedziach na www.fabrykaslow.com.pl.

Warunki uczestnictwa:
- jeśli jeszcze nie jesteś obserwatorem witryny, przyłącz się do niej (w prawym górnym rogu)
- zamieść odpowiedź w komentarzach
- jeśli jest to niemożliwe, rozwiązanie prześlij (jako członek witryny) pod adresem jurczyk.anna@gmail.com
- masz czas do 25 listopada do północy
- powodzenia!

Do wygrania 1 książka (ale jaka!) wydawnictwa Fabryka Słów:

wtorek, 22 listopada 2011

Mycie podłogi według babci Toni


Meir Shalev, Moja babcia z Rosji i jej odkurzacz z Ameryki, wyd. Muza

Dawno już tak szybko nie połknęłam naraz niemal całej powieści. Zaczęło się od pierwszych stron, których nieoczekiwanym bohaterem stały się pomalowane na czerwono paznokcie samego Meira Shaleva, zaprezentowane nie w domowych pieleszach, ale podczas wygłaszania publicznie bardzo ważnej przemowy. Po takim wstępie można się spodziewać naprawdę wiele. I tak właśnie było. Spodobał mi się w tej książce subtelny humor, ciepło, z jakimi opisywane są poszczególne dziwactwa członków rodziny Meira Shaleva, zwłaszcza babci Toni z jej żelaznym uporem, manią czystości i niezachwianym przekonaniem co do własnych racji. Babcia tak naprawdę była z Ukrainy, ale jeśli wierzyć autorowi, chodziła do rosyjskiego gimnazjum i nawet po latach potrafiła deklamować z pamięci rosyjskie wiersze. Była prawdziwym oryginałem i niespecjalnie przejmowała się tym, co inni o niej sądzą. Na pylistej latem lub błotnistej zimą ziemi doliny Jezreel stworzyła swoje własne królestwo, dom, w którym wszystko zależało od niej - od dzieci po los i przeznaczenie mebli. Wymykającego się co jakiś czas z domu dziadka Aharona... ścigała i po prostu ściągała z powrotem do domu.

Pierwszy zdarzyło mi się czytać o żydowskiej rodzinie w Izraelu, której nie dotknęła wojna (poza Zeruyą Shalev, która osadza akcję swych powieści we współczesności). A jeśli nawet, autor nie wspomina o tym ani słowem. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy wyemigrowali jeszcze przed jej wybuchem, ciężko pracowali na roli i byli dumni z tego, co potrafili zrobić sami własnymi rękami. W przeciwieństwie do „teligentów” z miasta. Jak całkiem serio podkreśla autor, Izrael w początkowym okresie istnienia był państwem, w którym lepiej było przyznawać się do pochodzenia wiejskiego niż do tego, że jest się synem na przykład profesora. Z talentem odziedziczonym po rasowych opowiadaczkach, mamie i babci, Shalev przytacza rodzinne historie, a nawet ich różne, obrosłe legendą wersje. Wśród tych opowieści centralne miejsce ma odkurzacz przesłany babci Toni przez szwagra, który zamiast tworzyć socjalizm w Izraelu, wybrał kapitalizm w Stanach Zjednoczonych. Ku zgrozie i ubolewaniu reszty rodziny, która w końcu nawet na pogrzebach znajdowała powód do śmiechu.

Pełno w tej opowieści ciotek, wujków, szwagrów, synowych oraz dzieci. Ich wpadek, talentów, wzajemnych urazów i bliskości. Nawet koń Wajti został uwieczniony w opowiadaniach, w których rzadko zdarzają się konkretne daty. A chronologia polega na tym, że Meir Shalev snuje wspomnienia od wczesnego dzieciństwa po dorosłość. To, czego nie pamięta lub nie może, opiera na relacjach krewnych. I chociaż w książce znajdziemy biało-czarne, rodzinne fotografie, w moim odczuciu nie jest to typowa książka biograficzna. Celem autora nie jest ścisłe trzymanie się faktów, wymienianie wszystkich szczegółów. Ważniejsze są relacje między członkami rodziny, jej umiejscowienie w świecie, pośród innych. Oraz to wszystko, co składa się na tożsamość i poczucie wspólnoty, na to, co sprawia, że właśnie tu i teraz, z tymi ludźmi, naszymi bliskimi, jesteśmy w pełni sobą.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.

niedziela, 20 listopada 2011

Sandomierz we krwi


Zygmunt Miłoszewski, Ziarno prawdy, wyd. W.A.B.

Ziarno prawdy” miewa momenty drażniące, ale to właśnie one przydają autentyczności temu kryminałowi z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej. Przez całą opowieść przewija się wątek mieszkania na prowincji, w rzeczywistości pełnej małomiasteczkowych układów i znajomości, czasem dokuczliwych, a czasem pełnych ciepła i bliskości jakich nie znajdzie się w stolicy, z której Szacki przeprowadził się do Sandomierza. Inny styl życia, inne ceny, inny nawet wystrój mieszkań – wszystko dla Szackiego jest okazją do porównań i w zależności od nastroju ta sama rzecz go raz denerwuje, raz ujmuje. Bez zmian pozostaje jego stosunek do widowiskowego położenia Sandomierza opisanego tak smakowicie i prawdziwie, że nabiera się ochoty je zobaczyć, nawet jeśli sandomierska starówka zamiera wieczorem.

Do równie niejednoznacznego rodzaju należy życie erotyczne i osobiste głównego bohatera. Jego sposób postrzegania osób w otoczeniu, szczególnie kobiet, ulega przemianom. Szacki oszukuje się, ocenia zbyt powierzchownie, daje się ponieść uczuciom, szuka bliskości, wycofuje się, oczekuje zbyt wiele, rani; w nas budzi współczucie, sympatię lub irytuje - tym wszystkim jednak potwierdza, że mamy do czynienia z bohaterem z krwi i kości.

Najważniejsza w powieści jest oczywiście zbrodnia – makabryczna, przemyślana, nie do przeniknięcia, niemal bez punktu zaczepienia. Akcja została tak pomyślana, że nie ma szans na poprawne wytypowanie sprawcy przed zakończeniem. I nie była nim żadna z osób, które brałam pod uwagę! Nowe okoliczności, które wykluczają kolejnych podejrzanych, nowe tropy, rozmowy, intuicja, która nie daje panu prokuratorowi spokoju – akcja rozwija się ciekawie. Może tylko nieco spowalniają ją wstawki dotyczące osób zupełnie drugorzędnych dla fabuły, jak np. para sandomierskich staruszków, których jedyną rolą (a właściwie jednego z nich), było odnalezienie zwłok. Podświadomie oczekujemy, że ich udział będzie jednak bardziej znaczący ze względu na to, ile poświęcił im miejsca w tekście autor.

Miłoszewski potrafi nadać powieściowej zbrodni oryginalną oprawę, co udowodnił już we wcześniejszym „Uwikłaniu”. Tutaj stają się nią skomplikowane stosunki polsko-żydowskie, a zwłaszcza stek kłamstw, stereotypów, wstydliwych tajemnic sięgających jeszcze wojny. W ich tle zobaczymy polską młodzież świętującą urodziny Hitlera oraz rabina z mieszkaniem oklejonym zdjęciami izraelskich modelek. Powraca „nieśmiertelny” motyw rytualnego mordu, który udowadnia jak bardzo inność budzi strach, nawet gdy po kilkudziesięciu latach od wojny pozostały z tych innych ledwie niedobitki. I jak silne w człowieku jest wskazanie winnego już natychmiast, bez dowodów, w oparciu o pogłoskę i płytką znajomość kultury, a raczej jej karykatury. Sposoby popełnienia morderstw wyciągają na wierzch dawne uprzedzenia, zaciemniają obraz całości. Miłoszewski jest jednak bardziej wszechstronny – daje do myślenia, ale nie moralizuje, stara się rozszerzyć kontekst, dorzuca rzetelne informacje. I ani na trochę nie mamy wrażenia, że czytamy rozprawę historyczną, tylko inteligentnie napisany, krwawy kryminał z obyczajowymi wstawkami w postaci życia osobistego prokuratora Szackiego. Jemu na szczęście trudne emocje nie przeszkadzają w odnalezieniu sprawcy kilku wyjątkowo ohydnych morderstw. Naprawdę świetne!

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B.

Historia wielkiej manipulacji


Umberto Eco, Cmentarz w Pradze, wyd. Noir sur Blanc

Umberto Eco nigdy nie był pisarzem dla wszystkich – jego pisarstwo przeznaczone jest dla wybrednego czytelnika, który lubi być zaskakiwany nie tyle zwrotem akcji, co erudycją, oraz wodzony za nos przy pomocy literackich sztuczek, a także usatysfakcjonowany przedzieraniem się, niekiedy z trudem, przez gąszcz kolejnych stron. Tak jest też w przypadku „Cmentarza w Pradze”.

Simonini, główna postać tej powieści, to przedziwny i antypatyczny bohater. Z pasji i żarliwości swego ojca i dziadka przejął tylko nieufność i niechęć, głównie do jezuitów, masonów i Żydów. Sam wydaje się człowiekiem bez tożsamości, bez poglądów. Jest letni, jak kameleon przyjmuje na zlecenie kolejne twarze i osobowości. Podstępny, napuszczający ludzi przeciw sobie i wykorzystujący ich do własnych celów. Potrafi fałszować nie tylko dokumenty, ale i rzeczywistość, wbiegać na przebieg wydarzeń i historię. Jego motorem napędowym jest wyłącznie dobra kuchnia i pieniądze. Idealizm wywołuje w nim pogardę i niedowierzenie. Inność to dla niego wytłumaczenie dla porażek – osobistych lub jeszcze częściej państwowych.

Sam początek „Cmentarza w Pradze” jest dość szokujący, bo zaczyna się litanią nienawiści do Żydów, Niemców, Francuzów, masonów i jezuitów. Jest pełen nawiązań do światowych spisków. To język, którego nie używamy, przynajmniej większość z nas (mam nadzieję). Kojarzy się z krótkowzrocznością, ciemnotą umysłową, zacofaniem, wstydem, z paranoicznym lękiem. Eco wyciąga wszelkie upiory z worka europejskiej historii. Podaje nawet tytuły książek, z których jego bohater czerpał inspirację lub znajdował odbicie własnych poglądów.

Eco zdaje się kierować naszą uwagę na politykę – to, jak często pod gładkimi słówkami polityków kryją się inne treści, jak często rządzą nie ci, którzy są na świecznikach, tylko grupa skryta w ich cieniu, dążąca do kontroli nad wszelkimi wydarzeniami, zwłaszcza tymi ocierającymi się o anarchię i rewolucję oraz do sterowania nimi. I to przy pomocy takich ludzi jak Simonini – jakby przezroczystych, dla których większych emocji nie budzi nawet wybór narodowości. Może stąd właśnie wziął się kłopot naszego bohatera, równie fascynującego, co odrażającego. Simonini tak łatwo przywdziewający cudzą skórę, budzi się pewnego dnia i nie pamięta wszystkich szczegółów ze swojej przeszłości. Zaczyna więc prowadzić zapiski, by odzyskać zagubioną tożsamość. A nas wprowadza w meandry swego życia, w historię m.in. zjednoczenia Włoch oraz cesarskiej Francji tuż przed wojną z Prusami. I tego szczególnego fenomenu, który zawsze każe ludziom szukać ukrytego i jednocześnie łatwego do zidentyfikowania wroga. Pokazuje, jakim manipulacjom ich poddać, by uznali za nieprzyjaciół osoby z konkretnego środowiska.

Cmentarz w Pradze” ma momenty, które najchętniej byśmy opuścili. Bez nich jednak nie mielibyśmy przekonania, że czytanie literatury bywa błądzeniem w labiryncie i przygodą, a nawet spiskiem, który autor zawiązał przeciwko czytelnikowi. Ta powieść przyciąga, odpycha, każe do siebie wracać. Bywa nawet obrzydliwa. A jednak udowadnia, że słowo pisane, fikcja i pewne literackie schematy mają niewiarygodną moc przyciągania i nie zawsze służą szlachetnym celom.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Noir sur Blanc.

sobota, 19 listopada 2011

Nauka, technika i inne cuda


Andrzej Pilipiuk, Aparatus, wyd. Fabryka Słów

Nie wiem, czy istnieje dziedzina, której Andrzej Pilipiuk by nie zgłębił, szczególnie gdy rzecz dotyczy historii, biologii i techniki. Wie, jak robiono kable przed pierwszą wojną światową i dlaczego są one wytrzymałe, z jakich cegieł budowano kamienice, jaka zastawa była modna w międzywojniu, dlaczego do kotła parowca nie można dawać wody morskiej, z jakich elementów konstruowano pierwsze zegary z kukułką dla zamożniejszych, niemieckich chłopów czy też jakie drewno jest odpowiednie do wyrobu skrzypiec. Minerały, skamieliny, dziwne zarazy, ekspedycje ratunkowe i szpiegowskie, trochę legendy, trochę prawdy historycznej, cuda techniki, zaginione wynalazki i szczypta, zaledwie szczypta fantastyki. W opowiadaniach z tomu „Aparatus” znajdziemy to wszystko, a nawet jeszcze więcej. Akcja części z nich ma miejsce jeszcze na początku dwudziestego wieku, często w takich miejscach jak Syberia czy Ziemia Świętego Franciszka, bardziej dla nas nierzeczywistych i owianych złą sławą niż Dziki Zachód czy Puszcza Amazońska. Dzikie ostępy, tajga, wieczna zmarzlina i schyłek carskiego imperium okazują się atrakcyjną scenerią dla opowiadań, których bohaterem jest lekarz Paweł Skórzewski – poszukiwacz rozbitków, zaginionego klasztoru i świadek wydobycia przeklętego Dzwonu Wolności. Inną, często się przewijającą w tomie postacią (i bardziej współczesną) jest Robert, kolekcjoner, badacz, swoisty detektyw tropiący pozostałości po odchodzących w zapomnienie rzemiosłach i ich wytworach. Całkiem innych bohaterów mają tylko dwa opowiadania. Patriotyczne (ale w taki fajny, niepatetyczny, pilipiukowski sposób) „Za kordonem. Lwów” oraz jedyny słaby tekst „Apartausa” o tytule „Staw”. Problem z tym opowiadaniem polega na tym, że nie zostało ono dostatecznie dopracowane. Zabrakło mi w nim lepszego rozwinięcia postaci trochę demonicznego profesora Apfelbauma, skąd się wziął, jak doszedł do takich wyników naukowych, przeciw komu je kierował i dlaczego. Inne to przykład dobrej pisarskiej roboty, gdzie solidna dawka wiedzy uzupełniona została wyobraźnią i przygodowym zacięciem. A ponieważ Pilipiuk jako jeden z nielicznych polskich autorów swobodnie wykorzystuje nasze dziejowe zawirowania do tworzenia awanturniczych fabuł, z „Aparatusa” wyszła książka naprawdę warta przeczytania.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

sobota, 29 października 2011

Rajskie jabłuszko


Katarzyna Berenika Miszczuk, Ja, anielica, wyd. W.A.B.

Podróż w zaświaty, miłosne komplikacje – można powiedzieć, że to już było, ale „Ja, anielica” i „Ja, diablica” są jak dwie połówki jabłka - każda pełna niespodzianek, dobrego humoru i wartkiej akcji. Można przeczytać tylko jedną z nich, bez sięgania po drugą. Tylko po co pozbawiać się tej przyjemności? Czuć, że Miszczuk miała pomysł na tę historię. A tym co najbardziej mnie zdumiewa, gdy widzę jej datę urodzenia (rocznik 1988), to dojrzały pisarski warsztat. Nie ma tu dłużyzn, niezręczności językowych, braku logiki, przegadania, czyli wszystkiego, czego można by się spodziewać po początkującym pisarzu. Jeśli można takiego określenia użyć w stosunku do autorki, która razem z „Ja, anielica” ma na koncie już cztery napisane powieści.

Wyobraźnia Katarzyny Miszczuk nie zawodzi. Tym razem Wiktoria na skutek podstępu diabłów trafia do nieba, a chyba każdy chciałby wiedzieć, jak tam jest. Ta kraina szczęśliwości ma swoje tajemnice, reguły, których nie można złamać, a nawet... więzienie. W dodatku anioły łączy z braćmi z Niższej Arkadii (czyli z piekła) ambicja, której nadmiar może przynieść czasami opłakane skutki. Dla tych, którzy znają pierwszą część historii cyklu o Wiktorii, to okazja, by porównać styl życia w niebie z piekielnymi imprezami i rezydencjami, a nawet obsługą klienta. Bo i owszem, urzędnicy są także w zaświatach. I tu i tu można poznać prawdziwe oryginały wśród nadprzyrodzonych istot, chociaż dla mnie i tak najbardziej rozbrajającą postacią będzie wiecznie coś knujący diabeł Azazel - tym razem wyjątkowo pozbawiony większej możliwości mieszania i manipulowania. Spokojny pobyt w niebie zmienia się dla Wiktorii w nielegalne przedsięwzięcie za sprawą anioła Moroniego. I przyniesie wiele zmian w jej życiu, zwłaszcza tym osobistym.

Jeśli ktoś chce zaspokoić swoją ciekawość i dowiedzieć się, po co diabłom widły, jaki jest ulubiony sport świętego Piotra i czy w niebie można palić papierosy – ta książka dostarczy odpowiedzi na te pytania! Zwłaszcza, że świeżość pomysłów i żartobliwy ton czynią z „Ja, anielica” idealnie lekką lekturę na każdą porę roku.

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B.

środa, 26 października 2011

Prawdziwy bohater



Jerónimo Tristante, Zagadka ulicy Calabria, wyd. Noir sur Blanc

Zagadka ulicy Calabria”, której akcja rozgrywa się pod koniec dziewiętnastego wieku w Barcelonie, jako powieść posiada kilka zalet. Jednak jako kryminał nie wnosi niczego nowego do gatunku. Jerónime Tristante sięga po klasyczną formułę i prezentuje nam rzeczywistość widzianą poprzez narratora, w którego zasięgu znajduje się najpierw policjant z Madrytu, Víctor Ros, a potem tak zwany artysta umysłu, Maximus Aeternum.

Víctor Ros to przedstawiciel wymarłego już rodzaju głównych bohaterów kryminału. Przyzwyczailiśmy się do utalentowanych detektywów, policjantów lub prawników, którzy albo mają problemy psychiczne, albo są rozwodnikami, nie potrafią porozumieć się z najbliższymi czy też nadużywają środków odurzających, słowem ciągną za sobą jakąś życiową klęskę. Víctor natomiast jest ideałem. To kochający ojciec i mąż, który docenia inteligencję żony i jej poparcie dla sprawy sufrażystek. Jako policjant interesuje się najnowszymi osiągnięciami naukowymi i stara się je wykorzystać w śledztwach. A jako obywatel uważa wszechobecną nędzę za skandaliczny stan rzeczy, który powinien ulec zmianie. Tristante chyba sam wyczuł, że jego bohater jest tak szlachetny, że aż za mało wiarygodny – stąd przypomnienie, że w dzieciństwie Víctor kradł, a jako student razem z kolegą wrzucił dla zabawy do fontanny dwie prostytutki. Tym jeszcze, co kojarzy się ze dawnym typem powieści, jest skłonność Víctora Rosa do celowego nieujawniania przyjaciołom (i nam!) wszystkich swoich zamysłów. To zabieg, który trąci myszką. Na początku zaciekawia nawet dalszym ciągiem, później – po prostu irytuje.

Całkowitym przeciwieństwem policjanta z Madrytu jest Maximus Aeternum. To najoryginalniejsza postać barcelońskiej bohemy, która gardzi porządkiem, policją i chętnie brata się z półświatkiem, skuszona jego nielegalnymi możliwościami. Max pojawia się w trakcie powieści niespodziewanie i rozgryzanie jego roli nie jest trudne, chociaż nie jest ona aż tak oczywista.

Sama fabuła rozwija się interesująco od pewnego banalnego porwania dla okupu, które niespodziewanie staje się częścią grubszej afery związanej z pedofilią, tajemnymi obrzędami i morderstwami dzieci, zwłaszcza dziewczynek. Tym jednak, co staje na drodze niezłomnego Víctora Rosa, są nie tyle złoczyńcy, co władze pragnące uchronić zamożnych i wpływowych obywateli przed sądem, a siebie przed odpowiedzialnością. Problem niesprawiedliwości społecznych przewija się zresztą przez całą powieść. Z jednej strony zestawiono poczucie krzywdy robotników harujących po dwanaście godzin bez przerwy, podczas gdy ich dzieci pozbawione są szkoły i opieki, a z drugiej przesądy, fanatyzm religijny, hipokryzja i poczucie bezkarności wobec prawa – to wszystko musiało zaowocować Republiką, wojną domową w Hiszpanii i rządami generała Franco. Tło obyczajowe zostało więc nakreślone bardzo dokładnie, chociaż sam Víctor Ros jest postacią bardzo postępową, bliską nam w przekonaniach i typie wrażliwości. Natomiast Max jest dzieckiem swojego czasu. Jako przedstawiciel cyganerii artystycznej buntuje się przeciw zakłamanej obyczajowości w oryginalny, niespotykany już sposób.

W „Zagadce ulicy Calabria” prócz sensacji znajdziemy także garść ciekawostek o Barcelonie i parę odniesień do hiszpańskiej polityki owego czasu. Na szczęście tych ostatnich jest zaledwie kilka, ponieważ dla czytelnika spoza Hiszpanii są one zbyt niejasne i są to fragmenty, które ciężko się czyta. Na pewno wśród zalet książki znajduje się dobry pomysł na intrygę, która cudownie się gmatwa, ociera o grozę i nie daje samodzielnie rozwikłać się przed zakończeniem. A w końcu to w literaturze sensacyjnej jest najważniejsze. Chciałoby się tylko, żeby Víctor Ros jako policjant nie był aż taki nieskazitelny. Ale cóż – to tylko takie moje życzenie rodem z 21. wieku.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Noir sur Blanc.

sobota, 22 października 2011

"Zemsta shitu" rządzi


Agnieszka Krawczyk, Morderstwo niedoskonałe, wyd. SOL

Muszę przyznać, że bardzo długo czekałam na zapowiedziane tytułem morderstwo. Wątków kryminalnych jest tu dość, a ubarwiają one i tak już zwariowaną fabułę. Nie ma tu krwi, groźby utraty życia, a jedynymi krwiopijcami są Prezes i Dyrektorka, którzy razem rządzą pewnym wydawnictwem. Działalność tej firmy jest podejrzana, balansująca na granicy opłacalności i nawet dobrego smaku, ale nie nielegalna. Jest tak, jakby autorka w krzywym zwierciadle, z przymrużonym okiem pokazywała jak prawa rynku wpływają na produkcję bestsellerów, kolorowych czasopism, encyklopedii, w których bardziej niż treść liczy się stylowa okładka czy seria klasyków z chwytliwym hasłem i autorami, którym z racji zejścia z tego świata nie przysługują honoraria. Agnieszka Krawczyk podaje nawet przepis, jak się przygotować do napisania hitu wydawniczego – potrzebne są w dużej dawce obrady sejmowe, znajomość książek Stephanie Meyer (autorki uroczej bzdury o wampirach) i piękne mutantki w strojach kąpielowych jako efektowny dodatek. Ewentualnie jakaś legendarna, owiana złą sławą lokalna postać.

W najnowszej powieści Agnieszki Krawczyk najważniejszych bohaterów łączy przyjaźń, partnerstwo i niepewność jutra w firmie nastawionej wyłącznie na zysk. To grupa nielichych oryginałów, z nosem do dobrej literatury, skazana na coraz to bardziej księżycowe pomysły szefostwa, użeranie się z autorami i ocenianie w większości kiepskich debiutów. To właśnie oni tworzą zespół nazwany wymownie „Zemstą shitu”. Jako specjaliści w branży wydawniczej orientują się, jaka tematyka jest poczytna. Dlatego, z nadzieją na sukces i zdobycie nagrody, przystępują do konkursu literackiego. Tymczasem codzienne obowiązki w pracy nie dają o sobie zapomnieć.

Treść „Morderstwa niedoskonałego” jest pełna pozbawionego zgryźliwości humoru. To zdrowy śmiech, a prztyki żartobliwe. Autorka wykonała tu zdecydowanie lepszą robotę niż we wcześniejszym, romansowym „Magicznym miejscu”. Cała fabuła została starannie przemyślana aż do ostatniej strony, o czym z wybuchem śmiechu przekona się każdy czytelnik. Wszelkie przejaskrawienia rzeczywistości są celowe. W dodatku rozdziały kończą się Encyklopedią Absurdów Adeli, czyli autentycznymi notkami prasowymi, które potrafią naprawdę zadziwić. Zabawne!

Za książkę dziękuję wydawnictwu SOL.

Miłość od grobowej deski


Shan Sa, Naga cytra, wyd. Muza

Naga cytra” ma delikatność jedwabiu i porcelany, siłę i giętkość bambusa oraz wdzięk motyli fruwających nad rzeką Jangcy. To dwie równolegle poprowadzone historie osób, które rozdziela prawie dwieście lat, a łączy miłość do muzyki i do gry na cytrze. To opowieść o marzeniu o bliskości, która dla Niej urzeczywistnia się po śmierci, a dla Niego staje się snem na jawie.

Pisarstwo urodzonej w Pekinie Shan Sa jest pełne zarówno wyrafinowania, jak i konkretu. Cechuje je dogłębna znajomość rodzimej chińskiej kultury, tradycji i historii oraz harmonia w łączeniu jej z losami fikcyjnych bohaterów. Autorka przytacza całe tło obyczajowe - od sposobów bycia chińskich arystokratów, ich intelektualnych zabaw po dworski ceremoniał, opowieści o duchach, dawnych królach, dzikich północnych plemionach oraz legendy. Odmalowuje niepowtarzalne krajobrazy chińskich miast i dzikszych okolic w pobliżu rzeki Jangcy. Opowiada jak zmienne, często krwawe dzieje kolejnych władców wpływały na życie ludzi - tych wysoko urodzonych, jak zwykłych kupców czy wieśniaków. Wplata tę wiedzę mimochodem, nie przesłania nią swoich bohaterów i ich życiowych wyborów, co - biorąc pod uwagę dość typową grubość książki - jest naprawdę imponujące. Tak jak imponujący jest całościowy obraz chińskiej cywilizacji i jej osiągnięć mimo destrukcyjności ludzkiej natury, żądzy władzy i pociągu do przemocy.

