wtorek, 22 listopada 2011

Mycie podłogi według babci Toni


Meir Shalev, Moja babcia z Rosji i jej odkurzacz z Ameryki, wyd. Muza

Dawno już tak szybko nie połknęłam naraz niemal całej powieści. Zaczęło się od pierwszych stron, których nieoczekiwanym bohaterem stały się pomalowane na czerwono paznokcie samego Meira Shaleva, zaprezentowane nie w domowych pieleszach, ale podczas wygłaszania publicznie bardzo ważnej przemowy. Po takim wstępie można się spodziewać naprawdę wiele. I tak właśnie było. Spodobał mi się w tej książce subtelny humor, ciepło, z jakimi opisywane są poszczególne dziwactwa członków rodziny Meira Shaleva, zwłaszcza babci Toni z jej żelaznym uporem, manią czystości i niezachwianym przekonaniem co do własnych racji. Babcia tak naprawdę była z Ukrainy, ale jeśli wierzyć autorowi, chodziła do rosyjskiego gimnazjum i nawet po latach potrafiła deklamować z pamięci rosyjskie wiersze. Była prawdziwym oryginałem i niespecjalnie przejmowała się tym, co inni o niej sądzą. Na pylistej latem lub błotnistej zimą ziemi doliny Jezreel stworzyła swoje własne królestwo, dom, w którym wszystko zależało od niej - od dzieci po los i przeznaczenie mebli. Wymykającego się co jakiś czas z domu dziadka Aharona... ścigała i po prostu ściągała z powrotem do domu.

Pierwszy zdarzyło mi się czytać o żydowskiej rodzinie w Izraelu, której nie dotknęła wojna (poza Zeruyą Shalev, która osadza akcję swych powieści we współczesności). A jeśli nawet, autor nie wspomina o tym ani słowem. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy wyemigrowali jeszcze przed jej wybuchem, ciężko pracowali na roli i byli dumni z tego, co potrafili zrobić sami własnymi rękami. W przeciwieństwie do „teligentów” z miasta. Jak całkiem serio podkreśla autor, Izrael w początkowym okresie istnienia był państwem, w którym lepiej było przyznawać się do pochodzenia wiejskiego niż do tego, że jest się synem na przykład profesora. Z talentem odziedziczonym po rasowych opowiadaczkach, mamie i babci, Shalev przytacza rodzinne historie, a nawet ich różne, obrosłe legendą wersje. Wśród tych opowieści centralne miejsce ma odkurzacz przesłany babci Toni przez szwagra, który zamiast tworzyć socjalizm w Izraelu, wybrał kapitalizm w Stanach Zjednoczonych. Ku zgrozie i ubolewaniu reszty rodziny, która w końcu nawet na pogrzebach znajdowała powód do śmiechu.

Pełno w tej opowieści ciotek, wujków, szwagrów, synowych oraz dzieci. Ich wpadek, talentów, wzajemnych urazów i bliskości. Nawet koń Wajti został uwieczniony w opowiadaniach, w których rzadko zdarzają się konkretne daty. A chronologia polega na tym, że Meir Shalev snuje wspomnienia od wczesnego dzieciństwa po dorosłość. To, czego nie pamięta lub nie może, opiera na relacjach krewnych. I chociaż w książce znajdziemy biało-czarne, rodzinne fotografie, w moim odczuciu nie jest to typowa książka biograficzna. Celem autora nie jest ścisłe trzymanie się faktów, wymienianie wszystkich szczegółów. Ważniejsze są relacje między członkami rodziny, jej umiejscowienie w świecie, pośród innych. Oraz to wszystko, co składa się na tożsamość i poczucie wspólnoty, na to, co sprawia, że właśnie tu i teraz, z tymi ludźmi, naszymi bliskimi, jesteśmy w pełni sobą.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz