poniedziałek, 11 maja 2015

Günter Wallraff, Na samym dnie



Günter Wallraff, Na samym dnie, tłum. Ryszard Turczyn, wyd. AGORA SA

Celowo kupił soczewki kontaktowe zmieniające kolor oczu na ciemny, a do włosów doczepił treskę, by stać się Alim, jednym z wielu gastarbeiterów. Do celów fikcji wymyślił turecko-greckich rodziców, żeby nie budzić podejrzeń kolegów z pracy. Używał łamanego niemieckiego, by zmylić szefów. Dzięki Alemu znalazł się na tytułowym samym dnie, gdzie nikt nie liczy się z ludzkim życiem, przepisy BHP w najlepszym razie są przeznaczone dla rodowitych Niemców, a jeśli chce się korzystać z rękawic ochronnych, trzeba je sobie znaleźć w koszu na śmieci. Co prawda podarte, wyrzucone tam przez etatowych robotników, ale dające jako taką osłonę.

Reportaże Wallraffa wywołały swego czasu wielką burzę w Niemczech Zachodnich. Chociaż ukazały się w latach 80. ubiegłego wieku, w dalszym ciągu szokują skalą poniżenia i pogardy wobec ludzi, którzy będąc w rozpaczliwym położeniu, zmuszeni są znosić każde upokorzenie i każde oszustwo ze strony pracodawców. Ludzi pracujących nielegalnie, a więc zdanych na czyjąś łaskę i dobrą wolę. Według relacji Alego/Wallraffa nie było co na nie liczyć. Zamiast obiecanej pensji do robotników trafiały nędzne grosze, które trzeba było sobie wychodzić i wyprosić. A w zamian pracujących na czarno czekały najgorsze możliwe warunki i praca po kilkanaście godzin na dobę. Nie wszyscy z nich byli jednak cudzoziemcami.

Kryzys dotknął także wielu Niemców i pozbawił możliwości zatrudnienia. Chociaż dzielili oni rozpaczliwe położenie z kolegami z Turcji, Grecji, Jugosławii czy Polski i niektórzy z nich byli przyzwoitymi ludźmi, szybko zarysował się podział na lepszych i gorszych. Padały rasistowskie uwagi, na porządku dziennym było odwoływanie się do rządów Hitlera. Lepiej odnosili się do nich brygadziści. Im też nikt nie proponował najbardziej ryzykownej pracy w elektrowniach atomowych w przypadku poważniejszych awarii. To było zresztą jedyne miejsce, do którego Ali/Wallraff nie miał odwagi się udać. Za to podjął sfingowaną (i udaną!) próbę pośredniczenia między kierownictwem elektrowni a gastarbeiterami. Poza tym Ali/Wallraff testował na sobie leki w fazie badań klinicznych, pracował w w jednym z punktów dużej sieci dań typu fast food i, poza jednym wyjątkiem, bezskutecznie próbował przejść na katolicyzm!

W Polsce po raz pierwszy „Na samym dnie” ukazało się już w 1988 roku. Niemieckiego dziennikarza chętnie drukowano w naszej części Europy ze względu na jego lewicowe przekonania. Z tego też powodu jego demaskatorskie rewelacje na temat kapitalizmu były traktowane przez ogół czytelników jako kłamliwa propaganda. Teraz, gdy lepiej znamy rzeczywistość wolnorynkową i na własnej skórze doświadczamy także jej mroczniejszych stron, dziennikarskie śledztwo Wallraffa nabiera zupełnie innego, złowrogiego wyrazu. Pewne sytuacje będą się powtarzać, dopóki będą istnieć ludzie gotowi obchodzić prawo, unikać płacenia podatków i oszczędzać kosztem czyjegoś bezpieczeństwa i zdrowia. Dodatkowo Wallraff obnażył przykrą prawdę, że nasze standardy moralne ulegają obniżeniu wraz z kolorem skóry i wyglądem, a ludzka chciwość ma się dobrze nawet bez względu na nie.

Na samym dnie” to pozycja wstrząsająca mimo upływu lat i wciąż aktualna. Budząca wiele emocji, od niedowierzania po gniew. Obowiązkowa dla tych, którzy chcą się dowiedzieć więcej na temat dziennikarstwa uczestniczącego i niezwykłej biografii jego wybitnego przedstawiciela jakim niewątpliwie okazał się Günter Wallraff.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz