poniedziałek, 21 grudnia 2015

Jan Wróbel, Polak, Rusek i Niemiec... czyli jak psuliśmy plany naszym sąsiadom






Jan Wróbel, Polak, Rusek i Niemiec... czyli jak psuliśmy plany naszym sąsiadom, Historia Polski 2.0, wyd. Znak Horyzont

To jedna z najfajniejszych książek historycznych, jakie miałam kiedykolwiek w ręku. Dlaczego? Ponieważ została tak napisana, by zaintrygować nawet osoby odporne na wiedzę. Nie wymaga również specjalnej czytelniczej dyscypliny. Sama łapię się na tym, że od niechcenia przewracam jej strony i nagle zaczynam się wczytywać w jej treść. Rozdziały są krótkie, ale treściwe, urozmaicone to komiksem, zestawieniami w tabelkach, mapkami, to uwagami rodem z internetowych forów. A co najistotniejsze – są pełne odniesień do współczesności, które pomagają zrozumieć dawne skandale, tragiczne decyzje czy bohaterskie postawy. Autor nie boi się kolokwializmów. Stawia na język zrozumiały dla młodego odbiorcy, co nie znaczy, że spotkamy się tu z niechlujstwem czy brakiem logiki.

Historia według Jana Wróbla jest czymś żywym i arcyciekawym. Imponuje mi i zdumiewa zarazem, jak fascynująco autor potrafi ukazać nawet najbardziej wyeksploatowane przez szkołę fakty historyczne. Jak na nowo przedstawia postać Stanisława Poniatowskiego, powstania podczas zaborów czy wreszcie upadek komunizmu. Nawet o rozwoju przemysłu pisze w sposób pozbawiony nudy. Rozdziały ułożone są chronologicznie, ale nikt nam nie każe tak ich czytać. Książka Jana Wróbla wręcz zachęca do zaglądania tam, gdzie akurat mamy ochotę, a jak wiadomo przymus zabija pasję, więc jego brak może wyjść tylko na dobre.

W moim odczuciu seria „Historia Polski 2.0” ma tylko jedną wadę – szatę graficzną. Gdyby nie wywiad z Janem Wróblem, który zachęcił mnie do sięgnięcia po „Polaka, Ruska i Niemca...”, nigdy bym tej książki nie kupiła. Ilustracje Joanny Wójcik niestety odpychają zamiast przyciągać. Mają wyblakłe kolory, a jej postacie straszą upiornie wyszczerzonymi zębami i wyłupiastymi oczami. Sam pomysł, by urozmaicić treść ilustracjami jest jak najbardziej trafiony, tylko to wykonanie... Niemniej polecam, bo „Polak, Rusek i Niemiec...”, nawet osobom interesującym się historią, potrafi dorzucić coś więcej do wiedzy, którą już posiadają. A na pewno pozwolą inaczej spojrzeć na pewne wydarzenia, które nauczyliśmy się oceniać w kategorii porażek, a nie mniejszych czy większych sukcesów.

piątek, 18 grudnia 2015

Yvette Żółtowska-Darska, Ronaldo. Chłopiec, który wiedział, czego chce






Yvette Żółtowska-Darska, Ronaldo. Chłopiec, który wiedział, czego chce, wyd. Egmont

Książka o Cristianie Ronaldo to już druga piłkarska biografia w dorobku Żółtowskiej-Darskiej, prywatnie matki dziesięciolatka zafascynowanego piłką nożną. Pierwsza opowiadała o Leo Messim. Ta najnowsza została poświęcona kolejnemu genialnemu piłkarzowi. Obie pozycje łączy forma, w jakiej opowiadają o sportowych idolach. Krótkie rozdziały, dzięki którym towarzyszymy bohaterom niemal od niemowlęctwa po rok obecny. Przystępny język oraz podana w nawiasach prawidłowa wymowa wszystkich obco brzmiących nazwisk, imion oraz nazw (dobry zwyczaj, do którego mogłoby powrócić wielu wydawców literatury dziecięcej i młodzieżowej!). Strony z kolorowymi zdjęciami i podpisami, które dotyczą nie tylko futbolu, ale objaśniają świat, w jakim przyszło się poruszać Ronaldowi czy Messiemu jako dzieciom, nastolatkom, wreszcie dorosłym. To także mnóstwo ciekawostek i zestawień, niezbędnych dla zapalonego kibica.

