środa, 29 kwietnia 2015

Anna Wojtacha, Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji




Anna Wojtacha, Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji, wyd. Znak Literanova

Czytałam już wiele książek o Rosji i ciągle mi mało. Trudno chyba znaleźć inny kraj i naród tak obcy i swojski zarazem. Książka napisana przez dziennikarkę Annę Wojtachę jest kolejną wariacją na rosyjskie tematy. Napisaną zręcznie, z podziwu godną lekkością. Bez powtarzania wciąż tych samych informacji, którymi w dobrej wierze raczą nas podróżnicy wybierający wschodni kierunek włóczęgi. Opowieści Wojtachy nie są typowymi reportażami choćby ze względu na ich zbeletryzowany charakter. Sprawiają one wrażenie, jakby powstały wyłącznie z tych przeżyć i doświadczeń Anny Wojtachy, które miały miejsce przy okazji jej pracy reporterki. Co do charakteru tejże, to nie dowiemy się zbyt wielu szczegółów na jej temat. Nie będziemy znać celów, w jakich dziennikarka wyruszała do Rosji, prócz tych dyktowanych własną potrzebą. W tym sensie opowieści z „Zabijemy lub pokochamy” nie stanowią ściśle reporterskiego materiału. Mogły się wydarzyć (i tak z pewnością było), ale mogły również powstać wyłącznie dzięki wyobraźni. Mają jeszcze to do siebie, że przypominają poufne pogaduchy przyjaciółki, która dzieli się historiami przeznaczonymi tylko dla naszych uszu. Albo zapiski w pamiętniku, chociaż na to są zbyt starannie opracowane.

Każdy rozdział „Zabijemy lub pokochamy” to inni ludzie, których spotyka Wojtacha, i inne życiowe opowieści. Jej bohaterowie rzadko wygłaszają polityczne uwagi, zbyt zajęci codziennością i wiązaniem końca z końcem. Aczkolwiek pewne sprawy można wyraźnie odczytać z kontekstu sytuacji, w jakiej się znaleźli. Wyjątkiem jest tu Ninoczka, prostytutka, której losy mogłyby dziać się chyba w każdym miejscu na ziemi, niekoniecznie w Moskwie. I być może jeszcze Igor, bezdomny, którego nikt nie chce przyjąć do pracy z powodu pobytu w więzieniu. Jedyna osoba, która co jakiś czas przewija się przez książkę, to Ogi. Uprzedzam, że poświęconą mu część czyta się jak płomienny romans! A sama autorka nie należy do osób pruderyjnych czy wstydliwych, także na innych polach niż uczuciowe.

Anna Wojtacha nie jest bierną słuchaczką, ale aktywnym uczestnikiem wydarzeń. Lubi wciągać napotkanych ludzi w swoją orbitę, darzy ich szczerą sympatią. Nie zajmuje się ich obserwacją, ale staje się – przynajmniej na jakiś czas - częścią ich życia. Opisane przez nią sytuacje bardziej podkreślają charakter narodowy Rosjan oraz ich stosunek do życia (a czasem i do swoich władz) niż powiedzą o Rosji coś nowego, czego by nie wiedział czytelnik nawet luźno zainteresowany tym krajem. Niemniej książka „Zabijemy lub pokochamy” potrafi do siebie przekonać. Zaletami tego tytułu są szczerość, bezpośredniość i atmosfera zażyłości, którą autorka tworzy w relacjach ze swoimi bohaterami i którą się wyczuwa w stosunku do czytelników. Oraz dobre pióro, które sprawia, że „Zabijemy lub pokochamy” czyta się naprawdę bardzo szybko.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Igor T. Miecik, Sezon na słoneczniki




Igor T. Miecik, Sezon na słoneczniki, wyd. AGORA SA

Czytanie reportaży bywa i pasjonujące, i pouczające. To kawał historii danego miejsca na ziemi zazwyczaj pokazany od strony indywidualnych losów zwykłych ludzi. W „Sezonie na słoneczniki” dostrzegłam coś jeszcze, co autorowi udało się wyciągnąć niejako przy okazji z całego wachlarza rozmów i sytuacji. Śmieszność megalomanii na punkcie narodowym, która zawsze wydawała mi się czysto polską specyfiką, a która nie jest obca także Ukraińcom (i innym doświadczonym przez historię narodom). Być może to nieunikniony dodatek do patriotyzmu, który jest niepewny swego i czuje się zagrożony. Stąd w reportażach Miecika pojawia się Matka Boska Kozaczka Dońska (we „Wróżbach kumaka” Guenthera Grassa Matka Boska Ostrobramska jest rodowitą Litwinką!), a nawet pseudonaukowe i naciągane rozważania o wyższości języka ukraińskiego nad rosyjskim (cudaczne, ale nieszkodliwe) i wreszcie najbardziej kontrowersyjne z mojego punktu widzenia – budowanie tożsamości narodowej na podstawie udziału ukraińskich ochotników w dywizji SS „Galicja”.

Oczywiście nie są to opinie typowe dla wszystkich Ukraińców. To akurat tylko wycinek przekroju postaw i sposobów myślenia, na jakie Igor Miecik natknął się w swojej podróży poprzez Ukrainę. Z proeuropejskiego Zachodu na separatystyczny Wschód, dowodząc, że takie etykietki nie zawsze muszą być zgodne z prawdą i nie dla każdego są wiążące. Miecik podpatrywał, podglądał, dając możliwość czytelnikom wyciągania samodzielnych wniosków. Od Kijowa po linię frontu, od fabryki cukierków po donbaskie kopalnie. Wszędzie, gdzie się dało.

Wnioskując na podstawie przeczytanego najpierw w „Dużym Formacie” ostatniego z reportaży – opowiadającego o codziennej nędzy matek z dziećmi i staruszek, które uciekły ze swoich domów z powodu działań wojennych, bez względu na sympatie polityczne – domyślam się, że „Sezon na słoneczniki” jako całość powstał z odrębnych tekstów. Stąd może wynika jeszcze jedna właściwość „Sezonu ...”. Miecik nie cofa się głęboko w przeszłość (a jeśli już to tylko w wybranych wycinkach, nie systemowo, np. opisując bandycki Krym), nie szasta datami, nie dokonuje ogólnych analiz. Zakłada, że jego czytelnicy będą zaznajomieni z najważniejszymi wydarzeniami na Ukrainie, które miały miejsce w przeciągu ostatnich lat. Będą wiedzieć, kim byli banderowcy i dlaczego nazywa się ich faszystami, czym był Majdan, kto do kogo tam strzelał i dlaczego, kim był i obecnie jest Petro Poroszenko, skąd wzięli się Rosjanie we wschodnich obwodach kraju. To świadczy o tym, że reportaże te powstawały na bieżąco.

Spoiwem książki stały się sprawy osobiste dziennikarza, który przy okazji stara się dotrzeć do mieszkającej na Ukrainie części swojej rodziny. Stąd jego wspomnienia i opowieści rodzinne, które czasami złowrogo wpisują się w najnowszą historię tego państwa. Kontakt z dalekim kuzynem staje się sposobnością do wytłumaczenia mentalnego pęknięcia, które dzieli obywateli Ukrainy. Dotarcie do miasta, gdzie niegdyś autor spędzał wakacje jako dziecko, jest pretekstem, by porównać zmiany w krajobrazie i atmosferze miejsca.

Rozpiętość tematów, w obrębie których porusza się Igor Miecik, różnorodność rozmówców, z którymi ma do czynienia sprawiają, że „Sezon na słoneczniki” jest pozycją wartościową poznawczo. Udaną próbą uchwycenia na gorąco obecnej Ukrainy i jej problemów. Jeśli pozostawia niedosyt, to nie z winy autora, tylko dlatego, że historia toczy się dalej, a bez następnych reportaży i dziennikarzy takich jak Miecik nie wiemy, co tak naprawdę się dzieje w mniej spokojnych miejscach świata i jak odbierają to wszystko zwykli ludzie. Zdecydowanie warto przeczytać!

środa, 22 kwietnia 2015

Żanna Słoniowska, Dom z witrażem



Żanna Słoniowska, Dom z witrażem, wyd. Znak Literanova

Dom z witrażem” okazał się najlepszą powieścią w konkursie wydawnictwa Znak Literanova. Taką decyzję podjęło jury, w którym zasiadła m.in. pisarka Sylwia Chutnik, Justyna Sobolewska, dziennikarka „Polityki” i „Tygodnika Kulturalnego” czy Jarosław Czechowicz, który prowadzi blog krytycznoliteracki „Krytycznym okiem”. I rzeczywiście debiut Żanny Słoniowskiej, Ukrainki o polskich korzeniach, robi ogromne wrażenie.

Słoniowska mieszka obecnie w Krakowie. Jest dziennikarką i tłumaczką, nic więc dziwnego, że język jest dla niej istotnym narzędziem pracy i wyrażania myśli, uczuć. Jej polszczyzna jest naturalna. Autorka porusza się w jej obrębie bardzo swobodnie, kształtuje na swój użytek. Bez względu na to, czy nacechowana jest rzeczowością, czy służąca bardziej poetyckiemu odmalowaniu świata. Zwracam na to Waszą uwagę, ponieważ to właśnie język jest obok opisywanej rzeczywistości głównym atutem tej powieści.

Dom z witrażem” to intymna opowieść rodzinna z szerszym tłem, opowiedziana przez jedną osobę. Nie od razu jest to oczywiste, ale w tej historii niebagatelne znaczenie ma miejsce zamieszkania. Ono staje się tym czynnikiem, który determinuje losy poszczególnych osób z tej samej rodziny – Prababki, Aby, Marianny i narratorki, przedstawicielki najmłodszego pokolenia. Lwów oczywiście jest w tej opowieści najważniejszy jako punkt docelowy, gdzie w końcu po wojennych perypetiach dotarły Prababka z córką Abą. Tu urodziły się Marianna, a potem jej córka, najważniejsza postać „Domu z witrażem”. I gdzie potem wszystkie cztery we wspólnej przestrzeni mieszkania dzieliły urazy i wspomnienia. Pamiętając o polskim pochodzeniu, ale bez nadawania mu praktycznego wymiaru. Znamiennym przykładem jest tu Marianna, śpiewaczka operowa, dla której naturalnym jak oddychanie był wybór ukraińskości. Albo Aba, którą polska część rodziny ukarała zerwaniem kontaktów po wyjściu za mąż za Rosjanina.

Akcja „Domu z witrażem” balansuje pomiędzy przeszłością dalszą i bliższą, tą osobistą i tą przynależną ogółowi. Jest przy okazji zapisem przemian, którym Lwów podlega jak żywy organizm. Ma swoje legendy i powiększający się panteon miejscowych bohaterów. Szczęście do historycznych postaci, których narodowość z czasem staje się mniej ważna niż przynależność do miejsca. I coraz to nowe elementy, które składają się na oblicze miasta, także te nie zawsze trafione czy gustowne. W narracji Żanny Słoniowskiej miasto istnieje nierozerwalnie z ludźmi, którzy je zamieszkują i współtworzą jego najnowszą historię. To nie jest już ten Lwów, który zakodował się w zbiorowej pamięci Polaków i który przestał istnieć w tej postaci po przymusowych wysiedleniach na Zachód po drugiej wojnie światowej. Posiada on swój ciąg dalszy, nowych mieszkańców. Tym razem dzielących się na miejscowych, czyli Ukraińców i nierozumiejących ich aspiracji przybyszy z głębi Związku Radzieckiego. Nowe granice państwowe, w który go wtłoczono, powodują, że pamięć narratorki przechowuje inne obrazy niż gdyby wychowała się w PRL-u. Najbardziej uderzyła mnie w „Domu z witrażem” właśnie ta inność – doświadczeń, oczekiwań, zapamiętanych smaków i szczegółów, a nawet przebiegu demonstracji i pieśni. Inne są tu przyczyny konfliktów i inny klucz do ich rozwiązania.

I jeszcze na koniec nie mogę nie wspomnieć o tym pięknym postulacie sformułowanym przez Mikołaja - osoby znaczącej w życiu Marianny, a jeszcze ważniejszej dla jej dorosłej córki - o tym, że powinna istnieć „narodowość lwowska”, która kumuluje w sobie to, co najlepszego pojawiało się przez wieki we Lwowie. I którą każdy powinien móc sobie wybrać za własną.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Arturo Pérez-Reverte, Cierpliwy snajper




Arturo Pérez-Reverte, Cierpliwy snajper, tłum. Joanna Karasek, wyd. Znak

Był taki czas, że Arturo Pérez-Reverte stał się moim odkryciem, prywatną przygodą po świecie tajemnic, sztuki i sensacji. Może akurat nie wciągnęłam się w jego cykl o kapitanie Alatriste z gatunku płaszcza i szpady (wyrosłam z takich opowieści, niestety), ale doskonale pamiętam wrażenie, jakie na mnie zrobiła choćby „Szachownica flamandzka”, „Ostania bitwa Templariusza” czy wręcz gotowa do ekranizacji „Królowa Południa”. Zresztą jedną z jego historii - „Klub Dumas” - wyreżyserował sam Roman Polański (i zepsuł ją, wycinając połowę wątków). I jeszcze ten dziwny smutek po lekturze „Batalisty”, w której Pérez-Reverte zwalnia rytm, a tematyką nawiązuje do swojego doświadczenia korespondenta wojennego i dziennikarskiej odpowiedzialności za los drugiego człowieka.

Cierpliwy snajper” wpisuje się w nurt przygodowo-sensacyjny z odniesieniami do działalności artystycznej, ten sam, który niegdyś tak mocno zawładnął moją wyobraźnią. Snajperów jest tu dwóch. Grafficiarz podpisujący swoje malunki tagiem Sniper, od lat bożyszcze i idol młodych-gniewnych, buszujących nocami po Madrycie, Lizbonie, Weronie i Neapolu (i nie tylko) z puszkami farby i próbujących zostawić na ścianach, murach, pociągach czy posągach swój znak. Drugim można określić główną bohaterkę tej książki – specjalistkę od sztuki ulicznej i wolnego strzelca, która na zlecenie pewnego wydawnictwa ma odnaleźć Snipera i namówić go na zgodę na wydanie zdjęć jego dzieł w luksusowym albumie. Lex nie jest jedyną osobą, która chce dorwać Snipera. Jej (a przy okazji i jego) śladem podążają ludzie wynajęci przez pewnego bogatego i wpływowego mężczyznę, który obwinia grafficiarza o śmierć syna.

I tu pierwszy zgrzyt – Lex aż nazbyt łatwo rozbija skorupę nieufności, która charakteryzuje środowisko writerów (tak nazywają siebie grafficiarze). Co prawda naszej bohaterce nie od razu udaje się spotkać z kimś, kto miałby ostatnio ze Sniperem bezpośrednio do czynienia. Ale jej wysiłki spotykają się z jako takim zrozumieniem, wreszcie z pomocą. Czego nie można powiedzieć o agentach od Lorenza Biscarruesa, który stracił syna Daniela dużo wcześniej niż Lex otrzymała zlecenie. Arturo Pérez-Reverte nie potrafi mnie przekonać, dlaczego akurat w tej sprawie Lex jest skuteczniejsza od zawodowców. Drugi zgrzyt – zakończenie, które wcale a wcale nie zaskakuje. Pod względem nieprzewidywalności „Cierpliwy snajper” to niestety klapa. Ale ma inny walor, który sprawia, że mimo wszystko warto przeczytać najnowszą powieść Péreza-Revertego.

Nigdy wcześniej nie zaprzątałam sobie głowy sztuką uliczną. Ba, nie miałam świadomości, że taka w ogóle istnieje. Na bazgroły na ścianach patrzyłam z niechęcią, nie widząc w nich niczego związanego ze sztuką, z wolnością wyrażania siebie czy z odrzucaniem społecznych reguł, które narzucają, co jest ładne i wartościowe, a więc może się dobrze sprzedać, a co nie. Po przeczytaniu „Cierpliwego snajpera” może nie zmieniłam do końca zdania na temat tego, co uważam za wandalizm, ale odkryłam zupełnie dla mnie nowy, nieznany świat.

Uniwersum młodych i zbuntowanych, idących pod prąd, negujących komercję, bezpieczeństwo i jakiekolwiek zasady. Podziemie artystów, nieważne lepszych czy gorszych, otwarte dla wszystkich, którzy mają odwagę i chęć. Próbujące się opierać oficjalnemu światu sztuki, który chce zawłaszczyć graffiti, prezentować je tylko wybranej publiczności. W końcu sprzedawać je, a zatem wykorzystywać jego dzikość i nieokiełznanie. „Cierpliwy snajper” opisuje tę walkę o zawłaszczenie dusz, o wielkie pieniądze, które zabijają autentyczność. Mocno akcentuje pragnienie zachowania niezależności za wszelką cenę. Przy okazji podejmuje temat roli autorytetów. Pyta o granice swobody i nieskrępowania w chwili, gdy prowokują one ryzykowne zachowania, kończą się tragedią.

Nie skreślam więc „Cierpliwego snajpera”, ponieważ mówi on tak wiele, tak wyczerpująco o współczesności i sztuce rozumianej całkowicie niekonwencjonalnie oraz zrośniętej ze specyficznym stylem życia i myślenia. Po dreszcz emocji i zaskakującą fabułę odsyłam jednak czytelników do wcześniejszych powieści Artura Péreza-Revertego.

niedziela, 19 kwietnia 2015

John Borrell, Nad Jeziorem Białym. Piekło i raj na ziemi. Polska oczami cudzoziemca



John Borrell, Nad Jeziorem Białym. Piekło i raj na ziemi. Polska oczami cudzoziemca, tłum. Dobromiła Jankowska, wyd. W.A.B.

Piękne kaszubskie jezioro, łąka i pobliski las. Spokój i sielanka. Dla Johna Borrella - ożenionego z Polką korespondenta prestiżowych agencji prasowych - wymarzone miejsce, by osiąść na stałe i zacząć nowe życie. Bez ciągłych wyjazdów, bez konfliktów zbrojnych i ludzkich nieszczęść, o których mógł tylko pisać, ale zaradzić im już nie potrafił. Jednak, tak jak w bajkach, gdzie najpierw trzeba się zmierzyć ze smokiem, by zdobyć skarb i serce królewny, tak samo Borrell musiał powalczyć o szczęśliwą przyszłość swojej rodziny w Polsce.

Spojrzenie kogoś z zewnątrz może uświadomić, że to, co uważamy za normalne i oczywiste, tak naprawdę jest czymś chorym, wymagającym zmiany. I nie chodzi tu o stawianie własnych norm wyżej od miejscowych dla zasady, że moje jest lepsze, bo jest moje i kropka. Albo szukania na siłę ciekawostek, które pokażą gospodarzy jako dziwaków lub w najlepszym razie jako osoby komiczne. Tego Borrell nie robi. Dziennikarza, który po 89. roku wybrał Polskę na swój dom, najbardziej dotknęła bezkarność lokalnych przedstawicieli władzy, oczekiwanie na łapówki i wykorzystywanie urzędów do własnych celów. Brzmi znajomo? Czy nie jest to tym, co nam najbardziej uwiera, na co narzekamy? Borrell poszedł dalej, bo nie bał się przeciwstawić miejscowym układom i postanowił z nimi walczyć zanim jeszcze zaczęto głośno mówić o korupcji. Nie miał wkodowane, że nic się nie da zrobić. Że lepiej zapłacić i mieć święty spokój. Jego książka to w dużej mierze opis tych zmagań. Ale nie tylko.