Sposób pisania Shan Sa jest dostosowany do tempa przedstawianych wydarzeń. I tak, gdy akcja ulega przyspieszeniu, opis przestaje być dosłowny, a autorka operuje krótkimi zdaniami, które pozostawiają większe pole dla wyobraźni. Spokojniejsze fragmenty są pełne szczegółów – dźwięków, a nawet kolorów, tego, co zazwyczaj umyka nam w pośpiechu.

Żeby uzmysłowić zachodniemu czytelnikowi okres, kiedy rozgrywa się akcja jej powieści, Shan Sa we wstępie przytacza daty znane nam ze szkoły – najazdy barbarzyńskich plemion na starożytny Rzym i jego ostateczny upadek. Cesarstwo chińskie w tym samym czasie dotykają podobne problemy: kraj ulega rozpadowi, tworzą się nowe królestwa, cesarstwa, dynastie przemijają jedna za drugą. Te wydarzenia mają duże znaczenie dla najważniejszych postaci „Nagiej cytry”, szczególnie dla kobiety bez imienia, zwanej najpierw Młodą Matką, potem Matką. Oderwana od rodziny, z mężem związana obowiązkiem i brakiem innych perspektyw, pocieszenie znajduje w malowaniu obrazów, wychowywaniu dzieci, grze na cytrze i we wspomnieniach. Władza i bogactwo, które staną się jej udziałem, nigdy nie przyniosą jej wolności od życia, którego nie wybrała. Shen Feng to młody lutnik i sierota. Biedak trawiony tęsknotą i samotnością. Wyrabiający cytry ze starych desek grobowych. Dlaczego akurat z nich, o okradaniu grobowców chińskich dostojników i ich zabezpieczeniach – to wszystko można wyczytać w powieści. I nie tylko to. Nie będę zatem zdradzać tego, co można odkrywać z przyjemnością podczas lektury.

Ta historia urzeka. Pozwala na poznanie bohaterów „od środka”, przez co są nam bliscy, a ich doznania stają się i naszymi. Egzotyka scenerii i kultury, w jakiej są osadzeni, wzbogaca tę opowieść i dodaje jej głębi. Nie daje o sobie zapomnieć...

Za książkę dziękuję wydawnictwu MUZA.

Rozstrzygnięcie konkursu

Dziękuję za wszystkie zgłoszenia - i te przesłane w mailach, i te zamieszczone w komentarzach.

Wszystkie odpowiedzi były poprawne.

Książki Fabryki Słów trafią do Magdaleny. Gratuluję!

Kolejny konkurs w listopadzie!

wtorek, 18 października 2011

Konkurs z Fabryką Słów

Podaj tytuł legendarnego zbioru opowiadań Andrzeja Pilipiuka, który w księgarniach pojawi się 21 października w piątek. Odpowiedzi szukaj na www.fabrykaslow.com.pl.

Warunki uczestnictwa:
- jeśli jeszcze nie jesteś obserwatorem witryny, przyłącz się do niej (w prawym górnym rogu)
- zamieść odpowiedź w komentarzach
- jeśli jest to niemożliwe, rozwiązanie prześlij (jako członek witryny) pod adresem jurczyk.anna@gmail.com
- masz czas do 21 października do północy
- powodzenia!

Do wygrania 2 książki wydawnictwa Fabryka Słów:


środa, 12 października 2011

Jak to było z tymi stosami?


Jacek Piekara, Miecz aniołów, wyd. Biblioteka Akustyczna

Jeśli lubicie mroki średniowiecza, w „Mieczu aniołów” znajdziecie je na pewno. Tłok na ulicach pełnych rzadko myjących się ludzi, cnotliwych dam, których przeznaczeniem jest donieść wianek przed ołtarz i tych, które go straciły z biedy oraz wartko płynących cuchnących rynsztoków. W ustach przechodniów widać poczerniałe pieńki zamiast zębów. Karczmy, które skupiają ówczesne życie towarzyskie, w ofercie mają skwaśniałe wino i rozwodnione piwo dla plebsu. Tu można stracić życie za pochlapanie płaszcza szlachcica i tu właśnie upadek żonglera wzbudza większy zachwyt gawiedzi niż jego kunszt. Oczywiście jest jeszcze wiara w formie żarliwszej i bardziej zobowiązującej niż ta, którą znamy w dwudziestym pierwszym wieku. Tak bardzo głęboka, że podczas przedstawienia pasyjnego aktorzy grający łotrów i rzymskich legionistów mogą serio stracić życie. Oczywiście, muszą być i ci, którzy tej wiary bronią. Jak na przykład inkwizytorzy Świętego Oficjum, którzy w ogniu stosu oczyszczają zbłąkane duszyczki i wysyłają je prosto do nieba.

Jacek Piekara opisuje świat pełen brutalności, ale nią nie epatuje. Lubi nas postraszyć możliwościami inkwizytorów poprzez wypowiedzi Mordimera Madderdina, swojego głównego bohatera i inkwizytora rzecz jasna, który nie raz, nie dwa podkreśla swoją łagodność obyczajów i czułe powonienie. Pełną ludzkiej zawiści, głupoty, nędzy i chciwości rzeczywistość widzimy właśnie jego oczyma. Ten zabieg pozwala nam śledzić nieubłaganą logikę myśli Mordimera, jego cynizm i trzeźwy rozsądek, które przydają mu się podczas rozwiązywania przeróżnych zagadek i tajemnic. Jednych zadań podejmuje się jako broniący wiary inkwizytor, innych po to, by podratować skromny budżet. Zręczną rozmową potrafi wyciągnąć zeznanie, aluzją skłonić do posłuchu, a inteligentnym pochlebstwem uratować nie tylko swoją skórę. Tymczasem jego własny podręczny zestaw narzędzi tortur pozostaje bardzo często nieruszony.

Ponieważ nudny byłby taki wszystko wiedzący bohater, bywa, że i Mordimera Madderdina zaskoczy przebieg wydarzeń, wpadnie w jakieś tarapaty lub ku własnemu zaskoczeniu poczuje do kogoś większy sentyment (na pewno nie miłość!). Albo będzie miał do czynienia z osobami, które podważą jego inkwizytorskie kompetencje. Ponieważ w świecie, gdzie cesarz rządzi pospołu z ojcem świętym, jest duży popyt na władzę nad ludzkimi duszami. Ci, którzy przywykli myśleć o inkwizytorach najgorsze rzeczy, z opowiadań Piekary wyciągną wniosek o ich dyscyplinie w dążeniu do ustalenia stanu faktycznego oraz znajomości ludzkiej psychiki, która pozwala oddzielić pogłoski i plotki od prawdy. Na tle inkwizytorów inni „naprawiacze świata” wydają się partaczami, nawet jeśli posiadają stosowne pełnomocnictwa, odpowiednio mocne plecy i przekonanie o nieomylności.

Głos Janusza Zadury, który odczytuje kilka opowiadań zawartych na płycie audiobooka „Miecz aniołów”, idealnie oddaje osobowość Mordimera Madderdina i pozwala lepiej go sobie wyobrazić podczas różnego rodzaju perypetii. Lektor odpowiednią modulacją głosu wciela się w różne postacie przewijające się przez historie o Madderdinie i nie pozwala się im się zlać w jedno. Zarówno to, jak i treść „Miecza aniołów” powodują, że opowieści Jacka Piekary słucha się z zachłannością i niechętnie zostawia na później następny fragment nagrania, które trwa prawie 14 godzin.

Za audiobook dziękuję wydawnictwu Biblioteka Akustyczna


Trzecie wydanie książkowe nakładem wyd. Fabryka Słów

wtorek, 11 października 2011

W pogoni za nieuchwytnym cieniem


Marcin Wolski, Doktor Styks, wyd. Zysk i S-ka

Marcin Wolski był jednym z pierwszych polskich pisarzy, który przekonał mnie pomysłowością i fantazją do rodzimej twórczości na styku przygody i fantastyki. Po przeczytaniu „Doktora Styksa” widać, że autor wciąż jest w formie i nawet wykorzystując pewne elementy z wcześniejszych powieści, potrafi stworzyć z nich nową jakość. Trochę erotyki, sympatyczny, zakochany i nieświęty, choć przyzwoity bohater, przenikanie się teraźniejszości z przeszłością oraz prawdy z fikcją tworzą zadziwiający, wciągający melanż. Rzecz dzieje się m.in. w redakcji radiowej w czasach PRL-u. Klimat tamtych lat i specyficznego środowiska radiowców Wolski oddaje obrazowo i w wiele mówiący sposób. Nie ukrywa, jak wiele decyzji w tamtych czasach miało polityczne tło, jak sobie radzono z naciskami z góry i że talent mógł nie wystarczyć, by utrzymać się na powierzchni. Marcin Wolski nie zapomniał przy tym, że takie informacje dla czytelnika to tylko tło, a właściwy punkt ciężkości leży gdzie indziej. I chwała mu za to, bo inaczej wyszłaby z tego nudnawa, rozliczeniowa historia.

Akcja zaczyna się zawiązywać, gdy Gwidon Michałowicz dowiaduje się o śmierci swego mentora i kolegi z redakcji Piotra Abramczyka. Sęk w tym, że zmarły gwałtowną śmiercią Abramczyk był autorem wziętego kryminalnego słuchowiska o przedwojennym inspektorze Radwanie, jego zdolnej aspirantce i demonicznym doktorze Styksie. Gwidon ma kontynuować pracę przyjaciela, najpierw nie wiedząc, a potem domyślając się, że to ona odebrała mu życie. Dociera do wycinków prasowych sugerujących, że Abramczyk bardziej opierał się na autentycznych wydarzeniach niż by się to początkowo wydawało. A jednocześnie jego wyobraźnia twórcza była na tyle płodna, że... powołała do życia młodą kobietę. Gwidon (a więc i my) długo nie może się połapać, co jest rzeczywiste, a co nierealne, zwłaszcza, że w mieszkaniu zmarłego kolegi często czuje się nieswojo, odbiera dziwne telefony z pogróżkami, a nawet - niczym duch - wędruje w przeszłość. Wreszcie zaczyna rozumieć, że jemu i dziewczynie, którą pokochał, grozi najprawdziwsze niebezpieczeństwo, z którym trzeba się zmierzyć wszelkimi możliwymi sposobami. Wtedy rozpoczyna się pełen podstępów wyścig ze Styksem, który wydaje się dysponować nadnaturalnymi siłami. Gwidon przeciwstawia mu całą swoją twórczą moc.

Trudno przewidzieć koleje tego pojedynku i jego ostateczne zakończenie, co powoduje, że lektura „Doktora Styksa” staje się fascynującą przygodą samą w sobie. Ponieważ autor zadbał także o rozwój swego głównego bohatera, możemy z ciekawością obserwować jak nieśmiały, spokojny okularnik zmienia się w doświadczonego, trochę cynicznego mężczyznę, który nie godzi się z porażką, tylko wie, kiedy walczyć, a kiedy przeczekać. Powieść jako całość wyszła naprawdę świetnie!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

piątek, 7 października 2011

Tam, gdzie ludzie władają magią


Nik Pierumow, Brylantowy miecz, drewniany miecz, t. 1, wyd. Fabryka Słów

Zazwyczaj fantasy kojarzy się z baśnią i przygodą. Bywa, że nie brak w niej odniesień do rzeczywistości czy złych charakterów. Pierumow jednak wydaje się iść o wiele dalej. Nakreślił wizję świata tak pełnego okrucieństwa, manipulacji, niesprawiedliwości i poniżenia, że aż zapiera dech. To świat po wielu wojnach między ludźmi a Danu, elfami, krasnoludami i innymi rasami. Żadna ze stron nie ma czystych rąk, nie jest bardziej szlachetna od innych, chociaż oczywiście większe współczucie należy się przegranym, w tym wypadku nieludziom. Nawet oni są traktowani nierówno – jednych zabija się i ściga bez litości, innym pozwala się żyć, ale na jałowych terenach, gdzie nie chcą mieszkać ludzie, pozostałym jeszcze nadaje się niewielkie, ale zawsze, prawa obywatela Imperium. Magią władać mogą tylko i wyłącznie ludzie, zwłaszcza czarodzieje skupieni w kilku zakonach tak zwanej Tęczy. To oni tak naprawdę rządzą, knują intrygi, zachowują dla siebie najmniejszy nawet okruch władzy i wiedzy.

Powieść to kilka wątków, kilku bohaterów, pomiędzy losami których bardzo długo nie dostrzegamy powiązań. Na pewno tym, co ich łączy jest nienawiść do magów z zakonów Tęczy. Z tym, że nie każdy ma możliwość przeciwstawienia się im. Niewolnica Danu o imieniu Agata i młody Imperator są mimo różnych warunków bytowych tak naprawdę w tym samym, żałosnym położeniu – zależni od innych i aż nazbyt boleśnie tego świadomi. Każdą ze swoich postaci autor traktuje z taką samą uwagą, oszczędnie wyjawia fakty z jej przeszłości, a tym samym coraz bardziej budzi nasze zainteresowanie dalszym przebiegiem akcji. Śledząc dzieje Agaty, Imperatora, szpiega Fessego oraz Tavi, jej „brata” z Wolnych i krasnoluda Sirdiego, towarzyszy nam przeczucie, że sytuacja musi się zmienić, że ich działanie wpłynie na koleje ludzkiego Imperium i da upragnioną wolność. Taką nadzieję budzi też proroctwo z pierwszych stron powieści, chociaż trudno szukać do niego odniesień w tekście. Bo Pierumow wie, jak zarzucić przynętę. To, że w przepowiedni jest mowa o dwóch braciach, nie znaczy, że pojawią się oni zaraz na drugiej stronie. Trudno uwierzyć, że autor na co dzień pracuje jako biolog molekularny i biofizyk, a pisarstwo jest dla niego zajęciem dodatkowym. Warsztatem udowadnia biegłość w posługiwaniu się językiem i w budowaniu napięcia. Nie wyjaśnia od razu wszystkiego, dawkuje wiedzę o stworzonej przez siebie rzeczywistości. A ta jest bardzo skomplikowanym, wielobarwnym tworem, gdzie przeszłość ma kolosalny wpływ na teraźniejszość i wciąż trwa zakulisowa walka o władzę i przetrwanie.

Podoba mi się aura tajemniczości i niejednoznaczność zarówno akcji, jak bohaterów. I to, że kibicujemy tym, którzy stojąc na przegranej pozycji, próbują coś zmienić. A ich działania nie są dla nas oczywiste, bo my rzecz jasna nie żyjemy tam, gdzie używa się czarów, ożywia trupy, chroni się przed Śmiertelną Ulewą i gdzie pewne szczególne drzewo raz na sto lat ofiarowuje pełny magicznej mocy miecz, co tak sugestywnie opisuje Pierumow.

Koniec tomu pierwszego pozostawia wyraźny niedosyt. I chociaż mógłby ktoś powiedzieć, że książek o nieludziach, magach i artefaktach jest sporo, to łamaniem stereotypów, sposobem napisania i oryginalnością podejścia do tematu „Brylantowy miecz, drewniany miecz” wyróżnia się na ich tle na plus.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

czwartek, 6 października 2011

Zawsze po stronie ofiar


Michael Capuzzo, Klub koneserów zbrodni, wyd. Wydawnictwo Literackie


Scena zbrodni przypomina zamalowane płótno - detektyw musi jedynie odczytać podpis autora.”


Przede wszystkim – to nie kryminał ani nie wytwór wyobraźni utalentowanego pisarza. Klub najlepszych specjalistów od rozwiązywania kryminalnych zbrodni i niewyjaśnionych zabójstw istnieje naprawdę. Książka ta nie ma uporządkowanej logiki następujących po sobie wydarzeń typowej dla twórczości fikcyjnej. Życie to spiętrzające się sprawy, problemy osobiste i drobne radości. Michael Capuzzo doskonale uchwycił te zależności, nie szczędząc nam przy tym szczegółów, nazwisk, funkcji dotyczących i członków klubu i morderców, ofiar i członków ich rodzin. Żaden rozdział nie stanowi zamkniętej całości poświęconej tylko jednej zbrodni. Powrót do sprawy może nastąpić nawet kilkadziesiąt stron dalej, w momencie, kiedy wychodzą na jaw kolejne fakty lub w końcu nastąpi rozstrzygnięcie. Autor drobiazgowo zachowuje rzeczywisty przebieg wydarzeń. To ciekawy zabieg, tylko trochę kłopotliwy dla czytelnika, który akurat nie ma możliwości poświęcić kilka godzin bez przerwy jednej książce. Jeśli jest inaczej, trzeba się liczyć z tym, że przez kilka pierwszych minut mogą nam się mieszać nazwiska czy miejsca. A jednak wraca się do przerwanej lektury i zachłannie czyta kolejne strony, mimo że ich treść wywołuje niełatwe emocje.

W książce nie znajdziemy wyjaśnienia czy uzasadnienia istniejącego zła. Jego pochodzenie jest zagadką nawet dla specjalistów, którzy zajmują się codziennie jego efektami. Członkowie Towarzystwa Vidocqa opierają się temu złu, dążą do schwytania i ukarania jego sprawców, stawają całkowicie po stronie ofiar oraz ich rodzin. Nie krytykują rządu, policji czy FBI, ale nie ukrywają, że służby państwowe, w których w końcu przepracowali wiele lat, bywają niewydolne i niedouczone, a prawo nazbyt często staje po stronie oskarżonych. Wiedzą, że w normalnie żyjących ludziach istnieje granica, poza którą przestają oni rozumieć istotę zła, nawet gdy mają przed oczami jego ofiarę. Tak było w latach '50, kiedy doszło do makabrycznego odkrycia Chłopca w Pudełku. Nie znano jeszcze seryjnych morderców, założono więc, że torturowanego i zabitego kilkulatka... „niechcący” pozbawili życia rodzice w przypływie gniewu. Doświadczenia następnych dziesięcioleci zmieniły świadomość stróżów porządku w niewielkim stopniu. Trudno przecież wymagać od zwykłych ludzi, by postrzegali świat oczami psychopaty. Stąd kłopot Richarda Waltera, psychologa i jednego z pięciu najlepszych profilerów na świecie, by znaleźć osobę gotową do zostania jego zastępcą.

Richard Walter to obok Franka Bendera i Williama Fleishera jedna z trzech najważniejszych postaci „Klubu koneserów zbrodni”. Capuzzo uczynił ich swoimi głównymi bohaterami, postaciami pozytywnymi, którym przypisuje atrybuty mitycznego Rycerza, Maga i Króla. Walter przy pomocy wiedzy walczy ze zbrodniarzami; Bender to malarz i rzeźbiarz, którego intuicja nadaje rysy zmasakrowanym twarzom, odtwarza wygląd pogruchotanych czaszek i pozwala przewidzieć, jak będzie wyglądał po 20 latach zbiegły przestępca; Fleisher to obdarzony silnym poczuciem sprawiedliwości pomysłodawca utworzenia Towarzystwa Vidocqa i jego prezes. Szczególnie ci dwaj pierwsi to najbarwniejsze i najbardziej niezwykłe postacie, z jakimi kiedykolwiek spotkałam się w literaturze faktu. Trudno o bardziej przeciwstawne typy osobowości, a jednak ludzie ci przyjaźnili się (i kłócili), współpracowali i nie raz zapracowali na sukces. Jeśli można używać określenia czarny humor odnośnie tej książki, to na pewno będzie on dotyczył sposobu życia i wzajemnych relacji Richarda Waltera i Franka Bendera.

Michael Capuzzo wykonał bardzo dobrą robotę. Zebrał mnóstwo informacji w obszerną i interesującą treść. Zajął się tematyka bolesną dla wielu osób w sposób wyważony i niegloryfikujący zła. Jego książka to pozbawiony pompatyczności hołd dla tych, którzy swój talent i umiejętności poświęcają, by zadośćuczynić pomordowanym. „Klub koneserów zbrodni” dzięki temu mocno zapada w pamięć i przykuwa z zadziwiającą siłą.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

czwartek, 29 września 2011

Cherem, czyli kara Boska


Dariusz Domagalski, Cherem, wyd. Fabryka Słów

Cherem” to powieść sensacyjna, w której nie brak elementów nadprzyrodzonych, ocierających się wręcz o horror. Akcja rozgrywa się współcześnie, ale już sam prolog sugeruje, że źródło obecnych wydarzeń tkwi głęboko w starożytności. Jak się jeszcze później okaże – starożytność ta znacznie poprzedza dokonania Greków i Rzymian, a nawet Egipcjan, a jej korzenie sięgają mitycznych czasów mezopotamskich bogów.

Początkowo akcja to ciąg następujących po sobie, pozornie niepowiązanych zdarzeń – zagadkowe zaginięcie kierowcy TIR-a, przechwycenie przez celników, a następnie kradzież ładunku cennych przedmiotów starożytnego kultu, proroctwo wykrzykiwane w centrum Gdańska przez jakiegoś szaleńca. To wszystko rozbudza ciekawość i skłania do dalszej lektury. Mafijne porachunki i współpraca miejscowego policjanta z przysłanym z Warszawy agentem ABW stopniowo jednak tracą ten rozpęd. Być może zaczyna tej części brakować posmaku tajemnicy. Chociaż trzeba autorowi przyznać, że nie zdradza rozwiązania, podsuwa tropy, mnoży zagadki. W ich centrum zdaje się znajdować Andrzej Kamiński. Agent, który zaczyna śnić niepokojące sny kojarzące się ze scenami znanymi ze Starego Testamentu. O dziwo, śniący odgrywa w nich jedną z głównych ról, a jego pojawieniu się towarzyszy często strach i niechęć. Profesor z Muzeum Archeologicznego, który dokonuje tłumaczenia zleconych przez Andrzeja tekstów, wyraźnie jest wstrząśnięty ich treścią. Podczas obławy na niebezpiecznego mordercę złowroga postać w kapturze specjalnie oszczędza tylko Kamińskiego. Agentem zaczyna się też interesować piękna, niezależna Marta, której twarz przypomina mu kogoś znajomego...

Rozstrzygnięcie historii jest niespodziewane i nieprzewidywalne. Przynosi odpowiedź na wszystkie pytania i wywraca nasze ustalone myślenie o świecie, zwłaszcza o chrześcijaństwie. Zgadzam się w pełni z informacją na okładce, że gdyby jeszcze istniał indeks ksiąg zakazanych, „Cherem” znalazłby się w jego wykazie. „Cherem” nie jest może książką znakomitą, ale dość dobrą. Lekką, sensacyjną formą przybliża zagadnienia dotyczące wierzeń, religii, dawnych mitów i bóstw, biblijnych przypowieści oraz współczesności. Stawia je w innym, kontrowersyjnym świetle, bez uzurpowania sobie jednak prawa do nieomylności. Wierzę, że niektórych ta powieść będzie oburzać. A innych zrelaksuje lub pozwoli na przeżycie niecodziennych emocji. Może jednak tak samo zaintrygować, skłonić do własnych badań i sięgnięcia po poważniejszą literaturę, nawet naukową. A to już jest coś!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

środa, 28 września 2011

Sposób na nieśmiertelność


Andrzej Pilipiuk, Dziedziczki, wyd. Fabryka Słów

Dziedziczki” to już trzeci tom z cyklu o kuzynkach Kruszewskich, między którymi jest raptem zaledwie kilkaset lat różnicy. Katarzyna, młodsza wiekiem i rocznikiem, jest biegłą w informatyce agentką ABW, której umiejętności i legitymacja służbowa potrafią otworzyć niejedne drzwi. Stanisława pamięta jeszcze sprzed stuleci przeprowadzkę z Ukrainy w okolice Krakowa. Nieobce są jej stare receptury (niekoniecznie alchemiczne) i sposoby, które dotyczą spraw tak różnych, jak zarządzanie podległymi ludźmi po teoretyczne reguły stawiania dworów.

Pilipiuk fantastycznie wykorzystuje znajomość szlacheckiej Rzeczpospolitej, odtwarza mentalność wychowanych w niej ludzi (w przypadku Sędziwoja i Stanisławy), sprawia, że choć przez moment patrzymy na świat z ich perspektywy. Bierze przy tym pod uwagę upływ czasu, narastające doświadczenia, to, że po kilkuset lat pewna wiedza mimo wszystko odchodzi w zapomnienie, bo jest... po prostu niepotrzebna. Przypomina znaczenie słów takich jak „honor” przy pomocy atrakcyjnej, przygodowej fabuły, w której obok szlachetności, wiedzy i szacunku króluje zacofanie, głupota i chciwość. Ciekawie zderza nowoczesność z dawnym sposobem bycia i myślenia. Daje do zrozumienia, że w dawnych ludzkich bajaniach o nadprzyrodzonych istotach i przedmiotach może tkwić ziarno prawdy. A już na pewno znajdzie się w nich świetny materiał wyjściowy do napisania takiej powieści jak „Dziedziczki”. Najważniejsze, że autor nie powtarza wątków znanych z poprzedniego tomu. Owszem, kontynuuje zmagania alchemika Sędziwoja z tajemniczym bractwem, które chce wydrzeć mu recepturę na nieśmiertelność. Nowością jest to, że łowcy istot nadprzyrodzonych i wrogich ludziom, przekonawszy się, że księżniczka Monika mimo wampirzej ssawki jest nieszkodliwa, ruszają do Norwegii innym, bardziej obiecującym tropem. A kuzynki Kruszewskie razem z księżniczką przeprowadzają się na wieś i postanawiają przywrócić świetność podupadłym Kruszewicom. Po przeprowadzce Monika zaczyna się zmieniać tak bardzo, że zaczyna podejrzewać, że jej wampirze ciało przez setki lat zachowane w postaci wiecznego podlotka zaczyna w końcu dojrzewać. I jest to pełne rozgorączkowania i niepokoju uczucie, które przynosi tylko niezadowolenie i... niespodziankę dla czytelników. Sędziwój do samego końca jest przykładem niezłomnego uczonego, który walczy o słuszną sprawę przy pomocy broni, a gdy tej zabraknie – imponująco wykorzystuje intelektualne siły swego umysłu.

Andrzej Pilipiuk obdarzył swoich bohaterów i bohaterki niecodziennymi, często nadnaturalnymi przymiotami. Mimo to przede wszystkim są oni pełni życia i zwykłego ludzkiego ciepła, a ich relacje oparte są na przyjaźni i szacunku. Ich losy dosłownie się połyka, a ostatnią stronę powieści przyjmuje się wielkim z rozczarowaniem. Zwłaszcza, że to ostatnia część trylogii.

Dla tych, którzy lubią przygodę, lekkie oderwanie od rzeczywistości i historię z tej mniej znanej strony!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.