piątek, 30 listopada 2012
wtorek, 27 listopada 2012
Paolo Bacigalupi, Zatopione Miasta
Paolo Bacigalupi, Zatopione Miasta, tłum. Łukasz Małecki, wyd. Wydawnictwo Literackie
Bacigalupi zajrzał w
przyszłość i to, co tam ujrzał, nie napawa optymizmem. Zmiany
klimatyczne sprawiają, że tam, gdzie dotąd zimą padał śnieg,
lepki upał przylega do skóry, dzikie pnącza ocierają się o
wystrzępione ubrania, woda w rozpadliskach gnije i pokrywa się
zieloną rzęsą. Tropikalna roślinność przyciąga tu egzotyczne
zwierzęta – aligatory oraz zmutowane wilkojoty. Pośrodku tej
dziczy tkwią Zatopione Miasta. To podtapiana przez ocean, olbrzymia
miejska aglomeracja, rozbierana na surowce wtórne, dewastowana,
zryta pociskami, opanowana przez dzikie zwierzęta i młodocianych
żołnierzy. To ścierwa wojny, których nikt nie chce poza
generałami i pułkownikami ze zwalczających się nawzajem frakcji.
Postrach wieśniaków, którzy uprawiają wokół Zatopionych Miast
swoje poletka ze złudną nadzieją, że nikomu nie będzie się
chciało pokusić o ich nędzną zawartość. Cały ten region to
pułapka bez wyjścia. Jego granice są szczelnie obstawione
genetycznie zmodyfikowanymi hordami żołnierzy tych rządów i
korporacji, które nie chcą, by konflikt rozlał się na resztę
terytorium, które niegdyś nosiło wspólną nazwę Stanów
Zjednoczonych.
Proza Bacigalupiego bardzo
przekonująco odmalowuje koszmar ludzi, którzy ugrzęźli na tym
kawałku ziemi, pozbawieni nadziei na jakąkolwiek zmianę. Sami
godni współczucia, nie obdarzają nim jednak słabszych od siebie i
bardziej pokrzywdzonych przez los. Cała ta książka opowiada o
brutalności i zdziczeniu obyczajów, o ogromnym strachu przed
niepewnym jutrem i niechęci wobec obcych oraz o przedwczesnej,
wymuszonej okolicznościami dorosłości. W takim świecie znalazła
się Mahlia, uciekinierka z Zatopionych Miast, córka miejscowej i
chińskiego rozjemcy, jednego z wielu, którzy próbowali powstrzymać
upadek Zatopionych Miast. Historię tego miejsca poznajemy stopniowo
poprzez wspomnienia Mahlii. Ale nawet ona nie wie, co dokładnie było
przyczyną konfliktu, który przerodził się w partyzancką wojnę z
udziałem dzieci i nastolatków. Niemniej to jedne z najciekawszych
fragmentów powieści, które nadają opowiadanej historii głębszą
perspektywę i ostatecznie uświadamiają czytelnikowi powagę
sytuacji. Tak jak okręty rozjemców nie wróciły ani po Mahlię i
jej matkę, tak dziewczynę i jej przyjaciela Mouse'a nie zbawi żaden
cud. Mahlia jest przyzwyczajona do samodzielności i podejmowania
szybkich, pozbawionych etycznych wątpliwości decyzji. Kiedy więc
na bagnach spotyka rannego, zmutowanego żołnierza, wie, że jest on
jej jedyną szansą na opuszczenie Zatopionych Miast i normalne
życie. To początek wielu dramatycznych wydarzeń, których stawką
jest lojalność i przyjaźń.
Autor poprowadził akcję
w taki sposób, że połyka się ją łapczywie. I tak sugestywnie,
że emocje bohaterów stają się naszymi, a otaczającą ich wilgoć,
gorąc i brud – niemal czujemy na własnej skórze. Postępowanie
pierwszoplanowych bohaterów nie jest do końca przewidywalne, bez
względu na to po czyjej stronie stoją i jakie kierują nimi motywy,
gdyż pisarz zadbał o ich wielowymiarowość i psychologiczny
autentyzm. Jedną z najciekawszych postaci w książce jest doktor
Mahfouz, którego postawa i umiejętności reprezentują niedostępny
świat cywilizacji i kultury. Dla Mahlii spotkanie go było lekcją
innego życia, chociaż doceniła ją dużo później.