Ponieważ znam biografię Messiego, po lekturze tej poświęconej Ronaldowi przyszło mi do głowy, że dla autorki ten drugi mógł stanowić większe wyzwanie. Porywczy, emocjonalny, nawet jeszcze teraz – na szczęście coraz rzadziej – bywa nieobliczalny. To niełatwe zadanie, przedstawić kogoś w uczciwy sposób i jednocześnie nie zachęcić młodego czytelnika do naśladowania nieodpowiednich zachowań. Stąd współpraca autorki nie tylko ze specjalistą od piłki nożnej, ale i z psychologiem dziecięcym. W rezultacie, chociaż dowiemy się paru niefajnych rzeczy o Cristianie Ronaldo, poznamy też ich przyczynę oraz – co bardzo ważne – konsekwencje, jakie poniósł lub co zrobił, by zatrzeć złe wrażenie i naprawić błąd.

Poza tym Yvette Żółtowska-Darska wykorzystuje każdą okazję, by pokazać piłkarza również z jak najlepszej strony. Tej, którą warto brać za wzór. Podkreśla więc jego upór i determinację, pracowitość, to, że jest dobrym ojcem i ma świetny kontakt z małymi kibicami. Wspomina nawet, że jako nastolatek nosił aparat na zębach, dzięki czemu dziś ma uśmiech modela. A jeszcze wcześniej, jako chłopiec mniejszy od innych, zarzucił słodycze i zdrowo się odżywiał, by dogonić fizycznie rówieśników. Dowiemy się również, że piłkarz nie pije, nie pali i nie odurza się ze względu na bolesne dla niego i jego bliskich uzależnienie ojca i brata.

Przyznaję, że po tej książce zaczęłam cieplej patrzeć na Cristiana Ronaldo, który owszem odniósł sukces, ale okupił go tęsknotą za rodzicami i rodzeństwem oraz niepokojem o to, co dzieje się w domu. A już najbardziej zaskoczyło mnie, że ten tak skuteczny na murawie boiska zawodnik, jako mały chłopiec był nazywany... Płaczkiem! Ponieważ potrafił się rozbeczeć po przegranym meczu lub wtedy, gdy poszło mu inaczej niż chciał. Jak widać, wrażliwce i nerwusy wszelkiej maści też mają przed sobą wielką przyszłość :)


Marianna Oklejak, Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych







Marianna Oklejak, Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych, wyd. Egmont

Trudno o bardziej radosną i barwną książkę. Mariannie Oklejak udało się pokazać bogactwo i różnorodność polskiego folkloru w najatrakcyjniejszej formie. W dodatku autorka przedstawiła go jako coś wciąż żywego, na co jest miejsce we współczesności – stąd wśród tradycyjnych wzorów stylizowane na ludowo rysunki aut, motorów. I postać młodej kobiety z telefonem komórkowym w ręku, nad którą widnieje fragment ludowej piosenki o miłości. Inną – rozmowę zrozpaczonej dziewczyny i niewiernego młodzieńca - rozpisano w postaci internetowego czatu. Takich tekstów znajdzie się w „Cudach wiankach” więcej, ale są one tylko uzupełnieniem bajecznych ilustracji wykorzystujących motywy ludowe. To próbki haftów, ornamentów, wzorzystych tkanin, wycinanek. Przegląd czepców, strojów damskich i męskich oraz korali. Szopek oraz pisanek.



Zasadniczo można podzielić te ilustracje na dwa rodzaje. Takie, które coś prezentują np. zabawki lub wspomniane wcześniej hafty. Oraz scenki rodzajowe pokazujące m.in. tańczące pary, świąteczne pochody, rozmowę w kawiarni, rodziców z niemowlęciem na ręku. Poszczególne elementy tych obrazków są podpisane, także imieniem i nazwiskiem żyjących współcześnie twórców. Ci, którzy chcieliby pogłębić swoją wiedzę na temat tego, co widzą, znajdą więcej informacji w przypisach na końcu książki. W stosunku do rysunków nie ma ich zbyt wiele, ale też „Cuda wianki” mają przede wszystkim cieszyć oko, a edukować przy okazji.