Są fragmenty, gdy „Nad Jeziorem Białym” wydaje się być bardziej skierowane do zagranicznego czytelnika, któremu Borrell tłumaczy zawiłości polskiej historii (trzeba przyznać, że podkreśla głównie pozytywy). Wyjaśnia również, jak komunistyczne rządy wpłynęły na polską mentalność i postrzeganie świata (a to już takie miłe nie jest). I jak wyglądała codzienna praktyka Polaków radzenia sobie z typowym dla PRL-u stanem niedoboru towarów i jedzenia. Ta część była ciekawa nawet dla mnie, wychowanej u schyłku poprzedniego ustroju. Bo powiedzmy sobie szczerze, że to nie na dzieciach spoczywa obowiązek i ciężar organizowania zaopatrzenia, tylko na dorosłych. Wyobrażam sobie, jak bardzo te opisy muszą się wydawać nieprawdopodobne obecnemu młodemu pokoleniu, przyzwyczajonemu do tego, że wszystko jest pod ręką. Borrell dodatkowo konfrontuje te fragmenty z własnymi wspomnieniami z rodzinnej Nowej Zelandii.

Pisząc o polskiej zawiści i nieufności wobec innych, podaje także przykłady z kraju dzieciństwa oraz pobliskiej Australii, które nie stawiają nas w aż tak złym świetle. To jedne z wielu oznak tego, że autor stara się zachować obiektywizm i rzeczowość, co z pewnością nie było łatwe, gdy taka bezrozumna zawiść i zazdrość były skierowane przeciwko niemu. Ta rzeczowość ma tylko jedną wadę – narracja Borrella wydaje się trochę zbyt chłodna emocjonalnie. I za bardzo drobiazgowa, gdy opisuje z detalami prowadzone przez siebie interesy (może akurat dla kogoś innego będą to użyteczne wskazówki). Szczególnie, gdy porówna się ją z książkami Andrew Tarnowskiego *, Polaka urodzonego i wychowanego za granicą, który dopiero jako dorosły człowiek miał możliwość poznania Polski i jej mieszkańców od każdej strony, dobrej i złej.

Niemniej polecam książki obu panów jako fascynujący i dający do myślenia wgląd w polski stosunek do życia. Za pokazanie jak nasz sposób postrzegania rzeczywistości zmieniał się wraz z otwarciem granic i nowymi możliwościami. Oraz za sympatię i życzliwość autorów, zazwyczaj odwzajemnianą, choć nie było to regułą.



* „Ostatni mazur” oraz „Rdzawe szable, blade kości. Jak zostałem mazurskim chłopem”

sobota, 18 kwietnia 2015

Sachi Parker, Frederick Stroppel, Szczęściara! Moje życie z Shirley MacLaine, a raczej bez niej




Sachi Parker, Frederick Stroppel, Szczęściara! Moje życie z Shirley MacLaine, a raczej bez niej, tłum. Małgorzata Maruszkin, wyd. W.A.B.

Na okładce widać dwie okrągłe buzie, włosy tak samo przycięte na pazia z charakterystyczną, prostą grzywką. Te same niebieskie oczy i wyraz twarzy, to samo wydęcie czerwonych ust. To Shirley MacLaine ze swoją kilkuletnią córeczką Sachi. Już niedługo ta mała dziewczynka wyjedzie do Japonii, by dorastać u boku ojca, czarującego Amerykanina o nieokreślonej profesji. Wieczorami będzie chodzić w jego towarzystwie i u boku jego kochanki do klubów nocnych, a w dzień dzięki japońskiej guwernantce nasiąknie kulturą japońską i sposobem bycia, które w przyszłości, poza granicami Japonii okażą się zbyt krępujące jak na europejskie i amerykańskie standardy. I wpakują bohaterkę tej książki w niejedne uczuciowe tarapaty. Jednak tym, co dla niej pozostanie na zawsze najważniejsze i najmniej przewidywalne to relacje z rodzicami, ich nietypowe małżeństwo na odległość, własny brak pewności co do jutra. To o nich pisze najwięcej.

Sachi Parker nie osiągnęła sławy ani wielkich pieniędzy. Jej wychowaniu towarzyszyła miłość, ale była ona wydzielana kapryśnie i chaotycznie. Czasami wręcz jej brakło. Jej życie znaczyła niepewność wobec reguł, które dowolnie narzucali bądź odwoływali rodzice. Brak odpowiedniego wykształcenia i przymus samodzielności bez zapewnienia jakiejkolwiek bazy szokują w zestawieniu z możliwościami jednej z najbardziej wziętych aktorek Hollywood. Jeszcze bardziej bulwersujące są inne szczegóły z życiorysu Parker, a których źródłem byli rodzice. Jak widać w latach 50. i 60. wychowanie dziecka wcale nie musiało być bardziej konwencjonalne niż teraz. A może po prostu Sachi Parker miała pecha?