Nietrudno znaleźć w
powieści Paolo Bacigalupiego kilka analogii do współczesności –
poprzez afrykańskie dzieci-żołnierzy, pokojowe misje, którą
budzą uśmiech politowania watażków trzymających w szachu
cywilów, po brutalność i agresję, które zbyt często wygrywają
z cywilizacją. Mimo to perypetie Mahlii dają pewną nadzieję na
to, że indywidualnym losem można pokierować według własnego
uznania. A przynajmniej spróbować to zrobić. To jeden z ważniejszych powodów, dla których „Zatopione
Miasta” przeczytałam jednym tchem!
Za książkę dziękuję
Wydawnictwu Literackiemu.
poniedziałek, 26 listopada 2012
Amy Stewart, Zbrodnie robali
Amy Stewart, Zbrodnie
robali, tłum. Dariusz Wójtowicz, literatura faktu poza seriami,
wyd. W.A.B.
Krzyczysz w niebogłosy,
kiedy widzisz na ścianie cień albo gdy coś szybko przepełza po
podłodze? Na myśl, że możesz dotknąć czegoś śliskiego,
wijącego się lub pokrytego masą włosków – wzdrygasz się z
obrzydzenia? Masz rację! Bo chociaż robale są pożyteczne i bez
nich nasz świat przestałby istnieć, wiele z nich potrafi nieźle
uprzykrzyć nam życie. A czasem nawet go pozbawić.
„Zbrodnie robali” Amy
Stewart nie są fachowym przewodnikiem po świecie owadów ani
poradnikiem medycznym. To zbiór zwięźle przedstawionych
ciekawostek dotyczących stworzeń, których albo nie dostrzegamy
gołym okiem, albo nie zwracamy na nie większej uwagi. Dopóki nie
ugryzą, nie złożą jaj, nie zaczną zjadać naszych książek czy mebli
lub nie wstrzykną trucizny. Amy Stewart swobodnie rozciąga
definicję „robali” nie tylko na owady, ale również na
pajęczaki, skąposzeczty i jeszcze inne. Łączy je to, że pełzają,
bzykają, latają i... szkodzą. Bywa, że „tylko” niszczą
uprawy i lasy, kiedy indziej przenoszą groźne choroby lub
pasożytują w naszych ciałach. Ich jad może sprawić nam
wielki ból, wywołać wysypkę lub... zabić! Autorka przygląda się
po kolei przedstawicielom różnych gatunków – tym groźnym, jak
i tym tylko dokuczliwym. Od czasu do czasu zaczyna rozdział od
przytoczenia konkretnego przypadku, który spotkał daną osobę.
Kiedy indziej sięga po opisy klęsk żywiołowych i pandemii lub
wymienia niespodziewane skutki odkryć geograficznych i wymiany
handlowej między kontynentami. Zajmująco podaje zgromadzone przez
siebie wiadomości, ujawnia nieznane szerzej lub zapomniane już
fakty – jak na przykład wyprawa ratunkowa prowadzona przez
Henry'ego Mortona Stanleya niechcący rozwlokła po Afryce śpiączkę i wywołującą
ją muchę tse-tse lub który to amerykański szkodnik wstrząsnął
przemysłem winiarskim w Europie i omal go nie zniszczył raz na
zawsze, kto wykorzystywał pszczoły i osy jako broń biologiczną
oraz jak zwykłe filtrowanie wody powstrzymało groźną epidemię na
Czarnym Lądzie.
Dziwne zwyczaje godowe,
niezwykłe zdolności przystosowawcze, cykl życiowy, który wspomaga
pracę... kryminologów – książka Amy Stewart to kopalnia
informacji wywołujących na przemian ekscytację i gęsią skórkę.
