środa, 16 kwietnia 2014

Patrick Deville, Dżuma & Cholera - fragment do przeczytania



Patrick Deville, Dżuma & Cholera, tłum. Jan Maria Kłoczowski, wyd. Oficyna Literacka Noir sur Blanc


Fragment książki:




ostatni lot


Stara dłoń pokryta plamami, z kikutem kciuka, odchyla jedwabną zasłonę. Po bezsennej nocy jasna, dumna czerwień wschodzącego słońca. Śnieżnobiały i bladozłoty pokój hotelowy. W oddali lekko zamglone światło na przęsłach wielkiej wieży ze stali. Poniżej zielone drzewa na skwerze Boucicaut. Wojenna wiosna w spokojnym mieście pełnym uchodźców. Tych wszystkich, którzy myśleli, że do końca życia już nigdzie się nie ruszą. Stara dłoń uchyla okno, po czym chwyta za rączkę walizki. Sześć pięter niżej Yersin przechodzi przez hol recepcji, w którym lśnią lakierowane drewno i żółty mosiądz. Portier w liberii zamyka za nim drzwi taksówki. Yersin nie ucieka. Nigdy nie uciekał. Ten lot zarezerwował kilka miesięcy wcześniej w jednym z sajgońskich biur podróży.
Dziś jest to mężczyzna niemal łysy, z białą bródką, o niebieskich oczach. Tweedowa marynarka, beżowe spodnie, biała koszula z rozpiętym kołnierzykiem. Przeszklona elewacja lotniska Le Bourget wychodzi wprost na płytę, gdzie stoi hydroplan z zamontowanymi kołami. Niewielki biały wieloryb, w którego brzuchu mieści się dwunastu pasażerów. Na pokład wchodzimy zawsze od lewej burty, albowiem pierwsi lotnicy, wśród nich Yersin, byli kawalerzystami. Yersin wybiera się w podróż, by raz jeszcze ujrzeć swoje annamickie koniki. Na ławkach w poczekalni garstka uciekinierów. Na dnie ich walizek, obok koszul i sukni wieczorowych, sztaby złota i banknoty. Wojska niemieckie stoją u bram Paryża. Uciekinierzy zerkają na cyferblat na ścianie, spoglądają na swoje zegarki. Są wystarczająco bogaci, by nie kolaborować.
Zaledwie jeden motocykl Wehrmachtu zdołałby przygwoździć małego białego wieloryba do ziemi. Godzina odlotu już minęła. Yersin nie słucha niespokojnych rozmów, zapisuje zdanie lub dwa w notesie. Śmigła silników umieszczonych nad kokpitem zaczynają się obracać. Hydroplan rusza z miejsca. Uciekinierzy chcieliby go pchnąć, zmusić do lotu. Jest ostatni dzień maja roku czterdziestego. W tym upale pas startowy lśni jak tafla wody. Maszyna z wysiłkiem wznosi się w powietrze. Uciekinierzy ocierają czoła. To ostatni lot jednostki należącej do spółki Air France. Przerwa w połączeniach potrwa kilka lat, ale nikt jeszcze o tym nie wie.
To także ostatni lot Yersina, który nigdy już nie powróci do Paryża i nie zamieszka w pokoju na szóstym piętrze hotelu Lutetia. Trochę się tego domyśla, spoglądając na kolumny uciekinierów w dole. Na rowerach i wózkach stosy mebli i materacy. Ciężarówki przeciskające się przez tłum pieszych. Wszystko to spłukane wiosenną burzą. Kolumny oszalałych robaków, które uciekają przed butami wojskowych. Sąsiedzi z Lutetii dawno opuścili stolicę. Joyce, wielka irlandzka tyka w okularach i trzyczęściowym garniturze, jest już w Allier. Matisse dociera przez Bordeaux do Saint-Jean-de-Luz. Samolot ląduje w Marsylii. W zaciskających się kleszczach faszyzmu i frankizmu. Na północy podnosi ogon szykujący się do uderzenia skorpion. Brunatna dżuma.
Yersin zna dwa języki i dwie kultury - niemiecką i francuską - a także ich odwieczne spory. Od czterdziestu sześciu lat wie również coraz więcej o pałeczce dżumy. Nazwano ją na jego cześć yersinia pestis. Trzydziestego pierwszego maja czterdziestego roku Yersin po raz ostatni wzbija się w burzowe niebo nad Francją.
Yersinia pestis.



owady


Stary człowiek przegląda notes, a potem przymyka oczy. Przez wiele dni nie mógł zasnąć. W hotelu roiło się od ochotników Obrony Cywilnej z żółtymi opaskami na ręku. Nocą alarmy. Fotele poustawiane w piwnicy, w głębi korytarza, gdzie przechowywane jest wino w butelkach. Pod zamkniętymi powiekami gra słońca na morskich falach. Twarz Fanny. Wyprawa młodego małżeństwa do Prowansji i Marsylii w poszukiwaniu owadów. Czy można pisać o synu, nie opowiadając o ojcu? Historia ojca jest krótka. Syn nigdy go nie poznał.
W Morges, w kantonie Vaud, zarówno u Yersinów, jak i u sąsiadów, panuje nie tyle nędza, ile prostota. Liczy się każdy grosz. Znoszone sukienki matek oddaje się służącym. Ojciec udziela prywatnych lekcji, dzięki którym może podjąć studia w Genewie. Zostaje nauczycielem w gimnazjum. Pasjonuje się botaniką i entomologią, jednak na życie zarabia jako intendent prochowni. Nosi obcisły czarny surdut uczonych i wysoki kapelusz, wie wszystko o chrząszczach, specjalizuje się w prostoskrzydłych i szarańczowatych.
Rysuje szarańczaki i świerszcze, usypia je, umieszcza pod mikroskopem pochewki skrzydłowe i czułki, wysyła komunikaty do Towarzystwa Nauk Przyrodniczych kantonu Vaud, jak również do Towarzystwa Entomologicznego we Francji. Potem znowu zamienia się w intendenta i to jest coś. Kontynuuje badania nad systemem nerwowym świerszcza polnego i modernizuje prochownię. Czoło miażdży ostatniego świerszcza. Ręka w śmiertelnym skurczu przewraca probówki. Aleksander Yersin umiera, mając trzydzieści osiem lat. Po jego policzku spaceruje zielony skarabeusz. We włosach mości się pasikonik. W otwartych ustach stonka ziemniaczana. Młoda żona, Fanny, jest w ciąży. Wdowa po intendencie będzie musiała opuścić prochownię. Chwila modlitwy wśród stosów bielizny i niezmytych naczyń: rodzi się dziecko. Otrzyma imię zmarłego męża.
W Morges, nad czystymi i zimnymi wodami Jeziora, matka nabywa Dom Figowy, w którym urządza pensjonat dla młodych dziewcząt. Fanny jest elegancka i dobrze wychowana. Uczy dziewczęta wytwornych manier i gotowania, podstaw malarstwa i muzyki. Syn przez całe życie zachowa pogardę dla tych zajęć, myląc sztukę z robótkami ręcznymi. Wszystkie te malarskie i literackie głupoty będą mu się kojarzyć z infantylnością osóbek, które w listach nazywa koczkodanami.
Z łatwością wyobrazicie sobie zatem odludka, który zastawia sidła, wybiera ptaki z gniazd, rozpala ognisko za pomocą lupy i zjawia się w domu umorusany błotem niczym wojownik wracający z pola walki lub z wyprawy do dżungli. Chłopiec jest samotny i chodzi własnymi ścieżkami, kąpie się w Jeziorze i klei latawce. Zbiera owady, rysuje je, przekłuwa szpilką i umieszcza w pudełku. Ofiarny rytuał wskrzesza umarłych. Podobnie jak w wojowniczych plemionach przekazywano sobie włócznię i tarczę, tak on dziedziczy po ojcu mikroskop i skalpel, które wyciąga z kuferka w szałasie. Oto drugi Aleksander Yersin i drugi entomolog. Zbiory śmierci oglądać można w muzeum w Genewie. To może być jeden z życiowych celów: spędzać dni na poważnych studiach w oczekiwaniu na wylew krwi do mózgu.
Jeśli nie liczyć torturowania owadów, liczba rozrywek zmniejsza się w okolicy z pokolenia na pokolenie. Już samo pojęcie „rozrywka” jest podejrzane. Każda chwila przeżywana w Vaud to odkupienie za grzech życia. Rodzina Yersinów pokutuje w ramach Wolnego Kościoła Ewangelickiego, powstałego na łonie tutejszego protestantyzmu po schizmie lozańskiej. Członkowie tego Kościoła nie zgadzają się, by państwo opłacało ich pastora i utrzymywało świątynie. Mimo biedy i surowego trybu życia wierni oddają ostatnią krwawicę, żeby zaspokoić potrzeby swoich kaznodziejów. To trochę co innego niż utrzymywać proboszcza lubiącego na przykład dobrze zjeść. Pastor, który chce się przypodobać Bogu - bądźcie płodni i rozmnażajcie się - to gatunek rozrastający się w szalonym tempie. Do wykarmienia są ogromne rodziny. Znoszone suknie matek nie trafiają już do służących. Wierni przystrajają się w swój elitaryzm i prawość niczym w togi. Są najczystsi z czystych, skrajnie oddaleni od życia materialnego. Arystokraci wiary.
Powiadają, że z owej wyniosłej oziębłości w mroźnym błękicie niedziel młody człowiek zachował surową szczerość i pogardę dla dóbr tego świata. Jedynymi mężczyznami, którzy mieli wstęp do ukwieconego salonu w pensjonacie, byli lekarze - znajomi matki. Należy zatem wybrać między Francją a Niemcami, czyli między dwoma modelami uniwersytetu. Po wschodniej stronie Renu wykład profesorski i teoretyczny, nauka głoszona z katedry przez uczonych w czarnych garniturach i celuloidowych kołnierzykach. W Paryżu nauczanie w warunkach klinicznych, u wezgłowia chorego, w białym kitlu - model zwany patronalnym, którego prekursorem był Laennec.
Będzie to Marburg - z powodu matki i przyjaciół matki. Yersin wolałby Berlin, ale wybór pada na prowincję. Fanny wynajmuje dla syna pokój u cieszącego się szacunkiem osobnika, który odprawia nabożeństwa na uniwersytecie. Yersin poddaje się, byle tylko dalej od sukienek. Ruszyć się z miejsca. Jego marzenia są marzeniami dziecka. Tak zaczyna się wymiana listów z Fanny, która zakończy się dopiero po jej śmierci. „Kiedy zostanę lekarzem, zabiorę Cię ze sobą i zamieszkamy na południu Francji lub we Włoszech, zgoda?”
Francuski staje się skarbem, językiem tajemnym, matczynym, wieczorowym - językiem listów do Fanny.
Yersin ma dwadzieścia lat i jego życie od tej chwili toczy się w języku niemieckim.


Nota o autorze:
Patrick Deville (ur. 1957), pisarz francuski, studiował literaturę porównawczą i filozofię na Uniwersytecie Nantejskim. Wiele podróżował: w latach 80. mieszkał na Bliskim Wschodzie, w Nigerii i Algierii, a w następnej dekadzie odwiedził Kubę, Urugwaj i Amerykę Środkową. Debiutował w 1987 roku powieścią Cordon-bleu. Dżuma & Cholera (2012) to jego jedenasta książka. Nominowana do wszystkich najważniejszych francuskich nagród literackich (Goncourt, Renaudot, Medicis, Décembre), została uhonorowana Prix Femina. Książki Deville’a były tłumaczone na dwanaście języków.

 
Opis książki:
31 maja 1940 roku. Z paryskiego lotniska startuje ostatni samolot Air France, pełen bogatych uchodźców. Przygląda im się, z lekką pogardą, pewien pan z siwą bródką. On jeden nigdzie nie ucieka. Bilet na ten lot zarezerwował już kilka miesięcy wcześniej. Wraca do Wietnamu, który od dawna jest jego prawdziwym domem.
Ten starszy pan to bakteriolog Aleksander Yersin, uczeń Ludwika Pasteura. Urodził się w 1863 roku w kantonie Vaud w Szwajcarii, po śmierci ojca. Dorastał w Morges u boku matki ewangeliczki, która prowadziła pensjonat dla dobrze ułożonych panien („koczkodanów”, jak je nazywał). Żeby się uwolnić od tych „malarskich i literackich głupot” i poświęcić zgłębianiu wiedzy, wyjechał na studia do Marburga. Potem trafił do Instytutu Pasteura, gdzie między innymi prowadził badania nad toksyną błonicy. Marzyło mu się jednak coś więcej niż tylko praca naukowa. Wzorem był dla niego Livingstone, lekarz i odkrywca, zaginiony w Afryce, a później odnaleziony przez Stanleya. Taką Afryką Yersina staną się Indochiny, gdzie urządzi sobie coś na kształt małego królestwa, a w 1895 roku, podczas epidemii w Hongkongu, pierwszy wyizoluje bakterię dżumy i zbada jej właściwości. Wkrótce stworzy przeciw niej szczepionkę, którą zacznie wytwarzać na dużą skalę. Ale na bakteriologii jego zainteresowania się nie skończą…
Dżuma i cholera całkowicie odbiega od kanonów tradycyjnej powieści biograficznej. Autor nie dba o chronologię. Epizody z długiego, barwnego życia Yersina, godne pióra Verne’a czy Conrada, raz po raz porównuje z przypadkami z krótkiego, awanturniczego żywota Artura Rimbauda. Spokojowi azjatyckiej egzystencji uczonego przeciwstawia polityczny chaos i barbarzyństwo XX-wiecznej Europy wstrząsanej wojnami i rewolucjami. Ta dwoistość znajduje odbicie w języku książki, który od zimnej sprawozdawczości przeskakuje nieoczekiwanie do fajerwerków prozy poetyckiej.

Fragment oraz informacje o autorze i książce - Oficyna Literacka Noir sur Blanc

czwartek, 3 kwietnia 2014

Piotr Tomza, Pokolenie Kolosów




Piotr Tomza, Pokolenie Kolosów, wyd. W.A.B

Poznałam ich kilka lat temu, gdy jeszcze mieszkałam w innym mieście. Przyszli do redakcji, w której pracowałam, opowiedzieć o swojej wyprawie na turecki płaskowyż. Pojawili się też w kolejnym roku – tym razem mówili o swoich odkryciach w Syczuanie. Byli rzeczowi, uśmiechnięci od ucha do ucha i niesamowicie serdeczni. Z błyskiem w oku i pasją w głosie mówili o zachwycie, który odczuwa się w miejscach nietkniętych jeszcze ludzką stopą. Ich opowieści były jak powiew świeżego powietrza. Wiem, że w tym roku dostali wyróżnienie na Kolosach za eksplorację Jaskini Krainy Węża w Turcji. Mam nadzieję, że kiedyś przeczytam o nich w kontynuacji „Pokolenia Kolosów” (jeśli taka powstanie). Oraz o innych odkrywcach, którzy być może właśnie w tej chwili obmyślają szczegóły następnej eskapady. Lub są w jej trakcie, tak jak kilka spośród osób, których sylwetki Piotr Tomza przybliża w swojej książce.

Kolosy to coroczne spotkania podróżników, alpinistów, żeglarzy, nurków i grotołazów, wszystkich, którzy eksplorują, odkrywają, przemierzają świat na nogach, rowerach, statkami, pociągami, stopem. Schodzą głęboko pod ziemię, nurkują lub zdobywają najwyższe szczyty na Ziemi. To także nazwa nagrody, którą od 15 lat kapituła Kolosów przyznaje uczestnikom imprezy w kilku kategoriach. Książka Tomzy to historia przeglądu, podczas którego podróżnicy różnej maści opowiadają o swoich przygodach w najdalszych krańcach naszego globu lub nieco bliżej, jak ci studenci, którzy spłynęli Wisłą z Krakowa do Gdańska na własnoręcznie zrobionej tratwie z plastikowych butelek. Lub jak Artur Labudda, który na quadzie objechał Polskę wzdłuż jej granic. Trzon tej książki stanowią przede wszystkim sylwetki piętnastu osób, ich dokonania i sposób na życie, który – to prawda - wyklucza albo utrudnia pracę na etacie oraz wymazuje ze słownika codziennych pojęć przewidywalność. Daje za to satysfakcję i przeżycia, których próżno szukać, zrywając się co rano o tej samej porze i kładąc wieczorem do tego samego, wygodnego łóżka.

Losy piętnastki wybranej przez autora pokazują dobitnie, że nie ma rzeczy niemożliwych dla tych, którzy chcą. Tak jak wspomnianemu powyżej Arturowi Labuddzie nie przeszkodził brak nóg, które stracił w wieku 14 lat na przejeździe kolejowym. Ani osiemdziesiątka na karku żeglarzowi i skrzypkowi Henrykowi Widerze. Ani brak doświadczenia Sylwestrowi Czerwińskiemu, który rzadko opuszczał rodzinne miasto, ale w pewnym momencie wskoczył na rower i przemierzył na nim Europę, Azję i dotarł aż do Nowej Zelandii. W tych opowieściach nie brak także dramatycznych akcentów i osobistych tragedii, przypominających, że z przyrodą nie ma żartów, że nie na wszystko mamy wpływ. Na szczęście jest ich tylko kilka, przeważają pomyślne zakończenia, nieprawdopodobne osiągnięcia i zaskakujące rozwiązania (wiecie, że np. Krzysztof Starnawski, czekając na dekompresję pod wodą... czyta książki! Domyślam się, jak to jest praktycznie rozwiązane, ale pewności nie mam).

Piotr Tomza zazwyczaj dopowiada coś od siebie, oddaje głos swoim bohaterom i ich znajomym. Prowadzi przez daty i fakty sprawnie i swobodnie, dorzucając zawsze coś do psychologicznego obrazu danego człowieka. I taka formuła najbardziej mi odpowiada, chociaż trafiają się i takie przypadki, gdy opiera się głównie na czyichś wspomnieniach. Tylko jeden raz dowiedziałam się więcej z notki biograficznej niż z samego rozdziału. Uważam to jednak za mało znaczący wypadek przy pracy. Historie, które przytacza Tomza mają w sobie ten sam świeży powiew, którego doznałam kiedyś w Wałbrzychu. Czytałam je zachłannie, nie mogąc się oderwać, zaskoczona mnogością pomysłów, miejsc i sposobów odkrywania świata! Potrafią oszołomić, pokazać, że można żyć inaczej, na przekór, po swojemu!

PS. Serdeczne pozdrowienia i gratulacje dla członkiń i członków Wałbrzyskiego Klubu Górskiego i Jaskiniowego, którzy jako pierwsi uzmysłowili mi, czym jest prawdziwa przygoda! I że po wejściu w dorosłość nie trzeba rezygnować z szukania jej. Książka „Pokolenie Kolosów” dodatkowo to potwierdza.

Strona główna Kolosów

Rhys Bowen, Śmierć detektywa




Rhys Bowen, Śmierć detektywa, tłum. Joanna Orłoś-Supeł, wyd. Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Sama nie wiem, dlaczego tak polubiłam Molly Murphy. Ma rude włosy, żywą inteligencję, temperament równie ognisty jak włosy, niechęć do konwenansów i niewyparzony język. Ot, stereotypowa Irlandka. A jednak czytając o jej perypetiach, nie miałam wrażenia, że przyszło mi do czynienia ze sztucznym tworem wyobraźni, sztywną kukłą, po której aż za dobrze wiem, czego się spodziewać.

Tego samego nie mogę powiedzieć o przebiegu akcji „Śmierci detektywa”, który razem z „Prawem panny Murphy” stanowi część kryminalnego cyklu retro wymyślonego przez pisarkę kryjącą się pod pseudonimem Rhys Bowen (wiemy o niej tylko, że jest z urodzenia Brytyjką oraz że pracowała dla BBC i Australian TV). Nieprzewidywalność fabuły nie wynika bynajmniej z jej jakiegoś wymyślnego skomplikowania. Kryminalność powieści z Molly Murphy w roli głównej wynika raczej z tego, że wokół bohaterki trup ściele się może nie gęsto, ale zawsze. A ona sama chce zostać prywatnym detektywem i na własną rękę podejmuję się wyjaśniania przyczyn tragicznych zgonów.

Ponieważ prócz szukania śladów musi zadbać o swoje utrzymanie w Nowym Jorku, w którym mieszka od niedawna i w którym to raczej ona jest oparciem dla innych, śledztwo żmudnie posuwa się na przód. Na pierwszym planie przeważają wątki raczej obyczajowe, nawet bardziej niż to było widoczne w pierwszym tomie. To wszystko sprawia, że nie mamy typowego dla zdecydowanej większości kryminałów poczucia wprowadzenia w sprawę i możliwości rozwikłania jej na własna rękę (nawet jeżeli jesteśmy tylko podpuszczani przez autora). Podobnie jak Molly mamy za mało danych. I tak jak ona jesteśmy zaskoczeni zakończeniem i celem misternej intrygi, której częścią była śmierć prywatnego detektywa Paddy'ego Rileya. Tego samego, dla którego chciała pracować Molly, by wyuczyć się fachu.

Żeby przeczytać „Śmierć detektywa”, nie jest konieczna znajomość „Prawa panny Murphy”. Molly obraca się na kartach nowego tomu w innym towarzystwie, postacie ważne w pierwszej części pojawiają się tu raczej sporadycznie. Nawet przystojny kapitan policji Daniel Sullivan, który łamie Molly serce. Mniej tu także wątków, które dobitnie pokazują trudy życia niższej warstwy społecznej na przełomie 19. i 20. wieku. Rhys Bowen wynagradza to wprowadzając do akcji zapomniane już, ale intrygujące postacie historyczne oraz wydarzenia, o których sto lat temu było głośno nie tylko po drugiej stronie Atlantyku.

„Śmierć detektywa” czyta się miło, chociaż daleko mu do rasowego kryminału (w moim odczuciu jest nawet ciut gorszy niż „Prawo panny Murphy”). Jego walorem jest postać nieobliczalnej i żywiołowej Molly, dla której płeć, brak pieniędzy i perspektyw, a nawet złamane serce nie są przeszkodą w upartym dążeniu do celu. Może nie jest tak skuteczna jak inni powieściowi detektywi, ale szczerze mówiąc, większość z nas nie doszłaby do połowy wniosków Molly. Ba, nie wiedziałaby nawet, jak i gdzie rozpocząć poszukiwania. Lektura akurat na jeden, za to przyjemny raz.


http://www.zbrodniawoficynie.pl/
 

środa, 2 kwietnia 2014

Paulina Wilk, Znaki szczególne




Paulina Wilk, Znaki szczególne, wyd. Wydawnictwo Literackie

Nie lubię uogólnień, czytając, wolę doznawać świata poprzez czyjeś indywidualne przeżycia. Ale Paulina Wilk ma dar, który mnie przekonuje do jej pisania. To dar widzenia z lotu ptaka. Rzadka umiejętność spojrzenia niejako z góry na daną zbiorowość, wychwycenia nierzucających się w oczy symptomów, analizowania zmian w obyczajowości, skrystalizowania w plastycznym opisie tego, co najważniejsze, odpowiadające charakterowi społeczności, którą przyszło podglądać pisarce. Łatwo przychodzi jej dostrzeganie ogólnych prawideł rządzących rzeczywistością, wyłapywanie trendów, którym ulegają ludzie z różnych powodów – ze względu na tradycję, religię, przemiany historyczne albo kulturę.

Pierwszy raz miałam do czynienia z jej specyficznym widzeniem świata za sprawą artykułu o współczesnych Japończykach w magazynie „Kontynenty”. Pamiętam, jak rozbiła w puch moje przekonania o tym nowoczesnym, wysokorozwiniętym społeczeństwie. Potem były nagrodzone Bursztynowym Motylem „Lalki w ogniu”, gdzie swoim niepowtarzalnym stylem opisała Indie. W „Znakach szczególnych” w ten sam sposób podchodzi do swojego dzieciństwa w PRL-u, dorastania w czasach przełomu i zmian oraz dorosłości, która możliwościami i pułapkami w niczym nie przypomina życia rodziców wszystkich tych, którzy urodzili się między '75 a '85 rokiem poprzedniego wieku. I o których, o sobie też, Paulina Wilk mówi „... my, z bladym wspomnieniem reżimu, z jaskrawą pamięcią przełomu, jego radości i całkowitej odmiany otaczającego świata. (…) Jesteśmy starzy i nowi zarazem, przecięci na pół. Tylko jedna nogą przynależąc do wolnego świata, drugą zatrzymani w historii” s. 241.

Gdy Paulina Wilk pisze o swoim miasteczku, kolegach, rodzicach i sąsiadach, nawet siebie widzi jako część większej całości. Los pojedynczy, ale nie do końca indywidualny, bo uwarunkowany tymi samymi okolicznościami, co u rówieśników. Ta sama wieczorynka w telewizji, te same rajstopy, aluminiowe puszki ustawione w taką samą, mającą wzbudzać podziw piramidkę. Nabożny stosunek do pierwszych politycznych idoli, wyborów i pierwsze rozczarowania demokracją. Edukacyjny boom, który miał pozbawić nowe pokolenie kompleksów i wyposażyć je w niezbędne umiejętności, które ostatecznie przekonają Europę, że Polska jest jej częścią nie tylko geograficznie. Uczyliśmy się za dwa pokolenia. Nasza edukacja miała zasypać półwieczna wyrwę, nasze powodzenie – stanowić rekompensatę za perspektywy odebrane rodzicom. My nie szliśmy co rano do szkoły – szliśmy na Zachód. (s. 83) Wreszcie zachłyśnięcie się nowymi możliwościami. Hołubienie praw wolnego rynku i szok, gdy za ich sprawą zostaje się bez pracy, za to z ratami kredytu do spłacenia.

Paulina Wilk nie odnotowuje tylko tego, co nowe. Chętnie cofa się w czasie, ponownie sięga wstecz, porównuje, tym samym dokonując bilansu zysku i strat. Tylko czasami czuję w jej prozie żal, że wszystko rozegrało się inaczej niż to sobie wyobrażaliśmy. Zresztą styl, którego podstawą nie jest osobiste, tylko zbiorowe doświadczenie siłą rzeczy będzie mniej emocjonalny, więcej w nim znajdzie się ogólników.

„Znaki szczególne” okazały się dla mnie ciekawym doświadczeniem, wyszukiwaniem różnic, których - im dalej od dziecięcego podwórka, gdzie rządziła równość i wyobraźnia, a niemile widziany był egoizm – tym więcej. Choć jednocześnie czuję się częścią nurtu, który tak barwnie i z namysłem opisuje autorka. I jestem bardzo ciekawa, czy zmiana, o której pisze na ostatnich stronach, okaże się czymś trwałym i czy stanie się wzorem dla naszych dzieci, które przecież rzadko wspólnie bawią się na dworze?

poniedziałek, 24 marca 2014

Róża Thun, Róża



Róża Thun, Róża, współpraca Joanna Gromek Illg, wyd. Znak Literanova

Zaglądanie w czyjeś życie bywa bardzo ciekawe i zarazem kształcące, zwłaszcza gdy dana osoba dobrowolnie opowiada swoją historię, prezentuje poglądy, wskazuje źródła zainteresowań, a nawet dzieli się z czytelnikami częścią swojej prywatności, rozumianej oczywiście inaczej niż w tabloidach. Róża Thun do tej pory była dla mnie jedynie nazwiskiem pojawiającym się gdzieś na łamach gazet. Na przykład ledwie kilka dni temu po raz trzeci zdobyła prestiżową nagrodę MEP Award przyznawaną przez miesięcznik „The Parliament Magazine” dla najbardziej pracowitych i wpływowych posłów Parlamentu Europejskiego. Po lekturze jej autobiografii mogę powiedzieć, że za tym niezwykłym nazwiskiem kryje się wyrazista i bogata przeszłość.

Pełne nazwisko Róży Thun, czyli Gräfin Thun und Hohenstein, to przykład fascynującego splotu wydarzeń w odległych dziejach, a jednocześnie dla niej samej, bohaterki tej książki, zrządzenie losu, które miało szczęśliwy wpływ na jej życie osobiste. Rodzina Thun und Hohenstein wywodzi się najprawdopodobniej z okolic szwajcarskiego jeziora Thun. Jej potomkowie do dziś zamieszkują północny region Włoch, Austrię i Niemcy oraz Polskę. W siedemnastym wieku znaleźli się w Czechach, a stamtąd było już blisko do naszego kraju. Róża Thun przyjęła po ślubie nazwisko męża. Ale nie było jej ono wcześniej obce, ponieważ ich pradziadkowie byli rodzeństwem, zatem przyszli małżonkowie byli dalekim kuzynostwem. Tyle o szczęściu osobistym.

Bardziej niecodzienny jest wątek historyczno-narodowy, w którego centrum stoi prababka Róży, Józefa Hutten-Czapska z domu Thun und Hohenstein. Ta zmarła w wieku 36 lat przy porodzie ósmego dziecka Austriaczka, wychowana w niemieckim duchu i kulturze, przez swoje dzieci – m.in. Józefa i Marię Czapskich – była wskazywana jako ta, która nauczyła ich miłości do Polski i jej spraw. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak pojmowanym patriotyzmem, którego podstawą jest nie pochodzenie, ale miejsce zamieszkania i głębokie utożsamienie się z ludźmi z najbliższego otoczenia.

Kolejna rzecz, która bardzo mnie zaabsorbowała w biografii Róży Thun jest jej religijność, o której pisze w sposób szczery i naturalny. Pominę przy tym dorastanie w inteligenckim domu i szczególne środowisko, w którym Róża Thun się przebywała od dziecka, a które przyciągało ludzi najwyższego sortu, w tym także księży i zakonnice (R.T. jest córką Jacka Woźniakowskiego, m.in. wykładowcy KUL-u, redaktora naczelnego miesięcznika „Znak” oraz wydawnictwa „Znak”, które założył). Bardziej urzekło mnie to, że ta religijność stała się dla Róży Thun mostem, który umożliwił jej przyjaźń i porozumienie duchowe z Nepalczykami, wśród których żyła wraz z rodziną przez dwa lata. Jest to zresztą jedna z tych części książki, które dały mi do więcej myślenia.

Kraków, Frankfurt, Katmandu, Warszawa, wreszcie Bruksela na przemian ze Strasburgiem. Kalejdoskop nazwisk i osób (do części z nich przydałby się słowniczek dla młodszego pokolenia, wyjaśniający kto jest kto). Najwcześniejsze wspomnienia, zapomniane już przez ogół fakty, życiowe wybory i osobiste postanowienia. Polityczne sympatie, o których bohaterka „Róży” napomyka pod koniec książki, objaśniając jednocześnie drogę, która doprowadziła ją do Parlamentu Europejskiego. A wszystko to opowiedziane bez zadufania i bezpretensjonalnie, nawet gdy rzecz dotyczy szczegółów, które można by uznać za kontrowersyjne lub niewygodne. „Róża” nie jest jednak publicznym praniem brudów czy rozdzieraniem szat. To pełna pasji opowieść o rodzinnych korzeniach i ich wpływie na podejmowanie życiowych decyzji. Warta lektury!

czwartek, 20 marca 2014

Christian Jacq, Sen Kleopatry




Christian Jacq, Sen Kleopatry, tłum. Magdalena Talar, wyd. Znak Literanova

Losy ostatniej władczyni Egiptu budzą do dziś wielkie emocje. Jej uroda, przepych w którym żyła, legendarne kąpiele w mleku, rządzenie jednym z najstarszych państw świata, uczuciowy związek najpierw z Cezarem, a po jego śmierci – z Markiem Antoniuszem, wreszcie zmysł polityczny, dzięki któremu latami zachowywała pozycję, a który zawiódł ją tylko raz, tuż przed samobójczą śmiercią, która miała uchronić ją przed poniżającą niewolą.

Dzieje Kleopatry VII, zwanej Wielką, do tej pory były dla mnie wycinkiem burzliwej historii powstawania cesarstwa rzymskiego, a jej kraj, Egipt – spichlerzem wiecznie głodnej biedoty rzymskiej i gwarantem jej spokoju. „Sen Kleopatry” ma tę zaletę, że pozwala przyjrzeć się sprawom egipskim z innej perspektywy, z punktu widzenia Egipcjan współczesnych pięknej królowej oraz jej samej. Akcja powieści rozpoczyna się od konfliktu Kleopatry z młodszym, poślubionym jej zgodnie ze zwyczajem bratem Ptolomeuszem. A dokładniej od sprzeczności interesów królowej z interesami dostojników otaczających nieletniego króla. Kiedy poznajemy tę słynną władczynię, zostaje ona zmuszona do opuszczenia stolicy i udaje się na długie wygnanie. Zamierza jednak wywalczyć sobie powrót na tron.

Ta przymusowa tułaczka staje się dla Kleopatry impulsem do powrotu do duchowych źródeł dawnego Egiptu. Książka niejako przy okazji zwraca uwagę na greckie pochodzenie rodu Ptolomeuszy, do którego zaliczała się Kleopatra, oraz na kulturową obcość, jaka dzieliła grecką Aleksandrię od reszty kraju. Kleopatra pragnie wskrzesić potęgę Egiptu faraonów, sięga do jego mistycznych, religijnych korzeni, zwraca się do jeszcze powszechnie czczonych na prowincji dawnych bogów. Tym samym Christian Jacq wprowadza do swojej powieści elementy mistyczne i ezoteryczne, które trudno racjonalnie wyjaśnić, np. ozdrowienie królowej po ukąszeniu skorpiona na skutek nocy spędzonej w kapliczce poświęconej Izydzie.

Tutaj zaczęły się moje zgrzyty ze „Snem Kleopatry”, bowiem nie wiem, na ile mam te fragmenty traktować serio, czy są one oparte na jakichś zapisach czy kronikach czy są tylko wytworem autorskiej wyobraźni? Przy czym nie neguję w żadnym wypadku szukania przez starożytnych cudownych znaków i ich wiary w przepowiednie oraz wróżby. Po prostu spodziewam się czegoś więcej po Jacqu, który jest francuskim naukowcem, egiptologiem i autorem także historycznych i popularnonaukowych opracowań, nie tylko poczytnych powieści. Jakichś przypisów, może zgrabnie wprowadzonego w tekst wyjaśnienia, więcej treści o egipskich wierzeniach i ich wpływie na utrzymanie władzy.

Pod względem stylistycznym proza Jacqa również przedstawia wiele do życzenia. Zazwyczaj cenię sobie prostotę stylu, ale w „Śnie Kleopatry” zdania się rwą, powtarzają te same zwroty. Akcja idzie do przodu na zasadzie przeskoków od jednej postaci do drugiej, przez co, niestety, ich potencjał bywa niewykorzystany. Przykładem jest postać Arsinoe zazdrosnej o sukcesy starszej siostry. Autor zadaje sobie trud byśmy poznali przyczyny jej gniewu i niechęci, potem wysyła do Cezara w pięknych szatach i klejnotach. Gdy ten jednak odsyła pozbawioną realnej władzy dziewczynę do jej pokoi, Arsinoe znika na dłuższy czas, nie wiem, co się z nią dzieje, co czuje po takim upokorzeniu, jakie działania podejmuje.

Właściwie spodziewałam, że „Sen ...” będzie psychologicznym portretem samej Kleopatry, ale autor potraktował ją podobnie jak pozostałych bohaterów książki, czyli po łebkach. Mimo najszerszych chęci nie potrafię na podstawie tej powieści wyobrazić sobie Kleopatry jako żywej, pełnej namiętności i uroku kobiety, która jednocześnie emanuje nieprzeciętną inteligencją i potrafi przeprowadzić swoją wolę z żelazną konsekwencją. W to wszystko muszę wierzyć autorowi na słowo.

„Sen Kleopatry” jest pierwszą powieścią Christiana Jacqa, z jaką miałam do czynienia. Nie wiem zatem, czy dostrzeżone przeze mnie mankamenty są charakterystyczne dla jego pisarstwa czy w tym przypadku zawiodło go pióro. Na pewno autor dysponuje ogromną wiedzą na temat starożytnego Egiptu, więc jeśli sięgnę po jakiś inny jego tytuł, będzie on raczej stał na półce z literaturą naukową.

poniedziałek, 17 marca 2014

George MacDonald Fraser, Flashman



George MacDonald Fraser, Flashman, tłum. Piotr Kuś, wyd. Zysk i S-ka

Znacie powieści Jane Austen? Harry Flashman mógłby w nich występować jako czarny charakter - żyjący ponad stan, gładko ukrywający brak skrupułów i moralności pod dobrymi manierami, a wolnych chwilach – a ma ich wiele, bo nie para się pracą! - zabawiający się z kochankami lub uwodzący panny z dobrych domów, nie przejmując się gniewem ich rodzin. „Flashman” w moim odczuciu jest odwróconą Austen, przedstawiającą ten sam świat pierwszej połowy 19. wieku, ale z punktu widzenia mężczyzny. W dodatku mężczyzny, który tylko teoretycznie wie, co to jest honor. A jednak jego przygody o skandalicznym posmaku czyta się zadziwiająco dobrze!

Być może dlatego, że Flashman wobec czytelników swoich wspomnień jest bardzo szczery – nazywa rzeczy po imieniu i nie podaje kłamliwych usprawiedliwień swojego postępowanie. Chociaż jest obdarzony inteligencją, to nie tylko ona, ale i zwykły łut szczęścia wyciąga go z niejednej opresji. Z lekkim rozbawieniem czytałam o niesamowitych (ale prawdopodobnych) zbiegach okoliczności, które tego tchórza i szubrawca uczyniły w oczach ogółu prawdziwym bohaterem. Jego losy są przykładem na to, że obecność w kręgach władzy obwieszonych medalami nikczemników lub wręcz głupców nie jest niczym tak niezwykłym, jak mogłoby nam się wydawać. Zdarzało się, że Flashman spotykał podobnych sobie podczas wojskowej kariery – np. lorda Cardigana, który oceniał żołnierzy z dowodzonego przez siebie pułku w zależności od pochodzenia, koneksji, eleganckich strojów i świetnej umiejętności jazdy na koniach, która przydawała się na paradach. Czyli niekoniecznie od tego, co jest istotne na polu bitwy.

Powiedzieć, że Harry Flashman ma specyficzny stosunek do kobiet to stanowczo za mało. Interesują go wyłącznie jako obiekty do zdobycia, nie osobowości (vide: okładka!). Z satysfakcją dodam, że zadufanego w sobie, samczego Harry'ego spotka na końcu prztyczek w nos. Zresztą opowieść o nim nie jest inną wersją „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. „Flashman” został po raz pierwszy wydany w 1969 roku i jego erotyka wpływa na wyobraźnię czytelnika na podstawie kilku zdań, a nie z soczystych opisów. Jej ciekawym uzupełnieniem są wnioski Flashmana na temat ignorancji seksualnej tzw. dam z towarzystwa, nawet mężatek (jedna z nich, na przykład, uważała ściskanie piersi przez znajomych dżentelmenów za objaw sympatii!).

George MacDonald Fraser zadbał byśmy się nie nudzili, śledząc perypetie Flashmana, który jako brytyjski oficer trafia – wbrew chęciom - do Indii, a stamtąd do Afganistanu. Łatwość, z jaką Flashman nauczył się miejscowych języków sprawiła, że wykorzystywano go do rozlicznych, również tajnych misji. Ona także pomogła mu ocalić skórę podczas rozpaczliwego odwrotu wojsk brytyjskich z Kabulu. Autor osadza akcję powieści w latach pierwszej wojny afgańsko-brytyjskiej, ale nie jest to jedyny posmak autentyzmu, z którym mamy do czynienia podczas lektury. Narracja jest prowadzona w pierwszej osobie, a jej podstawą mają być znalezione po latach prywatne pamiętniki Harry'ego Flashmana. Jest on jednak postacią całkowicie fikcyjną, chociaż autor wykorzystał do jej stworzenia wzmianki na temat osobnika o tym samym nazwisku, pojawiające się w na poły autobiograficznej książce „Tom Brown's School Days” Thomasa Hughesa z 1857.

W rezultacie „Flashman” okazuje się powieścią przygodową, wojenną, osadzoną w historycznych realiach. Może nie od razu rzuca się to w oczy, ale ma też coś ciekawego do zaoferowania od strony obyczajowej, chociaż nie takiej, do jakiej przyzwyczaiła nas Jane Austen czy siostry Brontë. Świat mężczyzn i kobiet w „Flashmanie” dzieli niewyobrażalna przepaść, chociaż powściągliwa epoka wiktoriańska dopiero się zaczyna. Sam Flashman zauważa, że: „Było to w owych czasach typowe wśród najbardziej romantycznych kobiet. Swoich mężów i ukochanych, uczestniczących w odległych wojnach, widziały jako greckich bohaterów, a nie jako dziwkarzy i pijaków, którymi w większości byli”. (s. 263) I właśnie o jednym z tych pijaków i dziwkarzy opowiada ta książka. Wartko i emocjonująco!

poniedziałek, 10 marca 2014

Åsa Larsson, Burza słoneczna




Åsa Larsson, Burza słoneczna, tłum. Beata Walczak-Larsson, wyd. Wydawnictwo Literackie

Są w powieściach Åsy Larsson takie fragmenty, podczas czytania których przypomina mi się stół w domu mojej babci. Zapełniony książkami, kalendarzami z niepowydzieranymi kartkami, szpulkami nici, guzikami, pestkami dyni w lśniących łupinkach i innymi drobiazgami. Widzę jak wśród tych przedmiotów pyszni się trochę obdarte z emalii zielone żelazko, poniemiecki olbrzym, o którym długo myślałam, że jest na duszę, a ku mojemu rozczarowaniu miało z tyłu pordzewiałą wtyczkę. Wyglądam przez okno, słyszę gruchanie gołębi, a za sobą mam jej milczącą i kojącą obecność.

U babci zawsze czułam się bezpieczna. Tak samo, jak Rebeka Martinsson - prawniczka i główna bohaterka Larsson – czuła się u swojej. To aż nieprawdopodobne, jak szwedzka autorka oddaje emocje, które niesiemy w sobie od najwcześniejszych lat w dorosłość. A ja lubię, kiedy dana historia uderza w jakąś czułą strunę i przywołuje uczucia, które nie mają bezpośredniego związku z fabułą i o których sądziłam, że nie przetrwały próby czasu. Zdarza mi się to często właśnie podczas czytania kolejnych tomów opowiadających o Rebece Martinsson i dalekim, północnym zakątku Szwecji w okolicach Kiruny, gdzie starsi ludzie mówią fińsku i gdzie przyroda wciąż ma więcej do powiedzenia niż człowiek. A przynajmniej wymusza respekt.

Chociaż powieści Åsy Larsson należą do literatury kryminalnej, wątkami obyczajowymi i psychologicznym zacięciem znacznie wykraczają poza ten gatunek. Już trzykrotnie zostały docenione przez Szwedzką Akademię Kryminału, a pierwszy tom – „Burza słoneczna” właśnie - doczekał się ekranizacji (w roli głównej wystąpiła Izabella Scorupco). Ponieważ udało mi się przeczytać wszystkie obecnie wydane tomy (paradoksalnie pierwsza część trafiła w moje ręce na końcu), mogę powiedzieć, że Åsa Larsson jest autorką, która do końca podtrzymuje napięcie, a co najważniejsze - nigdy nie powtarza pomysłów. Prozie Larsson nie można zarzucić schematyzmu, a jej największym bogactwem jest silny ładunek emocjonalny. Jest on powiązany głównie z dzieciństwem, a także z okresem dojrzewania głównej bohaterki. Nie zawsze niesie on ze sobą pozytywne konotacje, ale paradoksalnie daje Rebece siłę, by stawiać czoło bieżącym problemom, także osobistym, by chronić innych i dociekać prawdy.

„Burza słoneczna” opowiada o powrocie w rodzinne strony i mierzeniu się z nie zawsze łatwymi wspomnieniami. Rebeka zostawia sztokholmską kancelarię i jedzie pomóc dawnej przyjaciółce, obdarzonej dziecinnym urokiem, nieporadnej Sannie, podejrzanej o zamordowanie brata, jednego z pastorów Kościoła Źródła Mocy. Wiktor, który przeżył głębokie i szczere nawrócenie po wypadku samochodowym, został okrutnie zabity w swoim kościele. Wewnętrznie krucha Rebeka profesjonalnie podejmuje się obrony Sanny. Jednak akcja książki nie rozgrywa się na salach sądowych i nie zawsze jest pokazywana tylko z punktu widzenia Rebeki. Która znowuż musi uporać się z tęsknotą i wstydem, do których nie wracała przez lata spędzone w Sztokholmie.

W ujęciu Åsy Larsson więzy rodzinne naznaczają ludzi na resztę życia. Są źródłem wewnętrznej siły, ale mogą też krępować i tłamsić, gdy są powiązane z obojętnością, wyrachowaniem lub źle rozumianą troską. Autorce udało się to znowu pięknie pokazać, w sposób pozbawiony szablonowości i płytkości. Innymi, właściwymi już tylko „Burzy słonecznej” tematami są kwestia wiary i głębokie zaufanie wobec powszechnie uznanych autorytetów oraz brak odwagi, by im się przeciwstawić. Jak widać Larsson opiera głębszą warstwę swoich powieści na całkowicie niekryminalnych wątkach. I za to bardzo cenię sobie jej pisarstwo. Przez to także tęsknie wyglądam książek z jej nazwiskiem na okładce, zastanawiając się, czego tym razem dowiem się o Rebece i o sobie, czym mnie zaskoczy? Do tej pory udawało jej się to świetnie.

Cykl o Rebece Martinsson:
1. Burza słoneczna
2. Krew, którą nasiąkła
3. I tylko czarna ścieżka
4. Aż gniew twój przeminie
5. W ofierze Molochowi

wtorek, 4 marca 2014

Nominacje do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki

Wśród 10 nominowanych w tym roku tytułów znalazły się trzy przeczytane przeze mnie książki. Dwie z nich już zrecenzowałam na tym blogu i zachęcam do zapoznania się z moimi opiniami na ich temat. Za wszystkie trzymam kciuki, gdyż są to naprawdę wyśmienite lektury! Werdykt jury poznamy ostatecznie 23 maja.











Wszystkie nominowane w tym roku tytuły:

poniedziałek, 3 marca 2014

Alice Munro, Za kogo ty się uważasz?




Alice Munro, Za kogo ty się uważasz?, tłum. Elżbieta Zychowicz, czyta Anna Gajewska, wyd. Biblioteka Akustyczna

„Za kogo ty się uważasz?” to moje pierwsze zetknięcie z twórczością Alice Munro, zeszłoroczną noblistką. Spotkanie to o tyle okazało się nietypowe, że dokonało się przy pomocy audiobooka, który oferuje specyficzną formę przyswajania treści. Wymaga innego rodzaju skupienia, a jednocześnie pozwalana na wykonywanie banalnych, codziennych czynności, co ja akurat bardzo wysoko sobie cenię. Słuchanie książki zamiast jej czytania może wydobyć z niej niespodziewanie dodatkowy walor, co w przypadku „Za kogo...?” potwierdziło się w stu procentach.

Słuchając historii Rose odkryłam, że Alice Munro jest urodzoną gawędziarką. Z najzwyklejszych kolei życia potrafi wysnuć pozbawioną sentymentalizmu opowieść, w której łatwo przychodzi odnaleźć odbicia własnych przeżyć. Niekiedy wstydliwych, czasem śmiesznych, ale ważnych, bo naszych od początku do końca. Należących do tego rodzaju doświadczeń, z których się nie zwierzamy, a bez których bylibyśmy niepełni. Munro tak o nich opowiada, tak magnetyzuje słowami i opisami, że łapałam się na tym, że zamiast od razu przejść do dalszych, jeszcze nieznanych rozdziałów, z głęboką przyjemnością wsłuchiwałam się ponownie w te z początku płyty. Co zdarzyło mi się po raz pierwszy od czasu, kiedy słucham książki! Czy to kwestia stylu? A może tylko tej historii? Przekonam się przy następnych książkach Munro.

Tu mała uwaga odnośnie lektorki Anny Gajewskiej. Zazwyczaj wolę w tej roli mężczyzn – ot, przyzwyczajenie z dzieciństwa, gdy w telewizji tylko panowie robili podkład do filmów. W wypadku „Za kogo...?” od początku nic mi nie zgrzytało, nie przeszkadzało. Głos Anny Gajewskiej od razu stał się dla mnie głosem Rose, obdarzonym równie zniewalającym urokiem, co umiejętność Munro do wydobywania ze spraw przeciętnych czegoś niepowtarzalnego.

Weźmy choćby życiorys Rose. Można go skrócić do ledwie kilku zdań: po urodzeniu została osierocona przez matkę, chodziła do okropnej szkoły, potem studiowała, bogato wyszła za mąż, rozwiodła się, zrobiła karierę, bywała na przyjęciach. W tym ujęciu wydaje się pospolity, nieciekawy, gubi wśród innych. Dopóki autorka nie zaczyna odmalowywać go po swojemu. Czyli płynnie przechodzić od naturalistycznych szczegółów do bujnej wyobraźni Rose, świata jej przeczuć i realnych sytuacji, na które nie przygotowały jej ostrzeżenia zapobiegliwej macochy Flo. Ta swoboda stylu, ta finezja w łączeniu świata zewnętrznego z wewnętrznym podbiły mnie bez reszty. Dlatego „Za kogo ty się uważasz?” uważam za początek wielkiej przygody, która nazywa się Alice Munro. Wiem, że nie odpuszczę żadnemu jej tytułowi!

Fragment do wysłuchania:


sobota, 1 marca 2014

Ann Patchett, Taft




Ann Patchett, Taft, tłum. Anna Gralak, wyd. Znak Literanova

Ann Patchett poznałam za sprawą jej zachwycającego „Stanu zdumienia” *. Ta amerykańska autorka jest laureatką prestiżowych nagród literackich - Orange Prize i PEN/Faulkner Award, które przyznano jej za powieść „Belcanto”, czwartą w jej dorobku. „Taft” jest drugą z kolei i - chociaż doczekał się nominacji do Orange Prize oraz został wyróżniony Janet Heidinger Kafka Prize - w moim odczuciu odzwierciedla tylko część talentu pisarskiego Patchett. Ale nawet ta część jest czymś godnym uwagi i trochę mi szkoda, że pisarka zamiast rozwinąć bardziej jeden wątek, połączyła go z innym.

Jednak wtedy być może „Taft” nie byłby powieścią o rodzicielstwie i o bezwarunkowej odpowiedzialności i miłości wobec dzieci. W tym kontekście „Taft” jest książką wyjątkową, bo w najważniejszych rolach osadza nie zwyczajowo kobiety (jak moglibyśmy się spodziewać po autorce-kobiecie), ale mężczyzn. I - tak samo jak paniom - nie odmawia im instynktownego, niepodlegającego dyskusji oddania, którego przedmiotem są własne dzieci. Ten motyw nie jest początkowo tak oczywisty, skutecznie przysłania go inny. Nie jesteśmy jako czytelnicy przyzwyczajeni do opowieści o mężczyznach, dla których bycie dobrym ojcem jest najistotniejszą życiową misją. Za to do książek, w których młoda, niedoświadczona dziewczyna zakochuje się w kimś starszym od siebie – jak najbardziej. I Ann Patchett sprytnie to wykorzystuje jako zasłonę dymną.

„Taft” to jakby dwie, opowiedziane równolegle historie dwóch mężczyzn. Jednym z nich jest John, były muzyk bluesowy, szef baru, do którego pewnego dnia zawitała młodziutka Fay Taft w poszukiwaniu dorywczej pracy. John ma za sobą nieudany związek i kilkunastoletniego syna, za którym tęskni i którego pragnąłby wychowywać. Uważam, że jego relacja z Marion, matką chłopca, to najciekawszy i najlepiej napisany wątek powieści. Patchett odmalowuje we wszystkich emocjonalnych odcieniach związaną z nim intensywność uczuć, gorzką świadomość porażki i nieodwracalności krzywd. Więź Johna i Fay jest inna, jakby zatrzymana na początku drogi, i szczerze mówiąc, mało przekonująca. Johna oszałamia żarliwe przywiązanie młodej dziewczyny, ale nie chce mu ulec, nie do końca uświadamiając sobie dlaczego. Drugim narratorem jest Taft, tata Fay i jej brata Carla. Kiedy w życie Johna wkracza rodzeństwo Taftów, ich ojciec już nie żyje, a oni sami niedawno przeprowadzili się ze swojego miasteczka do domu wujostwa. Trudno powiedzieć, na ile narracja Tafta jest autonomiczna, a na ile jest projekcją wyobrażeń Johna na temat wcześniejszego życia Taftów. Wydaje się, że rodzicielska troska jest płaszczyzną, na której tych dwóch, różniących się wszystkim mężczyzn mogłoby się zrozumieć i poczuć do siebie szacunek. Niewątpliwe jest to, że kierują się nią do samego końca...

Jak na książkę, której nie uważam za najlepszą, „Taft” długo zajmowała moje myśli. Miałabym ochotę podyskutować o niej z kimś, kto ją również przeczytał, zapytać o wrażenia i odbiór poszczególnych sytuacji. Mam wrażenie, że coś mi umknęło podczas lektury, i jest to myśl z gatunku tych, które uwierają i nie dają spokoju. Powieść mogę polecić tym, którzy już zasmakowali w twórczości Ann Patchett i chcą poznać całokształt jej literackiego dorobku. Tym, którzy dotąd nie mieli do czynienia z jej pisarstwem, zachęcam, by jednak najpierw sięgnęli po inny tytuł.

* Recenzja „Stanu zdumienia”

piątek, 28 lutego 2014

Jonathan Lee, Joy



Jonathan Lee, Joy, tłum. Anna Rajca-Salata,wyd. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A.

W „Joy” nie ma nic oczywistego. Nawet ostatnie strony mogą ujawnić jakiś nieoczekiwany detal, który na nowo każe nam spojrzeć na obraz, jaki budujemy przez całą lekturę na temat głównej bohaterki imieniem Joy. Jej postępowania jest zagadką dla wszystkich - czytelników i pozostałych bohaterów książki.
Joy Stephens to dobrze zarabiająca, ponadtrzydziestoletnia prawniczka, piękna, pracowita i pewna siebie, która właśnie otrzymała awans. Jako nowa wspólniczka firmy ma wygłosić mowę do pracowników kancelarii, ale zamiast tego spada na oczach wszystkich z tarasu. Nie jest to wydarzenie, od którego zaczyna się powieść, ale stanowi ono oś, wokół której rozwija się akcja. Niesie z sobą bowiem wiele niewiadomych, stawia pod znakiem zapytania wiedzę, jaką mamy o osobach, z którymi pracujemy, z którymi dzielimy życie, a czasem nawet spędzamy więcej czasu niż z bliskimi. To moment, do którego mamy wgląd w psychikę Joy. Po nim głos zabierają osoby z otoczenia prawniczki.
Nieszczęśliwy wypadek, wynik przemęczenia, a może depresja i chęć skończenia z sobą? W kancelarii huczy od plotek, a zarząd angażuje terapeutę, któremu można się zwierzyć i opowiedzieć o uczuciach związanych z tak przykrym incydentem. Z tej okazji korzysta skłonny do rozwlekłych dygresji mąż Joy, Dennis, zgorzkniała Barbara, jej sekretarka, Samir, młody i wrażliwy chłopak pracujący w firmowej siłowni oraz zadufany w sobie Peter, prawnik, kolega Joy, mąż jej najlepszej przyjaciółki i... były kochanek. Ich wywody pojawiają się na przemian z rozdziałami, które przedstawiają ostatnie godziny życia Joy z jej punktu widzenia, aż do ostatnich, kluczowych minut.
Czytając „Joy”, nie mogłam odpędzić od siebie myśli, że powieść ta w pewien sposób przypomina kryminał (chociaż oczywiście nim nie jest). Jest tu bowiem ofiara, którą spotkał w tragiczny w skutkach wypadek. Są wypowiedzi jej bliskich i znajomych, którzy co prawda mimochodem wspominają o samej Joy, ale ich opowieści pokazują w różnym świetle jej fatalny upadek i jego przyczyny. Jednak detektywem, który ma powiązać ze sobą wszystkie dane jest nietypowo sam czytelnik, a pomóc w tym ma mu jego wyczucie, intuicja, wnikliwość w słowo pisane.
Pierwsze rozdziały nie były dla mnie łatwe. Musiałam się wczuć w specyfikę prozy Jonathana Lee, rozgryźć konstrukcję jego powieści, zaakceptować jej inny porządek chronologiczny. Oswoić się z faktami, które nagle wychodziły na jaw, przyjmować i te, które wydawały mi się w danej chwili zbędne. To było powolne, ale intrygujące czytanie. Satysfakcjonujące, bo Jonathan Lee to specjalista od psychologicznych portretów. Monologi Dennisa, Barbary, Samira i Petera początkowo drażniły mnie, bo wydawały się nie wprowadzać nic nowego do wyjaśnienia sprawy. A jednak mówiły tak wiele o nich samych, że miałam wrażenie kontaktu z realnymi osobami.
„Joy” to powieść z gatunku tych, które próbują uchwycić prawdę o drugim człowieku. A jednocześnie podważają to, co na pierwszy rzut oka wydaje się jasne i pewne. Samo to, że Jonathan Lee od pierwszego rozdziału daje do zrozumienia, że jego główna bohaterka planuje samobójstwo (bez podania motywu!), potrafi wywołać konsternację. Nie ostatnią, jak się później okaże! I nie tak, jak jesteśmy do tego przyzwyczajeni.


Powieść nominowana w kategorii KSIĄŻKA ROKU 2012 według brytyjskiego „The Observer”.

wtorek, 25 lutego 2014

Leszek K. Talko, Dziecko dla odważnych. Szkoła przetrwania




Leszek K. Talko, Dziecko dla odważnych. Szkoła przetrwania, ilustrowała Ewa Olejnik, wyd. Znak Emotikon

W reklamach i filmach często są pokazywane czyściutkie, słodko uśmiechnięte bobaski oraz spokojnie bawiące się dzieci, które zawsze słuchają mamy i taty. Ile ma wspólnego z rzeczywistością ten przekaz, wie każdy, w kogo życiu pojawiło się rozkoszne niemowlę. „Dziecko dla odważnych” to, mówiąc obrazowo, druga strona medalu. To zbiór historyjek z życia wziętych, opisujący codzienność z jednym dzieckiem do chwili, gdy w domową przestrzeń zawita drugie. Obejmuje on najbardziej niezapomniany czas w życiu rodziców – od niemowlaka do starszaka, okres pierwszych kroków, pierwszych słów i pierwszych testów, jakim maluszek poddaje mamę z tatą. Nie wiem, jak na tę książkę mogą zareagować oczekujący dziecka albo wahający się (z niedowierzaniem?) Za to rodzic odchowanego dziecka - ten to się serdecznie uśmieje! A na końcu odetchnie z ulgą, że ma to już za sobą. Ale najpierw...
… przypomni sobie wszystkie chwile, gdy przylepił się do soczku rozlanego po podłodze, uroki jazdy samochodem z wymiotującym dzieckiem, pobudki w środku nocy, wyciąganie plasteliny wczepionej we włosy, chodzącą na okrągło pralkę, zabawy powtarzane setki razy według jednego scenariusza i wszystkie dobre pomysły na wychowanie z poradników, które sprawdzają się tylko w przypadku wirtualnego dziecka, bo na pewno nie naszego. Talko na własnej skórze doświadczył, że bycie rodzicem to odmienny stan świadomości, nieustające wyczerpanie fizyczne, zdziwienie w oczach niedzieciatych znajomych i brak rozeznania w najnowszym repertuarze kinowym i teatralnym, nie mówiąc o sytuacji na świecie. To także czujne oczekiwanie na to, czego i tak nie da się przewidzieć, bo dzieci zawsze zaskakują pomysłowością, z jaką poznają świat. W dodatku doświadczenie zdobyte podczas wychowywania jednego potomka, tylko w niewielkim stopniu przydaje się w przypadku młodszego dziecka. Mimo wspólnoty genów rodzeństwo diametralnie różni się od siebie zachowaniem, upodobaniami i charakterem, co Leszek Talko opisuje choćby na przykładzie Pitu mogącego cały dzień obserwować mrówki i bojącej się wszelkich robaków Kudłatej.
Talko pisze lekko o domowych perypetiach, nie ukrywając rodzicielskich niekonsekwencji i poplamionych ubrań, w których zdarzało mu się chodzić, gdy dzieci były małe. Na pewno przerysowuje różne sytuacje dla większego komizmu, ale i tak jestem mu wdzięczna za szczerość i brak zakłamania, z jakimi przedstawia pułapki i prawdziwe radości rodzicielstwa. Jego opowiastki są do tego jeszcze pełne dowcipu. Wszystko to sprawia, że „Dziecko dla odważnych” czyta się błyskawicznie. I wyjątkowo nie przeszkadza podczas lektury dziecięcy głos domagający się soczku i ciasteczek, należy on bowiem na szczęście nie do naszego dziecka, ale do Pitu i Kudłatej, głównych bohaterów tej książki.

sobota, 22 lutego 2014

Marie Lu, Legenda. Patriota



Marie Lu, Legenda. Patriota, tłum. Marcin Mortka, wyd. Zielona Sowa

„Patriota” stanowi kontynuację i jednocześnie zakończenie historii zawartej w poprzednich tomach cyklu „Legenda”, zatytułowanych „Rebeliant” i „Wybraniec”. Marie Lu kreśli w nich portret przyszłości, w której klimatyczne kataklizmy doprowadziły do pojawienia się nowych państw i nowej równowagi sił na arenie międzynarodowej. Jednym z tych państw jest Republika powstała po rozpadzie Stanów Zjednoczonych na dwa zwalczające się kraje. Republika to wojskowa dyktatura rządzona przez elektora ze wsparciem senatu, z cenzurą, propagandą i odizolowaniem mieszkańców od reszty świata, z ostrym podziałem na uprzywilejowanych bogatych i biednych służącym za króliki doświadczalne. To na nich Republika testuje najnowsze wirusy używane potem jako broń biologiczna w walce z Koloniami.
Ten świat poznajemy za pośrednictwem dwójki bohaterów wywodzących się z odmiennych środowisk – Daya, chłopaka z ubogiej dzielnicy, oraz June, wzorowej studentki wojskowej akademii. Oboje doznali krzywd ze strony Republiki, dlatego po wielu dramatycznych okolicznościach, stanęli po tej samej stronie barykady. Ich sylwetki są nakreślone prosto, bez psychologicznej złożoności, ale wiarygodnie. Doceniam pojawiający się w ich charakterach szczególny rys, który współgra z przebiegiem akcji. Oboje, June i Day, czują się odpowiedzialni nie tylko za najbliższych znajomych, ale także za swój kraj. Który tymczasem zyskuje nowego przywódcę, syna poprzedniego elektora - z inną wizją rządzenia niż ojciec. Dlatego, mimo dramatycznych wydarzeń w przeszłości, Day i June, widząc szansę na zmiany, pozostają lojalni wobec Republiki. Na szczęście Marie Lu nie idzie na skróty i nie wymyśla nowego szczęśliwego państwa, które w magiczny sposób zastąpiło po kilku miesiącach Republikę. W trzecim tomie widać wyraźnie, że nowy elektor to za mało, by od razu wprowadzić sprawiedliwszy ład społeczny i zrezygnować ze wszystkich starych przepisów. Na przykład zapewnić mieszkańcom bogatych i biednych dzielnic ten sam dostęp do ewakuacji z zaatakowanego miasta.
Atrakcyjna fabuła z wątkami romantycznymi oraz dużo scen akcji to świetny sposób na to, by patriotyczna postawa Daya i June stała się dla nastolatków wzorem do naśladowania (ta promowana przez nudne szkolne apele może przynieść więcej szkody niż pożytku). Także z racji młodego wieku bohaterów – pamiętajmy, że cykl „Legenda” jest skierowany głównie do czytelników w wieku od 13 do 15 lat. W dodatku patriotyzm Daya i June nie jest czymś bezrefleksyjnym, wiąże się z wieloma dylematami i niełatwymi wyborami. Łatwo im współczuć i przejmować się kolejami ich losów. Łatwo utożsamić się i w wyobraźni wcielać się to w jedno, to w drugie.
Moje zastrzeżenia co do „Patrioty” dotyczą zdecydowanej przewagi wątków romansowych w wydaniu dla dorastających nastolatek w porównaniu do tomów poprzednich. Trzeba czekać około stu stron zanim zacznie się coś dziać. Ponieważ jestem dwa razy starsza od bohaterów (może w tym tkwi problem?), a dodatku romansoodporna, męczyły mnie opisy patrzenia sobie w oczy i szukania w nich śladów uczucia, muskania włosów i szyi ustami itp. Owszem, zdarzały się one i we wcześniejszych częściach, ale w innych proporcjach. Wtedy wydawały mi się nawet słodkie. Drugim minusem jest to, że zakończenie powieści skupia się tylko i wyłącznie na dwójce bohaterów. Trochę szkoda, bo kreacja powieściowej rzeczywistości i jej realizm to jedne z najważniejszych atutów „Legendy” (obok postawy i charakterów Daya i June).
„Patriotę” czytało mi się miło, ale bez elementu zaskoczenia i tego zaintrygowania, które towarzyszyło mi podczas lektury „Wybrańca”. Wtedy miałam wrażenie, że akcja poszła zupełnie innym torem, niż mogłabym to przewidzieć po pierwszym, sugerującym co innego tomie. Spodziewałam się podobnego zwrotu po „Patriocie”, który zgrabnie, ale jednak bez polotu zamyka historię Daya i June.

PS. 1 Cały cykl bez zastrzeżeń na pewno polubią romantycznie nastawione dorastające dziewczęta :)



czwartek, 20 lutego 2014

Marek Pindral, Chiny od góry do dołu




Marek Pindral, Chiny od góry do dołu, Biblioteka Poznaj Świat, wyd. Bernardinum

Nigdy nie byłam w Chinach. Ale jeśli kiedyś tam trafię, chciałbym pojechać do miejsc opisanych przez Marka Pindrala. Nie tych, które zwiedził niejako z obowiązku *, gdyż bez nich trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek wycieczkę do Chin, czyli Pekin z Zakazanym Miastem, klasztor Shaolin, olśniewający Szanghaj. Ani też do wielkich przemysłowych i zanieczyszczonych miast południa, gdzie w jednym z nich przydzielono mu mieszkanie na 16. piętrze wieżowca. Ale do tych, które opisał z takim zachwytem, napawając się ich pięknem, wspaniałą przyrodą i ludźmi, którzy umieją żyć z nią w zgodzie od setek lat. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że w rozwijających się błyskawicznie Chinach takie miejsca jeszcze w ogóle istnieją. Akurat tak się składa, że autor miał do nich przysłowiowego nosa. Kto nie wierzy, niech obejrzy zdjęcia zamieszczone w książce *. Są po prostu bajeczne!
Marek Pindral przez dwa lata uczył chińskich studentów języka angielskiego. Przez ten czas przytył z dziesięć kilo na specjałach chińskiej kuchni. I zasiał trochę wątpliwości w niektórych chińskich głowach co do kryształowego wizerunku rządzącej krajem partii. Jedno i drugie wyszło mu mimochodem. Kulinarnym przysmakom po prostu nie potrafił się oprzeć. Nie dziwię mu się, gdyż dość apetycznie opisuje zwyczaje kulinarne różnych części Chin. Co do drugiego, to było tak:
Okazję pracy w kraju tak egzotycznym i niemożliwym do ogarnięcia Marek Pindral potraktował jako przygodę, niecodzienną możliwość poznania jednej z najstarszych kultur świata. Od początku podróży towarzyszyła mu jego prywatna mantra: „Bądź otwarty, bądź otwarty”, która pomagała mu uporać się ze zjawiskami dziwnymi dla obcokrajowca, a normalnymi dla Chińczyka. O części z nich można przeczytać na okładce książki, więc nie będę ich powtarzać, a rzeczywiście bywają... zaskakujące. Od zdziwienia, że można jeść surową marchewkę po dezaprobatę wobec wycierania nosa w chusteczkę (a te przykłady to mały pikuś).
Jednak pewne symptomatyczne zachowania i rozmowy nie były częścią dziedzictwa po przodkach, ale zwykłej rządowej indoktrynacji, rodzajem rafy, na którą autor wpadał co i rusz podczas nauczania i prywatnych rozmów. Nie tylko upraszczała ona widzenie świata, ale wymazywała z niego niektóre fakty, zwyczaje i nazwiska osób z przeszłości i współczesności. Pindrala fascynowały te luki i rozbieżności w wiedzy, próbował je sondować, a nawet zmniejszać. Stąd część rozdziałów opowiada o chińskich studentach, przytacza ich anonimowe komentarze, podczas pisania których część z nich pozwalała sobie na wątpliwości lub myślenie po swojemu. Była ich jednak tylko garstka.
Mimo to Marek Pindral bardzo miło wspomina swoich uczniów, wystawia im laurkę za pracowitość, a przede wszystkim za dyplomację i uprzejmość: „To danie jest zbyt oryginalne jak na moje podniebienie” (to o jedzeniu przygotowanym przez autora), „Mark, ale ty jesteś silny” (czyli gruby) lub „Mark, ale ty masz piękne niebieskie oczy” (co można było usłyszeć także od studenta płci męskiej).
„Chiny od góry do dołu” czyta się płynnie i z ciekawością. Jest to – czego autor nie ukrywa - całkiem subiektywna relacja z pobytu w Chinach, zapis z wypraw w miejsca nieznane reszcie świata, próba uchwycenia chińskiej mentalności i warunków życia. To wszystko dzięki temu, że Marek Pindral ma niesamowity dar obserwacji połączony z pociągiem do chodzenia własnymi drogami i nieutartymi szlakami. Podoba mi się jego humor i dystans wobec własnej osoby, skłonność do zachwytu i szczere zainteresowanie Chinami, ich przeszłością oraz legendami, którymi lubi raczyć czytelników. A przede wszystkim – ogromna sympatia wobec zdecydowanej większości Chińczyków, którzy stanęli na jego drodze. Nie licząc nadgorliwych urzędników.

* Skąd wiem, że z obowiązku? Po prostu w ich opisie brak entuzjazmu, tak wyczuwalnego w innych rozdziałach.

* Na zachętę można zajrzeć do galerii na stronie autora http://marekpindral.com/menu/photo-gallery-china

wtorek, 18 lutego 2014

Eric-Emmanuel Schmitt, Tajemnica pani Ming




Eric-Emmanuel Schmitt, Tajemnica pani Ming, tłum. Łukasz Müller, wyd. Znak Literanova

Nie wiem, co bardziej przyciąga wzrok – okładka z letnią scenerią oświetlona jaskrawym słońcem czy nazwisko Erica-Emmanuela Schmitta, autora wielu, zazwyczaj króciutkich, ale poczytnych powieści, trafiających czytelników prosto w serce? A może tytuł? Wszak wszyscy lubimy poznawać tajemnice. I jeszcze ta egzotyka związana z nazwiskiem Ming. Przyznaję, wszystko to miało dla mnie swój urok i wywoływało pewne skojarzenia. Moja wyobraźnia poszła jednym torem, tymczasem okazało się, że Schmitt miał zupełnie inny pomysł. Zaskoczył mnie. I myślę, że „ofiarą” jego literackiej przebiegłości padnie niejeden czytelnik. Nawet ten mniej skłonny do wyobrażania sobie różnych rzeczy na podstawie okładki i tytułu.
Schmitt zaczyna podniośle, by potem przejść do... wychwalania toalet! To zresztą lubię w jego książkach *, w tej również, że są silnie zakorzenione w codzienności. Często opowiadają o ludziach, których zwyczajność nie wyklucza widzenia świata w sposób szczególny. Niosą w sobie iskrę bożą, stąpając twardo po ziemi, tak samo podatni na trudy i cierpienie jak inni. Nie pretendują do roli mistrzów ani przewodników życiowych, stają się nimi mimo woli. Taką też osobą jest pani Ming, chociaż na początku nic na to nie wskazuje.
Treść tej powiastki okazała się dla mnie niespodzianką, podobnie jak profesja pani Ming, zderzona z elegancją konfucjańskich sentencji, które wygłaszała przy każdej okazji. Chyba, że akurat opowiadała o swoich dzieciach. Akcja rozgrywa się współczesnych Chinach, w przemysłowym okręgu, w mieście, z którego usunięto ślady przeszłości przy pomocy nowoczesnych wieżowców, szerokich ulic, wytwornych hoteli i wielkich fabryk, które zaopatrują w swoje produkty większość świata. Głównym bohaterem książki jest pewien Francuz, który pracując dla dużej firmy, więcej czasu spędza w podróżach, na negocjowaniu ważnych kontraktów, niż w rodzinnych kraju. Będąc w Chinach, przez przypadek zaznajamia się z panią Ming. Mimo sympatii, jaką ją darzy, uważa ją za blagierkę i kłamczuchę, gdyż pani Ming opowiada mu kolejno o dziesiątce swoich dzieci. A jak wiadomo, Chińska Republika Ludowa zezwala swoim obywatelom na posiadanie tylko jednego dziecka...
Historyjka ta ma niejedno dno i z każdą stroną można w niej odkryć coś nowego. Tak, jak wtedy, gdy niespodziewanie punkt ciężkości fabuły przesuwa się z pani Ming na narratora. On również ma swoje tajemnice, sprawy spychane do podświadomości, emocje, w które dotąd się nie wsłuchiwał. Spotkania z panią Ming wydobywają je na powierzchnię, stają się impulsem do powolnej przemiany.
Schmitt pięknie i bez zadęcia pokazuje, jak ważny jest dla nas kontakt z drugim człowiekiem. Jakim bogactwem jest zetknięcie się z inną kulturą i odmiennym modelem myślenia o życiu.

* zaznaczam, że przeczytałam tylko część wydanych w Polsce i je mam na myśli

czwartek, 13 lutego 2014

Agata Tuszyńska, Krzywicka. Długie życie gorszycielki




Agata Tuszyńska, Krzywicka. Długie życie gorszycielki, wyd. Wydawnictwo Literackie

Pisarka, autorka reportaży sądowych i tłumaczka. A także skandalistka, bo promowała świadome macierzyństwo i edukację seksualną. Odrzucała także nietolerancję wobec homoseksualizmu oraz domagała się legalizacji aborcji. I to w okresie międzywojennym! Kochanka Boya-Żeleńskiego, nie ukrywała swojego romansu, a jednocześnie ze względu na przyjacielskie uczucia i szacunek wobec męża utrzymywała małżeństwo. Z licznej spuścizny literackiej najbardziej jest znana z autobiograficznego tomu zatytułowanego „Wyznania gorszycielki”.
Agata Tuszyńska pojawiła się w domu Ireny Krzywickiej, kiedy ta była już ponad 90. letnią kobietą żyjącą wspomnieniami i nie przypominającą niczym dawnej gorszycielki, uważanej za „najpiękniejsze nogi w Polsce” i szczyt elegancji. Może tylko pasją mówienia o swoich przeżyciach i zachłannością, z jaką wypytywała się o sprawy intymne swoich rozmówców (co nie zawsze było przez nich dobrze widziane). Dla Tuszyńskiej skandalizujący okres w życiu Krzywickiej był tylko krótkim etapem w bogatym życiorysie tej silnej, niezwykłej kobiety. Bardziej interesują ją lata dalsze. Wojna, która zabrała Krzywickiej męża, kochanka i uwielbianego syna Piotra, i która zmusiła ją do pracy w celach zarobkowych. Powojenna rzeczywistość, do której próbowała się tak dostosować, że niemal doprowadziła do zaszczucia (!) koleżanki z klasy drugiego syna, Andrzeja. Brak większych literackich sukcesów. Kariera naukowa Andrzeja, wreszcie emigracja.
„Długie życie gorszycielki” przybliża nam Krzywicką w tych wszystkich okresach i to bynajmniej nie tylko w kontekście twórczości literackiej. Przedmiotem zainteresowania Tuszyńskiej jest przede wszystkim jej codzienność, życie oficjalne i to osobiste, kontakty z ludźmi. Wielkie tragedie i chwile słabości. Siła matczynych uczuć i intelektualny głód. Autorka biografii nie ocenia ich, nie komentuje, co najwyżej – a i to niezwykle rzadko i bardzo subtelnie - daje nam do zrozumienia, co o niektórych z nich sądzi. Swoją rolę ogranicza do zebrania faktów oraz oddania głosu samej Krzywickiej, a już szczególnie tym, którzy bohaterkę „Długiego życia...” otaczali – od rodziny po dalszych znajomych. Ich relacje to zazębiają się, to znów rozchodzą, są subiektywne, ten sam aspekt osobowości przedstawiają raz w dobrym, to w negatywnym świetle.
To od nas, czytelników, wrażliwości naszego odbioru i doświadczenia życiowego zależy, jak zapamiętamy niegdysiejszą skandalistkę. Czy będziemy w stanie pojąć trudne warunki, z którymi przyszło jej się zmagać, współczuć jej samotności, wstrzymać się z oskarżeniami o zbyt łatwą współpracę z władzami Polski Ludowej? Czy wreszcie zrozumieć, jak to jest budować od nowa na gruzach i rozpaczliwie walczyć o życie dziecka? Dla mnie Irena Krzywicka pozostanie w pamięci przede wszystkim matką, postacią tragiczną, która dwukrotnie musiała się zmierzyć z tą samą chorobą, która zaatakowała jej synów. Pierwszej batalii nie wygrała...

Jedna z najlepszych biografii, jakie dotąd przeczytałam!