W rezultacie mamy do czynienia z cudowną graficznie, pełną kolorów książką. Taką, którą można przeglądać raz za razem i wciąż być pod wrażeniem tego, co stworzyła polska wieś. Ja zakochałam się w „Cudach wiankach” od pierwszego wejrzenia. To jedna z tych pozycji, które pamięta się nawet po wielu latach. Chociaż nie nadaje się dla małych paluszków, to do wspólnego oglądania pod nadzorem dorosłego jak najbardziej.

sobota, 12 grudnia 2015

Andrzej Sapkowski, Ostatnie życzenie



Andrzej Sapkowski, Ostatnie życzenie, wyd. SuperNOWA

Jeśli chce się uniknąć rozczarowań, lepiej nie wracać do pewnych miejsc, ludzi i historii. Lepiej pozwolić im jaśnieć we wspomnieniach niż patrzeć jak – odkrywane ponownie - tracą blask. Na szczęście od tej reguły istnieją wyjątki, a na pewno zalicza się do nich proza Andrzeja Sapkowskiego, twórcy postaci wiedźmina. Ten tekst nie do końca będzie recenzją. Wydanie, którego okładkę widzicie nie jest pierwszym i na pewno nie będzie ostatnim. Zwłaszcza teraz, gdy gra o wiedźminie podbija świat, a Hollywood planuje zekranizować jego przygody.

Pierwszy raz miałam do czynienia z książkami Sapkowskiego kilkanaście lat temu. Przez ten czas z pewnością napisano stosy recenzji na ich temat. Nie zdziwiłyby mnie też prace magisterskie i doktorskie rozbierające wiedźmiński świat i warsztat pisarski Sapkowskiego na części pierwsze. A mimo to chciałabym dorzucić od siebie jeszcze kilka słów.

Ostatnie życzenie” zagościło w naszym domu, ponieważ chciałam, by z Sapkowskim zapoznało się młodsze pokolenie, kojarzące wiedźmina tylko z grą komputerową. Przy okazji zachciałam odświeżyć sobie dawną lekturę. I wiecie co? „Ostatnie życzenie” podoba mi się tak samo, jak kiedyś! Tak samo robi na mnie wrażenie wykorzystanie motywów popularnych bajek i – mimo fantastyczno-bajkowego blichtru – odniesienia do świata, jaki znamy. Gdzie rządzi prawo silniejszego i uprzedzenia, władcy nie bywają sprawiedliwi, a wynalazki i pewne umiejętności służą tylko wybranym. Wiedźmin Geralt z Rivii, którego zawodem jest unieszkodliwianie bestii i stworów zagrażającym ludziom, nie jest może błędnym rycerzem, ale kieruje się pewnym kodeksem postępowania. Przynosi mu to pełną niechęci sławę i... kłopoty!

Jest jeszcze coś, co doceniłam ponownie w Sapkowskim. To forma. „Ostatnie życzenie” jest jedną historią poprzedzielaną szeregiem celowo wybranych opowiadań, które tłumaczą sytuację Geralta i pokazują go w różnych ujęciach. Jako wojownika (chwała Sapkowskiego za krótkie, treściwe opisy walk, przy których u innych pisarzy zazwyczaj się wyłączam), przyjaciela, obrońcę, kochanka. Do tego dorzućmy celne, inteligentne riposty postaci. Oraz zdania, którymi autor powoli buduje nastrój. To wszystko sprawia, że cykl o wiedźminie wyrasta ponad literaturę fantastyczną, której poziom – przyznajmy szczerze – bywa różny. Jeśli jednak ktoś chciałby się przekonać, na co najlepszego stać fantastykę, Sapkowski będzie jak znalazł.

piątek, 11 grudnia 2015

Hanna Kowalewska, Tam, gdzie nie sięga już cień



Hanna Kowalewska, Tam, gdzie nie sięga już cień, wyd. Wydawnictwo Literackie

W literaturze kobiecej powroty po latach i rodzinne sekrety to częste i dość wyświechtane motywy. Mimo to Hanna Kowalewska nie bała się po nie sięgnąć. A ja, pamiętając jej wcześniejsze powieści, te o Zawrociu, postanowiłam jej zaufać. „Tam, gdzie nie sięga już cień” nie w każdym punkcie dorównuje cyklowi, z którym kojarzona jest autorka. Ale i tak się wyróżnia na tle hurra-optymistycznych, sztucznych, przesłodzonych historii o tak zwanym prawdziwym życiu. Bohaterowie Kowalewskiej to ludzie, którzy już coś przeżyli, doświadczyli straty, zdrady i zaznali niejednego zawodu. Poznajemy ich w momencie, gdy mierzą się z przeszłością i ze sobą. Nie uginają się pod ciężarem bolesnych doświadczeń, choć płacą za to cenę - nie potrafią patrzeć w przyszłość z ufnością właściwą ludziom bardzo młodym. Styl Kowalewskiej ma w sobie coś gorzkiego, jakieś rozpaczliwe nuty, jak myśli, które dopadają nas w środku nocy i nie dają zasnąć. Mimo to jej bohaterowie cechują się wewnętrzną siłą, a śledzenie ich losów bywa frapujące.

Piszę bohaterowie, a mam na myśli jedną osobę – Inkę, która po latach przyjeżdża do nadmorskiej miejscowości, w której się wyrosła, do ciotki, która ją wychowała, a teraz jest umierająca. Rodzina wita ją częściej z niechęcią niż z życzliwością, widząc w Ince niewdzięcznicę i przybłędę łasą na spadek, który jej się nie należy. „Tam, gdzie nie sięga już cień” przypomina budową cebulę. Czytanie tej powieści, to jak zdejmowanie warstwy za warstwą i odkrywanie kolejnych faktów, zaskakujących także dla głównej bohaterki. Świetne u Kowalewskiej jest to, że nie ogranicza ona dramatyzmu w życiu Inki tylko do zawodu miłosnego. Tak samo nie skupia fabuły tylko na tym, co się dzieje między mężczyzną a kobietą. Uczucia, o których pisze, łączą ludzi pozostających z sobą w różnych relacjach, nie tylko romantycznych czy erotycznych. Pod tym względem jej proza wydaje mi się bogatsza niż to bywa w książkach tego typu.


„Tam, gdzie nie sięga już cień” ma także swoje minusy. Są to postacie męskie, nakreślone na zasadzie kontrastu. Pewny siebie łajdak kontra poczciwy, przyzwoity chłopak bez skazy. I jeszcze to banalne zakończenie. Wiem, że autorka chciała wynagrodzić swojej bohaterce (i przy okazji czytelniczkom) dotychczasowe emocjonalne napięcie i zmarnowane lata. I ma do tego prawo. Mi ono jednak jakoś mało pasuje do nastroju książki. Nie żebym nie życzyła głównej bohaterce szczęścia, ale... jakoś za łatwo to poszło, zbyt oczywiście. Przynajmniej w porównaniu do odkrywania tajemnic z przeszłości Inki i jej bliskich.

środa, 9 grudnia 2015

Sigrid Rausing, Wszystko jest cudowne. Wspomnienia z kołchozu w Estonii



Sigrid Rausing, Wszystko jest cudowne. Wspomnienia z kołchozu w Estonii, tłum. Krzysztof Obłucki, wyd. Noir sur Blanc

Na początku lat 90. Sigrid Rausing, Szwedka mieszkająca i studiująca w Wielkiej Brytanii, pojechała do Estonii, niewielkiego państewka na krańcach Europy, które ni stąd ni zowąd pojawiło się na mapach po rozpadzie Związku Radzieckiego. Jej celem było zebranie materiałów do pracy doktorskiej z dziedziny antropologii społecznej. A konkretnie dotyczących pamięci i historii w odniesieniu do społeczności estońskich Szwedów. Czy raczej tego, co po nich zostało na półwyspie Noarootsi, dawnej radzieckiej strefie przygranicznej. „Wszystko jest cudowne” powstało dwadzieścia lat po tych wydarzeniach i jest w dużej mierze tym, czego autorka nie ujęła w swojej książce naukowej. Zbiorem wrażeń, opisów sytuacji czasem znaczących, niekiedy banalnych. Obserwacji dokonywanych niejako przy okazji, zapisków odtwarzanych na podstawie dziennika. Ale też wzbogaconych faktami historycznymi, o których większość Europejczyków ma raczej nikłe pojęcie, nie wyłączając Polaków.

Rausing tropi ślady historii – tej jeszcze niedawnej, naznaczonej panowaniem Związku Radzieckiego oraz tej dotyczącej estońskich Szwedów, w większości wywiezionych podczas drugiej wojny światowej do nieznanej sobie ojczyzny. Kątem oka dostrzega przemiany, które przyszły do Estonii z nastaniem niepodległości. Nie tylko te spektakularne, ale też drobne, wpływające na codzienność mieszkańców byłego kołchozu, gdzie przyszło jej uczyć języka angielskiego. To tu widzi ważność rekwizytów, takich jak książki czy puste opakowania po zagranicznych kosmetykach. Oraz specyficzną równość, jaką charakteryzują się ci, którzy nigdy nie mieli możliwości, by rzeczywiście wpływać na swój los.

Treść „Wszystko jest cudowne” przypomina swoisty miszmasz, który oddaje wielopłaszczyznowość egzystencji autorki w tym szczególnym dla niej okresie, jakim był dla niej pobyt w mało znanym państewku tuż po politycznych wstrząsach. W dodatku miał on miejsce przede wszystkim na jego obrzeżach, w miejscu, które zasługuje na miano zapadłej dziury. To dziwna, ale na swój sposób wciągająca narracja, którą Sigrid Rausing próbuje oddać najróżniejsze odczucia. I wiedzę, którą wtedy posiadła, by po latach skonfrontować ją z inną, współczesną Estonią.

Podoba mi się u Sigrid Rausing wyostrzony zmysł obserwacji, pozorny brak celowości i momenty zawieszenia, które nie muszą przynosić niczego konkretnego. I te chwile, gdy estońska rzeczywistość nagle przenosi ją do wspomnień z dzieciństwa spędzonego w Szwecji. Wreszcie ten niezamierzony przez autorkę efekt, gdy - czytając o Estonii lat 90. i wcześniejszych - polski czytelnik może dokonywać porównań w doświadczeniach naszych krajów, jakie zafundowało nam ZSSR. To wszystko sprawia, że trudno mi jednoznacznie zaklasyfikować książkę Rausing. Co jednak nie przeszkadzało mi w lekturze. Raczej fascynowało to niecodzienne połączenie ulotności treści osobistych i konkretnych faktów. Jak widać równie ważnych z punktu widzenia autorki, skoro po latach powróciła do tamtych przeżyć.

piątek, 4 grudnia 2015

Aleksandra Zaprutko-Janicka, Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania



Aleksandra Zaprutko-Janicka, Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania, seria Ciekawostki Historyczne.pl, wyd. Znak

Obecnie w prasie kolorowej królują przepisy z mleczkiem kokosowym, trawą cytrynową czy ricottą. Chociaż wymieniane są jednym tchem ze składnikami swojskimi i znanymi od lat, czy potrafilibyśmy je zastąpić, gdyby nagle ich zabrakło? Naszych babek i prababek nikt nie pytał się o zdanie, gdy wybuchła wojna i z dnia na dzień ze sklepów poznikały podstawowe produkty, nie tylko rarytasy z delikatesów. „Okupacja od kuchni” jest właśnie książką o radzeniu sobie w czasach niedoboru. Bez względu na oficjalne prawo, którego przestrzeganie doprowadziłoby na skraj śmierci głodowej, a przynajmniej (żadna to pociecha!) do fizycznego wyniszczenia organizmu. Oraz bez względu na drakońskie kary za łamanie tego prawa.

Książka Zaprutko-Janickiej stara się zapełnić lukę pomiędzy opisami bitew, ruchami wojsk i decyzjami polityków a pełnymi dramatyzmu wspomnieniami. Autorkę zainteresowała zgrzebna codzienność i odwieczne pytanie wszystkich gospodyń: co dziś do garnka włożyć? Nawet rozdział poświęcony powstaniu warszawskiemu dotyczy spraw brzucha – gotowania pod ostrzałem i zdobywania zaopatrzenia dla zmęczonych powstańców. To w nim przeczytamy o generale Borze-Komorowskim, który został poczęstowany dobrze przyrządzonym...kotem!

Bo różne zwierzęta ratowały życie okupowanym Polakom, również te, których nie wzięlibyśmy normalnie do ust, jak psy, koty, konie. I tak powszechna obecność kóz i królików zmieniła na kilka wojennych lat oblicze dużych miast, podobnie jak parki i skwery przerabiane na ogródki warzywne. Przemycane tusze świń i wołów wyzwalały pokłady pomysłowości w szmuglerach i wspierających ich kolejarzach. Ale nie tylko. Równie kluczowe, jak zdobywanie żywności stało się jej przechowywanie i przyrządzanie w najbardziej oszczędny sposób. Również taki, który nie pozwalał na zbytnie uszczuplenie zapasów opału.

Zaprutko-Janicka w przystępny sposób przybliża te zagadnienia, posługując się konkretnymi faktami, fragmentami dzienników, wspomnieniami czytelników portalu „Ciekawostki Historyczne.pl”, czasem anegdotami oraz praktycznymi radami, których – miejmy nadzieję – nie będziemy musieli nigdy stosować. Końcówka książki to przede wszystkim przepisy, które możemy sami wypróbować w domu. Jestem pewna, że wielbicielom ciasta marchewkowego lub wegańskiego przepisu na stek z czerwonej kapusty spodoba się pomysł upieczenia z fasoli tortu o smaku jadalnych kasztanów. Lub przyrządzenie marcepanków bez marcepanu *.

Okupacja od kuchni” oczywiście nie wyczerpuje całego tematu i sama autorka dobitnie to podkreśla w posłowiu. Na pewno jednak rzetelnie wprowadza w zagadnienie, chociaż podtytuł bez przymiotnika „kobieca” bardziej odpowiadałby rzeczywistości. W sztukę przetrwania zaangażowane były w końcu nawet dzieci. Jest jeszcze coś, co poczytuję temu tytułowi na plus. Moje zaufanie do osoby Aleksandry Zaprutko-Janickiej wzrosło w czasie lektury, gdy okazało się, że sama kosztowała okupacyjnych specjałów, a nawet próbowała swoich sił w gotowaniu według niektórych receptur.


* Mam wrażenie, że współcześnie to kuchnia wegańska jest najbardziej fantazyjna ze wszystkich, jeśli chodzi o szukanie nowych metod przyrządzania produktów (oczywiście roślinnych) i znajdowanie zamienników.

środa, 25 listopada 2015

Wojciech Jagielski, Wszystkie wojny Lary



Wojciech Jagielski, Wszystkie wojny Lary, wyd. Znak

Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi,
Są synami i córkami Życia, które pragnie istnieć.
Rodzą się dzięki wam, lecz nie z was,
I chociaż z wami przebywają, nie należą do was.

Możecie obdarzyć je waszą miłością, lecz nie waszymi myślami.
Albowiem mają swoje własne myśli.
Możecie dać schronienie ciałom ich, ale nie duszom.
Albowiem ich dusze zamieszkują dom jutra,
do którego nie możecie wstąpić nawet w snach.

Khalil Gibran


Gruzińska Czeczenka, którą Wojciech Jagielski nazywa Larą, boleśnie przekonała się o prawdziwości tych słów. Historia Lary mogłaby wydawać się naciągana, zbyt sentymentalna, gdyby nie to, że wydarzyła się naprawdę, a jej synowie dobrowolnie ryzykowali życiem i stracili je w nieswoim kraju, na obcej wojnie, w imię ideałów, których nie wynieśli z domu. To Szamil i Raszid, jej dobre dzieci, lojalni bracia, a zarazem jedni z wielu młodych zradykalizowanych muzułmanów, rozczarowanych spełnieniem marzeń o sytej i spokojnej Europie. Ci, których się boimy i których nie rozumiemy.

Autor w dużej mierze opiera się na słowach Lary, na podpatrywaniu jej reakcji, oszczędnej mimiki i gestów. A Lara, jako matka, nie pojmuje, dlaczego jej synom nie wystarczało bezpieczne życie, praca i patrzenie, jak dorastają ich dzieci. Paradoksalnie Europa, którą gardzili i która tak zawiodła ich oczekiwania, umożliwiła im udział w świętej wojnie w Syrii – dzięki europejskim paszportom, które pozwalały na swobodne przekraczanie granic oraz zasiłkom, które zapewniały utrzymanie ich bliskich.

Opowieść Lary odzwierciedla przemiany, jakim uległ znany jej świat. Zaczyna się jak piękna baśń o cudownej, mlekiem i miodem płynącej krainie – gruzińskiej dolinie Pankisi, w której 200 lat wcześniej osiedlili się Czeczeńcy i żyli w pokoju z gruzińskimi, chrześcijańskimi sąsiadami. O Groznym - wspaniałym nowoczesnym mieście, w którym działo się tak wiele i które tak dużo obiecywało swoim mieszkańcom. Zanim jeszcze zaczęła się wojna z Rosjanami i zmieniła metropolię w morze ruin. Zanim czeczeńskie upojenie wolnością zmieniło się w kłótnie o wpływy i władzę. Zanim czeczeńscy bojownicy zaczęli przegrywać z rosyjską armią i szukać schronienia w górach. Także w Pankisi. Na oczach Lary stary porządek zaczął się chwiać w posadach, nieznane dotąd idee zaczęły wypierać dawne tradycje. Gdzieś w tym wszystkim znalazły się jej dorastające dzieci, znalazły poczucie sensu i ducha wspólnoty w nowej, pięknej wizji braterstwa opartego na wierze w wydaniu arabskim.

Książka Wojciecha Jagielskiego tylko przy okazji próbuje odpowiedzieć na pytanie, skąd w Europie biorą się rzesze sfrustrowanych mężczyzn, gotowych zostawiać najbliższych i zabijać innych ludzi. Przede wszystkim oddaje głos zrozpaczonej matce, nie pozwalając nam wrzucać wszystkich muzułmanów do jednego worka z napisem „terroryści” i „fanatycy”. Na przykładzie Lary i jej rodziny, bez wchodzenia w większe szczegóły, można przekonać się o różnicach pomiędzy wyznawcami islamu i w ich podejściu do religii. Opowieść Czeczenki to także przykład na to, że jednostkowe wybory powstają pod wpływem sił dużo większych, bynajmniej nie nadprzyrodzonych. Za decyzjami polityków stoją konkretni ludzie, ich emocje i oczekiwania, niekiedy dramatyczne przeżycia. Stąd kalendarium na końcu książki, które odtwarza ciąg przyczynowo-skutkowy wielkiej polityki, która tak mocno odcisnęła się na losie Szamila i Raszida oraz ich matki. I innych rodzin. Bo sama Lara na swojej drodze spotkała inną czeczeńską matkę, która także wyruszyła do Syrii ratować syna. A ile było takich, które nie zdołały dotrzeć tak daleko od domu?

Do przeczytania i przemyślenia.

niedziela, 15 listopada 2015

Marek Pindral, W cieniu minaretów. Oman



Marek Pindral, W cieniu minaretów. Oman, wyd. Bernardinum

Z Markiem Pindralem miałam przyjemność zetknąć się za pośrednictwem jego relacji o pobycie w Chinach („Chiny od góry do dołu”). Poznałam więc już jego serdeczność, dociekliwość i poczucie humoru, z którymi otwiera się na obce kultury. Dlatego nie zdziwiłam się, gdy te same cechy odnalazłam w jego najnowszej książce o kraju, który większości z nas kojarzy się z hasłem w krzyżówce niż rzeczywistym miejscem na ziemi. Oman to jedno z państw Półwyspu Arabskiego, które kiedyś czerpało swoje bogactwo ze sprzedaży drogocennego kadzidła, a obecnie ze złóż ropy naftowej. Jego mieszkańcy są muzułmanami, w większości konserwatywnymi ibadytami. I to właśnie islam oraz mentalność wyznających go Omańczyków są dla autora ważniejszym tematem aniżeli zabytki, cuda przyrody i historia tego kraju. One też mają swoje miejsce w tej książce, ale pierwszy plan należy do człowieka.


Z założenia „W cieniu minaretów” nie jest przewodnikiem turystycznym (chociaż tych brakujących faktów historycznych trochę mi szkoda) ani rodzajem pamiętnika z podróży. Książka Marka Pindrala to zbiór celowo wybranych, połączonych płynnie w jedną całość obserwacji współczesnych Omańczyków i ich stosunku do własnego kraju, obyczajowości i religii. Trzeba to podkreślić, że pokazanych życzliwie i bez uprzedzeń, ale też bez przymykania oczu na hipokryzję i zwykłą ignorancję. Autor nie byłby jednak sobą, gdyby te ludzkie przywary dostrzegał wyłącznie w Omańczykach (czy patrząc szerzej: w Arabach). Lubi powoływać się na przykłady z polskiego podwórka, które uświadamiają, że pewne ludzkie cechy, niekoniecznie te najlepsze, są uniwersalne. Dostrzega też różnice, wśród których najbardziej chyba dotkliwą nie jest nawet brak tolerancji religijnej czy nieumiejętność dyskutowania o zasadach wiary, ale brak zainteresowania tym, co się dzieje na świecie, innymi ludźmi i ich wartościami. Lub wręcz uznanie ich za złe.


Jak wspomniałam wcześniej, „W cieniu minaretów. Oman” opowiada w dużej mierze o islamie. Czytelnik znajdzie w tej książce podstawowe informacje o tej religii i o jej wpływie na życie codzienne. Być może dla części osób, które sięgną po ten tytuł, nie będą to specjalnie odkrywcze fakty. Ale już na pewno arcyciekawe okażą się uwagi, jak odmiennie są interpretowane te same religijne nakazy i zakazy w sąsiadujących ze sobą, słynących z konserwatywności państwach. Bywa, że to, na co przymyka się oczy w Omanie, w Arabii Saudyjskiej może się skończyć... śmiercią przez ścięcie mieczem!

Dużo przyjemniej czyta się o niebotycznych kwotach, jakie można wygrać w wyścigach wielbłądów. O arabskich wonnościach używanych także chętnie przez mężczyzn. I o tym, że gdy pada deszcz, sprzedawca może wyjść ze sklepu, by zatańczyć w jego strugach z radości. Wreszcie o dotykaniu się czubkami nosów na przywitanie (praktykowane przez panów!), co możemy zobaczyć na jednym z wielu cudnej urody zdjęć wykonanych przez Marka Pindrala. Te fotografie to dodatkowy atut i tak pięknie wydanej książki.