Wiadomo, że w autobiografiach tego typu, dotyczących osób znanych i sławnych, mogą się znajdować przekłamania spowodowane urazami, gniewem lub zwyczajną chęcią zrobienia na złość. Dlatego rewelacje Parker staram się traktować z przymrużeniem oka, chociaż nie mogę nie zauważyć, że nie używa ona złośliwego, ciętego języka, a w jej wspomnieniach znajdziemy też wiele pozytywnych wzmianek. Do samego końca Parker sprawia wrażenie prostodusznej i pogodnej, w młodości nieco fajtłapowatej i zagubionej, ale zawsze sympatycznej. Bezradnej wobec fanaberii dorosłych, którzy winni jej byli opiekę, a przynajmniej emocjonalne wsparcie.

Szczęściarę!” połknęłam w jeden dzień. Potraktowałam ją jako niezobowiązujący przerywnik, chociaż podczas lektury często zdarzało mi się podnosić do góry brwi ze zdumienia. Ponieważ to, co można zrobić złego i niewłaściwego z własnym dzieckiem, jest wręcz nieprawdopodobne i nie potrzeba do tego fizycznej przemocy. A poświęcenie go w imię urojonej idei wydaje się wręcz chore! Jeśli choć połowa opisywanych w „Szczęściarze!” wydarzeń jest prawdą, to cud, że jej autorka nie stała się zgorzkniała i przepełniona żółcią. Zresztą dlatego właśnie uważa się za szczęściarę.

Lektura dla tych, którzy lubią znać życie celebrytów od podszewki. Zwłaszcza tak ujmujących na pierwszy rzut oka i niewątpliwie utalentowanych jak Shirley MacLaine.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Adam Węgłowski, Bardzo polska historia wszystkiego



Adam Węgłowski, Bardzo polska historia wszystkiego, wyd. Znak Horyzont

Wystarczy rzucić okiem na spis treści, by się przekonać, że w „Bardzo polskiej historii wszystkiego” jest o czym czytać. „Matka voodoo była Polką” - to pierwszy rozdział, „Kolumb był Polakiem” - drugi, „Kuba Rozpruwacz był Polakiem” - trzeci z kolei. I tak dalej, i tak dalej. Do tego jeszcze James Bond i Indiana Jones, Frankenstein i Golem, a nawet... Stalin! Sami Polacy. Oczywiście, jak się okaże nie w dosłownym sensie, zwłaszcza w przypadku postaci fikcyjnych (i uff, dotyczy to również najprawdopodobniej Stalina).

Węgłowski rzuca bowiem takie hasła celowo, by przykuć naszą uwagę, a sam przedstawia wyniki swoich badań i poszukiwań w otwarty, pozbawiony kategoryczności sposób. Czyni tak, by pobudzić wyobraźnię czytelnika, zasugerować, że w mrokach dziejów mogą się kryć różne smakowite z polskiego punktu widzenia kąski. Autorowi nie chodzi o to, by na siłę dopasować daną teorię do faktów, choćby kosztem ich przeinaczenia lub przemilczenia. Przedstawia zawsze po kilka opcji, sięga do niejednej biografii. Wyciąga na wierzch konkretne argumenty, po czym przedstawia fakty, które pomagają je odrzucić lub obronić. Nie zawsze jest to możliwe z braku większej liczby źródeł informacji, o czym Węgłowski pisze wprost.

Widać, że Adam Węgłowski lubi swobodne buszowanie po pamiętnikach, kronikach, artykułach prasowych, naukowych książkach. To szukanie, takie "gonienie króliczka" ma dla niego taki sam sens, jak formułowanie jakiejś niezachwianej historycznej prawdy (ciekawe, czy naprawdę istnieją takie?). Pod koniec swojej książki wręcz zachęca do podejmowania się odkryć na własną rękę, do odkurzenia dawnych legend, wsłuchiwania się w emigracyjne opowieści. Jak słusznie zauważa, jeśli to nie my będziemy dogrzebywać się do opowieści o swoich bohaterach i nadawać im rozgłos, nikt za nas tego nie zrobi. Przykład Pragi pokazuje dobitnie, że historiami o Golemie można znakomicie wypromować miasto. Nawet jeśli ich pierwowzory – z czego mało kto zdaje sobie sprawę, włącznie z Czechami – miały miejsce w Poznaniu i Chełmie.

Rozumiem zamysł autora i go pochwalam, ponieważ dąży on do tego, aby historia jako dziedzina nauki stała się w potocznym rozumieniu synonimem przygody i wielu możliwości. Żeby nie kojarzyła się ze standardowym, wiejącym nudą i przymusem zestawem faktów i dat, który wynosimy ze szkoły. To jest plus tej książki. A minus? Na pewno jest nim to, że o niektórych postaciach Węgłowski mógłby napisać z większym rozmachem i mniej pobieżnie, np. o najlepszej kobiecie-szpiegu drugiej wojny światowej, Krystynie Skarbek. Ale może wtedy zabrakłoby miejsca na innych agentów: Czerniawskiego, który przekonał Niemców, że alianci planują desant pod Calais, nie w Normandii, co przesądziło o losie hitlerowskich Niemiec, czy Andrzeja Kowerskiego, który z drewnianą protezą zamiast nogi skakał ze spadochronu i brał udział w ryzykownych misjach.

I żeby było jasne: „Bardzo polska historia wszystkiego” to nie zbiór krzepiących anegdotek. Pojawiają się w niej także czarne charaktery czy niezbyt chlubne dla Polaków, ale dobrze udokumentowane zdarzenia. Czyta się dobrze, a o to chodzi w pozycji popularyzatorskiej.

piątek, 10 kwietnia 2015

Matthew Kneale, Anglicy na pokładzie



Matthew Kneale, Anglicy na pokładzie, wyd. Wydawnictwo Wiatr od Morza

Tasmania. W „Anglikach na pokładzie” jest ona albo domem albo więzieniem. Dawno utraconym rajskim ogrodem albo miejscem przemocy, chorób i śmierci. Piekłem, ale i wybawieniem skazańców. Przynajmniej dla tych, którym udało się uciec. Rozległą przestrzenią dla ambicji. Nadziei na nowy początek. I źle pojętego współczucia. Azylem. Niedościgłym marzeniem. Bezpowrotnie utraconą przeszłością.

Anglicy na pokładzie” to książka, o której już dawno powinnam coś napisać. Zdecydowanie zasługuje ona na wszelkie pochwały – ze względu na rozmach, z jakim została napisana (i przetłumaczona! ale o tym za chwilę), ujęcie tematu europejskiej kolonizacji antypodów i leżących u jej podstaw odrażających teorii naukowych (zogniskowanych w postaci lekarza Thomasa Pottera), tragicznego losu tasmańskich Aborygenów oraz pokazanie ich z różnych punktów widzenia. Ważny jest też język i styl nawiązujące do okresu, w którym trwa akcja, czyli do dziewiętnastego wieku, a które są jednocześnie zrozumiałe dla współczesnego czytelnika. Oraz wykorzystanie przez Matthew Kneale'a cech powieści marynistycznych, podróżniczych, wspomnieniowych, a nawet epistolarnych do pokazania rzeczywistości odbieranej przez bohaterów wywodzących się z różnych środowisk i kultur, mentalnych barier na jakie się natykają, konfliktów, które między nimi narastają. A co z tłumaczeniem?

Zazwyczaj po tytule danej książki podaję nazwisko osoby dokonującej przekładu. W końcu jej wkład jest niemal tak ważny, jak pomysłowość autora. W przypadku „Anglików ...” musiałbym zamieścić aż... 21 nazwisk! Ponieważ aż tylu narratorów posiada powieść Kneale'a, a celem wydawnictwa Wiatr od Morza (założonego przez Michała Alenowicza, zawodowego tłumacza literatury angielskiej) było, by głos każdego z nich został oddany przez inną osobę. Ten ambitny plan znakomicie się powiódł. Chociaż oznaczał różny nakład pracy poszczególnych tłumaczy, ponieważ niektórzy narratorzy pojawiają się w powieści epizodycznie, a z pozostałymi mamy do czynienia niemal do ostatniej strony.

Anglicy na pokładzie” łączą w sobie kilka wątków, z których najważniejszymi są: historia Peevaya, tasmańskiego Aborygena, urodzonego w wyniku gwałtu białego mężczyzny na miejscowej kobiecie, fantastyczny projekt pastora Wilsona, który na nowo odczytał biblijne wskazówki i postanowił udowodnić, że Eden wciąż istnieje, a znaleźć go można na Tasmanii oraz komiczne perypetie pechowych przemytników z Wyspy Man, którzy, zamiast bogacić się na francuskiej brandy, musieli uciekać przed angielską sprawiedliwością na drugi koniec świata. I ponownie spotkać tam tych przeklętych Anglików. Ich zmagania z losem dodają lekkości powieści, która przede wszystkim opowiada o niepotrzebnej, dokonanej w imieniu prawa zagładzie całej aborygeńskiej populacji Tasmanii.

Istnieje powiedzenie, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. „Anglicy na pokładzie” potwierdzają jak najbardziej tę życiową mądrość. Nie wszyscy ludzie, którzy się pojawiają na jej kartach są źli, bezmyślni i prymitywni. Część z nich to osoby głęboko przejęte losem innych, współczujące i pragnące im ulżyć. Jednak wizja tego, na czym polega dobre życie zależy od przysłowiowego „punktu siedzenia”, a szczęściem tak naprawdę jest to, czy od razu jesteśmy po stronie wygranych czy należymy do tych z góry skazanych na przegraną. Niby to nic nowego w historii ludzkości, ale boli.

Anglicy na pokładzie” to powieść odwołująca się do najlepszych tradycji literackich. Ma wiele do zaoferowania czytelnikom i bardzo dobrze się ją czyta. Zdecydowanie wyższa półka! 