Bez zbytniego rozwodzenia się udowadnia, że teoria głosząca
człowieka panem stworzenia jest tylko naszym pobożnym życzeniem.
Zwłaszcza że bywają gatunki, które człowieka po prostu ignorują
(z 4 tysięcy gatunków wszy na ludziach „chcą” żerować tylko
3 z nich), a inne są mało wrażliwe na próby pozbycia się ich z
naszych domów czy ciał.
Za książkę dziękuję
wydawnictwu W.A.B.
piątek, 23 listopada 2012
Roma Ligocka, Dobre dziecko
Roma Ligocka, Dobre
dziecko, wyd. Wydawnictwo Literackie
„Dobre dziecko” niesie ze sobą duży emocjonalny ładunek, stąd nic dziwnego, że Roma Ligocka dopiero teraz, lata po wydaniu „Dziewczynki w czerwonym płaszczyku” zmierzyła się z kolejną częścią swojego życia. Jej historia porusza i pozostaje długo w pamięci. Ponieważ to, o czym Roma Ligocka pisze w „Dziewczynce w czerwonym płaszczyku” i w „Dobrym dziecku” ma jeden wspólny mianownik – wspomnienia oparte na prawdziwych przeżyciach. W przeciwieństwe do innej literatury wspomnieniowej te dwie pozycje jednak, chociaż cofają nas w lata wojenne i powojenne, odbieramy bez czasowego dystansu, zupełnie jakby autorka wciąż przechowywała w głębi swojej psychiki maleńkie dziecko, a później nastolatkę. Jej odczuć nie zatarło kilka dziesięcioleci, które dzielą opisane wydarzenia od współczesności. Sugeruje to zresztą rozpoczęcie i zakończenie książki, rodzaj klamry opasującej ten swoisty powrót do przeszłości, jakim jest „Dobre dziecko”, a pisanej z pozycji osoby dorosłej, dojrzałej, a jednak pełnej uczuciowego niedosytu.
Zetknięcie z
autetytycznym cierpieniem, niedotykającym nas bezpośrednio i
opisanym tak wiarygodnie daje dużo czytelniczej satysfakcji, ale z
drugiej strony, tak po ludzku, budzi współczucie. Nadmierna
wrażliwość, brak poczucia bezpieczeństwa i stałości
czegokolwiek w życiu, próby rozmowy o wojnie z kimś dorosłym
kwitowane zawsze (bez złej woli!) - Po co wracać do tych
okropności? To już minęło. I jeszcze związek matki z innym,
żonatym mężczyzną – źródło wstydu, upokorzenia, lęku przed
utratą najbliższej osoby, a nawet fizycznego wstrętu. To
niebezpieczny koktajl dla dorastającej, trzymającej się na uboczu
i mającej swój wewnętrzny świat dziewczynki. Zaczytanej w
książkach i marzącej o karierze aktorki lub malarki. Wertującej
jedyny ocalały pamiętnik babci, Anny Abrahamerowej. Śniącej
nocami o uciekaniu przed Niemcami, w dzień przywołującej pamięć
zmarłych tragicznie krewnych, w tym babci, tym razem matki ojca,
która w getcie wepchnęła maleńką Romę pod stół (ratując jej
tym życie) zanim została wywleczona z mieszkania i zabita.
Podstawą fabuły „Dobrego
dziecka” jest silna więź między matką i córką, której
istnienie nie wyklucza niestety nieporozumień i barier między nimi
obiema. Autorka przytacza okoliczności, które towarzyszyły
stopniowemu oddalaniu się ich od siebie. Mimo troski jednej o córkę.
Mimo wręcz fizycznej potrzeby obecności matki drugiej. Mimo
miłości, którą do siebie czuły. Żal dorosłej kobiety, która
pragnie ułożyć sobie na nowo życie i mieć własną rodzinę,
zderzał się z nieuświadomionymi do końca potrzebami osieroconej
nastolatki. Chociaż traumatyczne przeżycia wojenne nie ułatwiały
ich stosunków, ich zachowania wydają się dziwnie znajome,
pobrzmiewa w nich echo rozmów toczonych na domowym froncie wielu
rodzin. Gdzie wzajemne, choć niezamierzone ranienie jest na porządku
dziennym, mimo że odbywa się wbrew chęciom i wprowadza wrzenie w
międzypokoleniowe relacje. Nie odnoszę wrażenia, żeby Roma
Ligocka piętnowała swoją matkę lub kierowała w jej stronę
oskarżenia. Autorka „Dobrego dziecka” odnosi się do sytuacji,
gdy najbliższa nam osoba, nieważne czy dziecko czy ktoś dorosły,
staje się mimowolnie źródłem cierpienia. Sytuacji, która
przerasta zaintersowanych i z której trudno znaleźć wyjście. Może
nam, żyjącym w czasach pokoju, z dostępem do fachowej literatury
będzie łatwiej wyrwać się z tej matni?
Premiera 29 listopada.
Za książkę dziękuję
Wydawnictwu Literackiemu.
środa, 21 listopada 2012
Konkurs Fabryki Słów na grafikę!
Wydawnictwo Fabryka Słów ogłasza konkurs na grafikę ze świata "Czerwonej mgły" i "Czarnego Horyzontu".
Technika prac dowolna.
Termin nadsyłania – do 13.12.2012
Prace prosimy przesyłać na adres: konkurs@fabrykaslow.com.pl
A w tytule maila wpisać: GRAFIKA + imię i nazwisko
Jury: Przemek "Trust" Truściński i Tomasz Kołodziejczak
Nagroda główna - podobizna zwycięzcy (na podstawie zdjęcia) zostanie umieszczona (wrysowana) wraz z głównym bohaterem Kajetanem Kłobudzkim w ilustracji stworzonej przez Przemka "Trusta" Truścińskiego. Zwycięzca otrzyma oryginał pracy "Trusta".
Dodatkowo - zestaw książek Fabryki Słów.
II i III miejsce - zestaw książek Fabryki Słów
piątek, 16 listopada 2012
Zmiany na Łowisku
Od tego tygodnia Łowisko książek zaczęło swoją działalność na facebooku, po to by ułatwić dostęp wszystkim tym, którzy posiadają na nim konto, a nie dysponują gmailem. Zachęcam do zaglądnia, komentowania i opinii także na http://www.facebook.com/LowiskoKsiazek , gdzie znajdziecie też zapowiedzi, informacje o spotkaniach, ciekawostki itp.
Zmieniam również formułę rozpoczynania recenzji od tytułów wymyślanych przeze mnie na rzecz tytułu danej książki. To niewielka modyfikacja, ale mam nadzieję, że ułatwi rozeznanie się w gąszczu opisywanych książek :)
Zmieniam również formułę rozpoczynania recenzji od tytułów wymyślanych przeze mnie na rzecz tytułu danej książki. To niewielka modyfikacja, ale mam nadzieję, że ułatwi rozeznanie się w gąszczu opisywanych książek :)
wtorek, 13 listopada 2012
Mistrz miłosiernych homonimów
Grégoire
Delacourt, Pisarz rodzinny, tłum. Krzysztof Umiński, wyd. Drzewo
Babel
Jest wiele historii o
rodzinach i ich wewnętrznych pęknięciach. I „Pisarz rodzinny”
wpisuje się w ten nurt, ale w bardzo specyficzny sposób. Nie ma
oszałamiającej objętości, wydaje się równie łatwy do
przełknięcia, co do zapomnienia. Lecz to tylko pozory, bo na
stronach „Pisarza rodzinnego” kryje się pewna przyjemna
niespodzianka, do której kluczem jest właśnie... klucz z piórem
złożonym ze stalówek różnej długości! Ten autorstwa Michała
Batorego, który widnieje na okładce. To z jednej strony zachęta,
by zajrzeć w prywatne życie pewnej francuskiej rodziny. Z drugiej
to taki wytrych, którym Delacourt dociera do nas, czytelników, i
nawiązuje z nami kontakt. Bo Delacourt wie, jak posługiwać się
słowami, jak stworzyć na pozór mało skomplikowaną kombinację,
która wywoła w nas określone uczucia i skojarzenia, która
przywoła zapachy i kolory, przywiąże do siebie na długie godziny,
dotknie czułego punktu, obudzi wspomnienia, czasem tęsknotę. Tym
samym łanie sterotyp, który zakłada, że autor reklam (którym
Grégoire Delacourt jest
na co dzień) i pisarz powieści to dwa różne zawody i rzemiosła.
Po lekturze „Pisarza rodzinnego” dochodzę do wniosku, że jedyne
czym się różnią, to celem, bo tak samo wymagają sprawności
językowej i umiejętności odnoszenia się do wyobraźni i
wrażliwości odbiorców.
Delacourt czaruje więc
nas słowami, ale nie oszukuje i nie przedstawia swoich bohaterów w
świetle lepszym niż na to zasługują. Jego zdania są krótkie,
rozdziały często nieprzekraczają strony, dwóch. Mimo to szybko
zaczyna nas przygniatać ciężar zobowiązań złożony na barki
Édouarda okrzykniętego
obiecującym talentem literackim w wieku zaledwie siedmiu lat. Radość
rodzeństwa, oczekiwania rodziców naznaczyły go na zawsze i pchnęły
jego losy na tory, z których daremnie próbował się wyrwać. Słowa
stały się podstawą jego bytu, narzędziem do oswajania
rzeczywistości, wpływania na nią i emocje otaczających go ludzi.
Narzędziem jednak dosyć kapryśnym, nie zawsze prowadzającym do
zamierzonego celu, a czasem i tam, gdzie Édouard
nigdy nie chciałby się znaleźć. Innym czynnikiem, który
ukształtował Édouarda
był rozpad jego niegdyś bardzo szczęśliwej rodziny i małżeństwa
rodziców. Bez konkretnie zarysowanych powodów. Co sprawia, że
Édouard, jeszcze dziecko,
zaczyna instynktownie ich dociekać i jednocześnie szukać formuły
mogącej skleić to, co popsute. Nadaremno. Być może dlatego
bohater jako dorosły jest dziwnie bezwolny w swoich wyborach
życiowych. O ile zawodowe przynoszą mu sukcesy, w osobistych
pozwala narzucać sobie rozwiązania. Ponieważ narracja jest
prowadzona pierwszoosobowo, od razu uderza jej dystans i
beznamiętność wobec Moniki, dziewczyny, narzeczonej, w końcu żony
i matki dzieci głównego bohatera. Édouard
uzewnętrznia emocje, gdy zaczyna opowiadać o matce, ojcu, siostrze
i bracie. W kontaktach z nimi szuka utraconej beztroski, magicznej
chwili, gdy nic nie było jeszcze przesądzone i wspólnego śmiechu
w żółtej kuchni.
Przez trzy dekady życia
towarzyszymy Édouardowi,
ani na chwilę się nudząc. Jego opowieść jest szczera, a sposób
opowiedzenia – boski w swojej prostocie i pozbawiony taniej
psychologii. Trochę zadumy, czasem leki uśmieszek i kolejne strony
szybko prowadzą nas do... happy endu! Dla nas jest on tylko końcem,
dla Édouarda początkiem
życia, w którym pojawia się nadzieja na miłość.
Za książkę dziękuję
wydawnictwu Drzewo Babel.
środa, 7 listopada 2012
Bella z Montparnassu!
Izabela Czajka-Stachowicz,
Dubo..., Dubon..., Dubonnet, wyd. 2, wyd. W.A.B.
Gdy inne panny i panie w
latach 20. ubiegłego wieku biegały z jednych proszonych herbatek na
drugie, Izabela Czajka-Stachowicz, powieściowa Bella, przesiadywała
w paryskich kawiarniach u boku literatów i dziennikarzy, pozowała
kolejnym malarzom i prowadziła życie głodne, za to pełne fantazji
i wolne. Czajka-Stachowicz to w ogóle nietuzinkowa postać, której
nazwisko – o mały włos! - mogliby znać tylko wnikliwi studenci
historii sztuki czy filologii. Muza artystów, ich przyjaciółka,
dzieląca z nimi upodobania i życie bez funduszy. Swobodne, chłonne
i barwne, chociaż prowadzone na granicy ubóstwa. „Dubo...,
Dubon..., Dubonet” jest już trzecią, wznowioną po ponad
czterdziestu latach przez wydawnictwo W.A.B. książką tej autorki,
która tak ochoczo w latach 50. i 60. wracała do lat młodości. Jej
wspomnienia są tak pełne życia, świeżości spojrzenia i
młodzieńczego zachwytu, jakby powstawały notowane na gorąco. Nie
znam wcześniejszych „Nigdy nie wyjdę za mąż” i „Mażeństwo
po raz pierwszy”. Przyszło mi poznać Bellę z Montparnassu –
tak innego i odległego w czasie od zaśnieżonego Mokotowa i
starszej pani po trzech zawałach, jaką w chwili pisania książki
była autorka.
Tym, co uderza na każdej
stronie „Dubo...”, jest radość i olśnienie. Zapachem
paryskiego powietrza, tłocznymi miejskimi arteriami, morzem świateł,
wielkomiejskim tętnem, zachodem słońca, błękitem nieba. Te
wszystkie uczucia sąsiadują... z ssaniem w żołądku. Bella bowiem
bez zgody tatusia opuściła Polskę, nie korzysta z jego pieniędzy,
musi radzić sobie sama, a to sprawia, że liczy każdy grosz. Nie
ona jedna. Jej znajomi - czy to artyści czy robotnicy, z którymi ma
styczność jako pracownica emigracyjnej gazety „Polonia”–
wszyscy niedojadają.
Bella z właściwą sobie
żywiołowością rzuca się w wir paryskiego życia, a wrodzona
życzliowść i uczciwość nie pozwalają jej przjeść obojętnie
wobec czyjejś krzywdy. Jeśli prosi o pieniądze, to nigdy dla
siebie, z niczego potrafi wyczarować obiad dla kilku osób, a nawet,
fałszując niemiłosiernie, nie wstydzi się zaśpiewać w kawiarni,
by zebrać pieniądze na ciepły posiłek dla siebie i koleżanki.
Nie waha się zaryzykować utraty posady, gdy chodzi o powstrzymanie
żerowania na naiwności polskich robotników. Z uśmiechem
rozbawiennia obserwujemy jej starania, gdy próbuje zadowolić mamę
i krewnych narzeczonego. Bella nie byłaby sobą, gdyby nie
przeszkodził jej w tym własny entuzjazm i szczerość. I oryginalni
przyjaciele. Na kartach książki Czajki-Stachowicz artyści, którym
encyklopedie i wikipedie oferują jedynie suchą notkę, są ludźmi
z krwi i kości. Tytus Czyżewski pojawia się tu z nieodłączną
peleryną, Olga Boznańska hoduje stado myszek, Jacek Puget to
niechlujne, choć sympatyczne chłopisko w strzępach butów. Chaim
Soutine za kufel piwa służy za posłańca i tragarza, August
Zamoyski „rżąc radośnie”, wprowadza Bellę w egipskie sekrety
Luwru, a Ilja Erenburg właśnie pisze swojego „Lejzorka
Rojtszwańca”.
Szczera, humorystyczna w
tonie proza Izabeli Czajki-Stachowicz jest pochwałą młodości i
życia na własny rachunek. Dla czytelnika 21. wieku nie jest już
może aż tak pikantna, jak była jeszcze pół wieku temu. Ale wciąż
wywołuje radosny zawrót głowy, jak bąbelki najprawdziwszego,
francuskiego szampana, który – wiadomo – jest nie do podrobienia.
Jak Bella z Montparnassu!
PS. Mój ulubony cytat:
„Paryż przeinaczył mi
cały świat – nie znaczy to wcale, że minęły mi wszystkie
udręki i niewola młodości – życie nadal zalewało mnie,
oszołamiało i oślepiało. Uświadomiłam sobie jednak, że prawem
człowieka jest szczęście”.
Za książkę dziękuję
wydawnictwu W.A.B.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)