W cieniu minaretów. Oman” to pozycja światopoglądowa, refleksyjna. Więcej niż tylko zbiorowisko ciekawostek, lokalnych smaczków i osobistych przygód autora skonfrontowanego z innym stylem życia. To poszukiwanie płaszczyzny wspólnej dla wszystkich ludzi. Oraz ciągłe pytanie – czy ona istnieje? Czy mamy szansę tam się spotkać?

czwartek, 12 listopada 2015

Lindsey Davis, Srebrne świnki



Lindsey Davis, Srebrne świnki, tłum. Konrad Majchrzak, wyd. Dom Wydawniczy Rebis

Ostatnio mam szczęście do cykli powieściowych. Co daje mi okazję do dłuższego obcowania z ulubionymi bohaterami i poruszania się po ich świecie. Ten, który zapoczątkowują „Srebrne świnki” i którego najważniejszą postacią (a zarazem narratorem) jest Marek Dydiusz Falko, zdecydowanie należy do lżejszego kalibru literatury. Co nie znaczy, że nie potrafi pozytywnie zaskoczyć i wciągnąć. Powieści Davis mają niezaprzeczalnie tę zaletę, że dają pełnowymiarowe wyobrażenie, jak w początkach cesarstwa rzymskiego toczyło się zwykłe życie w obrębie Wiecznego Miasta oraz w granicach imperium. Być może dlatego, że Falko nie jest ani bogatym arystokratą, ani budzącym współczucie niewolnikiem. Plasuje się dokładnie pośrodku - wolny człowiek, którego byt zależy od siły jego rąk i sprawności umysłu i który pałace odwiedza tylko przy okazji wykonywania zleceń. Wie, jak się poruszać po zatłoczonych ulicach i w razie czego przechytrzyć pospolitych złodziejaszków czy nasłanych najemników. Dokąd zabrać dziewczynę na spacer i na którym straganie kupić najlepszy placek z siekanym mięsem. Dzięki niemu (i Lindsey Davis) dawny Rzym ożywa, a zamieszkujący go ludzie są pokazani bez klasycznego, chłodnego wyrafinowania, z którym są powszechnie kojarzeni.

Falko to zawodowy detektyw, a gdy go poznajemy jego główną klientelą są przede wszystkim zazdrośni małżonkowie. Na skutek zbiegu okoliczności i słabości do płci przeciwnej, Falko trafia w sam środek spisku zawiązanego przeciwko nowemu cesarzowi Wespazjanowi – jedynej nadziei dla Rzymu na spokój i normalność po szaleństwach i ekscesach Nerona. Lindsey Davis zadbała nie tylko o szerszy plan powieści. Pieczołowicie otoczyła Falkona wianuszkiem mniej lub bardziej bliskich mu osób. Wśród nich znajdzie się matka, która przynosi do jego kawalerskiego mieszkanka starannie połatane tuniki, kilka zamężnych sióstr, ich dzieci oraz mężowie nieudacznicy, a także Petroniusz Longus z rodziną - najlepszy przyjaciel Falkona, a zarazem dowódca patrolu straży awentyńskiej.

Przyznaję, że postać Falkona nie od razu wzbudziła moją sympatię. Późno zorientowałam się, że lekki styl, w jakim wypowiada się o swojej pracy i związanych z nią okazjach do przygód miłosnych, to tak naprawdę czcza gadanina. Falko chce siebie (i nas) przekonać, że prowadzone przez niego życie w pełni go satysfakcjonuje i nie oczekuje od niego więcej nad przelotną przyjemność i konkretny pieniądz. Los postawi jednak na jego drodze kogoś, przez kogo wielokroć będzie zmieniał zdanie w tej kwestii. Zdradzę tylko, że wątek ten będzie się odznaczał uroczą niekonsekwencją i że śledzi się go z taką samą uwagą, jak ten sensacyjny. Po prawdzie oba staną się nierozłączne i będą wspólnie nadawały ton lekturze (także w kolejnym tomie „Wykute w brązie”).

Srebrne świnki” należą do tego rodzaju zgrabnie napisanych powieści, po które chętnie się sięga w wolnych chwilach. Jej tło historyczne jest na tyle bogato i wiarygodnie przedstawione, że przestaje mieć znaczenie, na ile to efekt wyobraźni pisarskiej, a na ile praca badawcza autora. Ma ona odpowiedni ładunek emocjonalny, by polubić jej bohaterów, ale nie spodziewajmy się rozbudowanych portretów psychologicznych, bo to po prostu nie ten typ literatury. Spotkanie z Falkonem to rodzaj zabawy. Może nie dla wszystkich, którzy go spotykają na swojej drodze w powieściowej rzeczywistości, ale dla czytelników na pewno.