środa, 25 września 2013

Eoin Colfer, O mały włos




Eoin Colfer, O mały włos, tłum. Piotr Grzegorzewski, wyd. W.A.B.

Nie znam cyklu o przygodach nastolatka imieniem Artemis Fowl, którym zasłynął Eoin Colfer. Nie będę zatem dokonywać porównań między nim a książką „O mały włos”, o której na wstępie mogę powiedzieć, że nie nadaje się dla młodzieży (w przeciwieństwie do wspomnianej serii). „O mały włos” to powieść sensacyjna napisana zdecydowanie dla dorosłych i na pierwszy rzut oka zbudowana z ogranych elementów prosto z amerykańskich filmów klasy b. Wypełnia ją banalna scenografia nocnego życia w zapyziałej mieścinie, pokątne interesy i próby sił, które ze słownych przepychanek przeradzają się w zwykłą przemoc. To wszystko byłoby nie do zniesienia, gdyby nie postać głównego bohatera, ochroniarza i byłego żołnierza biorącego udział w misjach ONZ, Daniela. Jego komentarze i przemyślenia, zręcznie wplecione w pełną pary akcję, ujawniają karykaturalne, komiczne wręcz przerysowanie pozostałych postaci. Takich, jak na przykład Mike Madden, irlandzki gangster z wytatuowaną koniczynką, który nawet się w Irlandii nie urodził i co gorsza, posługuje się słownictwem, które rodowici Irlandczycy zarzucili wiele dziesięcioleci temu. Albo policjantka Deacon, która twardo wierzy w swoje policyjne powołanie nawet, gdy pod płaszczem ma tylko majtki. Nie mówiąc już o Zebulonie Kronskim, najlepszym przyjacielu Daniela i największym lekarzu-hochsztapelrzu, jakiego widział świat. Który oferuje m.in. tanie przeszczepy włosów (do której to umiejętności z przymrużeniem oka nawiązuje tytuł).
Daniel to typ bohatera, który chce robić swoje jak najlepiej, według jasnych i czytelnych reguł. Jest ochroniarzem, czyli musi poprężyć czasami muskuły. Nie robi tego jednak z prymitywnej potrzeby okazania przewagi, lecz dlatego, że tego wymaga wybrana przez niego dobrowolnie rola. Ponieważ jest narratorem i widzimy świat jego oczami, wiemy, że Dan za mało przypomina stereotypowego mięśniaka, który ma pilnować porządku. Gdy nagle ten spokojny człowiek traci swoją rutynę i codzienność i znów jest zmuszony korzystać z wojskowego doświadczenia, okazuje się też, że - nawet jako świetnie wyszkolona maszyna do zabijania - nie jest pospolitym, bezrefleksyjnym zabijaką. Wszystko co robi wynika z syndromu rycerza niosącego pomoc uciśnionym. A także dlatego, że sam zostaje jednym z podejrzanych. Daniel działa, bo musi. Ale bez obaw – nie recytuje przy tym wierszy, nie zasypuje nas masą informacji świadczącą o rozległej wiedzy i erudycji, nie zna się też na sprzęcie elektronicznym czy komputerowym lepiej niż ktokolwiek z nas. Wyjątkowość Daniela polega na tym, że on... myśli! I nie krzywdzi, gdy nie ma takiej potrzeby, bez dorabiania do tego filozofii.
Jeśli coś jest pewne w tej powieści, to to, że Daniel dowie się, kto zabił jego ukochaną Connie i dlaczego jego przyjaciel Zeb popadł w poważne tarapaty. Te dwie sprawy determinują całą fabułę i podoba mi się, że mimo jej prostoty długo nie wiadomo, jak powiązać z sobą różne wątki i osoby. A już najbardziej ujęły mnie w tej książce ironia i subtelnie podany humor, to jak autor bawi się naszymi wyobrażeniami o amerykańskim półświatku i byłych żołnierzach z zaliczonymi sesjami u psychiatry. To wszystko jest nie lada bonusem do sprawnie skrojonej powieści sensacyjnej, która nie obraża niczyjej inteligencji, ale też nie udaje, że jest czymś więcej. Wyróżnia ją to, że podczas czytania chichoczemy pod nosem, co się raczej nie zdarza podczas lektury powieści typu „zabił i uciekł”. Stąd moje podejrzenie, że Eoin Colfer musiał mieć niezły ubaw, kiedy pisał „O mały włos”. Ja go miałam, czytając jego książkę.
 

8 komentarzy :

  1. Mnie rozczarowała ta książka, nawet bardzo. Czytałam za młodu serię o Artemisie i kompletenie nie odnalazłam tego czaru, czy choćby humoru w "o mały włos".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że musi to być naprawdę wyjątkowa seria. Ja jej jednak nie znam, a "O mały włos" porównuję do innych powieści sensacyjnych. Przy nich widzę w "O mały włos" komizm, celowe przerysowania i granie stereotypami. Co do czaru - to rzeczywiście nie ma go tu za grosz. To po prostu inna historia

      Usuń
    2. Pewnie, też widziałam różne rzeczy, ale jak dla mnie na przeciętnym poziomie, nie wciągnęłam się w książkę w ogóle. A co do serii.. Ciężko oceniać z perspektywy czasu, musiałabym wrócić (i może przeczytać też części, które ukazały się gdy już byłam trochę za duża we własnym odczuciu), ale pamiętam, że bardzo, bardzo dużo przyjemności sprawiała mi lektura, tak wciągnał mnie wtedy chyba tylko świat Harrego Pottera :) Ostatnie części Harrego czytałam jednak już będąc dorosłą, a Artemisa jakoś tak łatwiej było odstawić.

      Usuń
    3. Cóż, nie musimy się zgadzać. Ale przyznaje, że - mimo swoich zastrzeżeń - zaciekawiłaś mnie Artemisem :)

      Usuń
  2. Nie znam ani serii o Atremisie, ani tejże książki, ale zastanawiam się teraz, czy przypadkiem nie zapoznać się bliżej z twórczością autora... c;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zamierzam pogłębić swoją znajomość z jego twórczością. Dobrze się składa, że lubię książki dla młodzieży :) Przekonam się na własnej skórze, jak to jest z tym Artemisem...

      Usuń
  3. Nie znam twórczości tego autora, tak samo jak Iwi, ale planuję się w bliskiej przyszłości z nią zapoznać. :D
    Serdecznie pozdrawiam+ zapraszam na mojego bloga, którego postanowiłam prowadzić wraz z znajomymi. Zapraszam!
    arenaksiazek.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń