środa, 12 lutego 2014

Georges Flipo, Pani komisarz nie znosi poezji




Georges Flipo, Pani komisarz nie znosi poezji, tłum. Krystyna Arustowicz, wyd. Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Jestem w pociągu i od czasu do czasu chichoczę pod nosem. Siedząca naprzeciwko para rzucałaby mi zdziwione spojrzenia, gdyby nie to, że od początku naszej wspólnej podróży śledzi coś z uwagą na smartfonie w słuchawkach na uszach. A ja tymczasem rozkoszuję się lekkością i subtelnym humorem powieści Georgesa Flipo, ciesząc się, że w ostatniej chwili wrzuciłam go razem z czytnikiem do torebki.
Myślałam, że jeśli chodzi o kryminały, to naprawdę nic mnie już nie zaskoczy. A jednak! Powieść „Pani komisarz nie znosi poezji” ma coś (a raczej kogoś), czego nie ma żaden inny przeczytany przeze mnie dotąd kryminał. To komisarz Viviane Lancier, o której można powiedzieć wiele, tylko nie to, że jest sympatyczna (wbrew opisowi wydawcy na okładce). Z czasem rzeczywiście zaczynamy lubić Viviane za jej profesjonalizm, rozpaczliwy brak złudzeń co do atrakcyjności własnej osoby oraz kompas moralny, dzięki któremu bez zbędnych rozterek wybiera interes społeczeństwa nad dobrem groźnego przestępcy, nawet jeśli będzie to źle widziane przez media. Ale najpierw rzuca się w oczy jej oschłość oraz wysokie wymagania stawiane sobie i całemu zespołowi bez względu na staż pracy. Viviane ma też jedną, starannie ukrywaną słabość – jest nią przystojny porucznik Augustine Monot, absolwent studiów literaturoznawczych, początkujący w zawodzie policjanta. Przyznaję, że wypatrywałam chwil, w których pani komisarz pozwoli, by to upodobanie wpłynęło na fachowość jej osądów i decyzji. Nie zamierzam Wam jednak zdradzać, czy do czegoś doszło czy nie. Życie osobiste, w tym małe prawdopodobieństwo zrealizowania pewnych marzeń bywają źródłem napięć, które wpływają na rozwój akcji i przebieg intrygi. Dlatego ujawnianie czegokolwiek w tej materii, byłoby jak podanie nazwiska sprawcy.
Napad na kloszarda, następnie jego śmierć w szpitalu oraz znaleziona przy nim kopia nieznanego wiersza, autorstwa najprawdopodobniej samego Charlesa Baudelaire'a, potem zainteresowanie nią prasy i telewizji - są początkiem działania duetu Lancier-Monot. Ku wielkiej irytacji pani komisarz, która uważa, że są poważniejsze, choć nie tak wdzięczne medialnie przypadki, np. porwanie niemowlęcia wietnamskich sklepikarzy. Tymczasem sprawa idzie własnym torem, po drodze pojawiają się kolejne trupy, rośnie niezadowolenie ministerstwa. A ja, czytelnik, tymczasem zastanawiam się, jak to wszystko się skończy, ponieważ rzecz się coraz bardziej się komplikuje i nie widać możliwości rozwiązania zagadki tajemniczego wiersza i jego śmiercionośnego wpływu na otoczenie. To zresztą dylemat, który dotyka też panią komisarz i jej podopiecznego.
Nieprzewidywalność rozwoju akcji to jeden z wielu plusów pisarstwa Flipo. Innym jest to, że „Pani komisarz nie znosi poezji” to chyba moja pierwsza książka od czasu „Imienia róży”, która w centrum narracji umiejscawia literaturę i moc słowa pisanego. Ale tym, co moim zdaniem decyduje o sukcesie powieści, jest charakterystyczna postać głównej bohaterki, która ma wielkie szanse, by stać się rozpoznawalną w kanonie literatury detektywistycznej, podobnie jak panna Marple Agathy Christie. O delikatnym komizmie, w jaki jest przedstawiona tylko wspomnę. By nie psuć Wam przyjemności poznawania Viviane Lancier osobiście.

4 komentarze :

  1. Polecam od razu kontynuację "Pani komisarz nie czuje się w klubie jak w raju". Też chichoczę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo chętnie... pochichotam znowu :)

      Usuń
  2. Ta książka ciągle pojawia się w moim otoczeniu. A to ktoś zrecenzuje na blogu, a to ktoś w tramwaju mignie okładką, a to promocja na e-book się trafi. Opierałam się, bo dotąd nikt tak ładnie nie zachęcał:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to czytać :) Mam nadzieję, że książka spodoba się tak samo jak mnie :)

      Usuń