Do przeczytania fragment powieści zamieszczony na stronie wydawnictwa:

niedziela, 29 marca 2015




Garth Nix, Clariel, tłum. Agnieszka Kuc, wyd. Wydawnictwo Literackie

Książki Gartha Nixa są idealne dla lubiących fantasy – pomysłowe i jedyne w swoim rodzaju, napisane z rozmachem i wprowadzające do światów, w których nie będziemy po raz setny czytać o elfach i krasnoludach. I to bez względu na to, czy sięgniemy po serię „Klucze do Królestwa” czy po któryś z tomów „Starego Królestwa” (wbrew podobieństwu nazw stanowią one odrębne całości i opierają się na innym założeniu fabularnym). Z powieściami obu cyklów Nixa zapoznałam się już kilka lat temu i pamiętam, jak dobrze i przyjemnie mi się je czytało (chociaż klasyfikowane są jako literatura młodzieżowa). Dlatego z wielką ochotą sięgnęłam po najnowszą książkę australijskiego pisarza, czyli właśnie po „Clariel”, tematycznie należącą do „Starego Królestwa”, a której akcja rozgrywa się sześćset lat wcześniej niż w „Sabriel”, pierwszej części tej serii.

Garth Nix ma to do siebie, że jeśli nawet sięga po jakiś motyw częsty w literaturze popularnej, potrafi nadać mu nową jakość, nie zatrzymuje się w pół kroku, jak przytrafia się to niestety wielu autorom fantasy. Weźmy jako przykład samą Clariel. Jest młoda, niezależna, ma swój pomysł na życie. Nie interesuje ją moda ani ewentualne zamążpójście. Swoje miejsce widzi w lesie, na samotnych polowaniach. Prawda, że aż za dobrze przypomina inne młode gniewne? Z tym, że w trakcie lektury książki Nixa wychodzi na jaw, że upodobania Clariel nie biorą się z powietrza (bo tak napisał autor i nie ma dyskusji), tylko wynikają z cech odziedziczonych po przodkach. Do nich należy również wpadanie w bojowy szał czy wyczuwanie tzw. Magii Kodeksu. Są to jednak zdolności, którymi Clariel, podobnie inni bohaterowie wywodzący się z jej rodziny, jest obdarzona nierówno. Podczas gdy jedne ją fascynują i chce je rozwijać, inne nie budzą w niej emocji i nie ma na ich polu większych sukcesów. Na jej przykładzie widać, że Nix nie upraszcza swoich postaci. Nie będę przekonywać, że zostały one przedstawione z psychologiczną głębią, bo to jednak literatura przygodowa i nie ma tu miejsca na podobne portrety. Ale mogę zaręczyć, że bohaterowie Niksa są wiarygodni, mają swoje mocne i słabe strony, targają nimi różne pragnienia i ambicje, nie są papierowi. Dlatego ich perypetie są takie wciągające i jest w nich zawsze element niepewności, zaskoczenia. Co ciekawe nie tylko Clariel nie ma ochoty na wypełnianie powinności, które na niej ciążą jako bliskiej krewnej rodziny królewskiej i rodu Abhorsenów, z których wywodzą się obrońcy ludzi i życia przed Wolną Magią i zmarłymi.

No właśnie, kwestia magii, czarów i zaklęć. Oryginalność powieści „Starego Królestwa” zasadza się właśnie na podziale magii, ale nie na dobrą, złą, białą czy czarną. Raczej na taką, która służy życiu i je chroni (Magia Kodeksu). I na taką, która wykorzystuje emocje, instynkty, a także różnego rodzaju magiczne istoty. To Wolna Magia, łatwiejsza w użyciu, a zarazem niebezpieczna, bo wykorzystująca najmniejszą słabość jej użytkowników i błyskawicznie zwracająca się przeciw nim. Jeden rodzaj magii oznacza porządek, bezpieczeństwo i przewidywalność, drugi – wolność, chaos i anarchię.

Clariel żyje w świecie, w którym nie wierzy się już w niszczycielską moc Wolnej Magii ani nie poważa Magii Kodeksu. Nie przeciwstawia się temu stanu rzeczy ani ród Abhorsenów, którego głowa oddaje się rozrywkom zamiast obowiązkom, ani król, który wycofał się z zarządzania krajem. Problem w tym, że są ludzie ambitni, którzy chcą wypełnić powstałą próżnię i przejąć pełnię władzy. A rodzina Clariel, ze względu na swoje rodzinne koneksje, może być w tym użyteczna, jak i stanąć im drodze. W dodatku pewien rybak znajduje na morskim brzegu dziwną, zapieczętowaną srebrem butelkę. Otwiera ją i... wypuszcza na świat dawno tu niewidzianego ducha Wolnej Magii. I to są najpoważniejsze niebezpieczeństwa, którym musi stawić czoło Clariel wbrew swoim marzeniom o cichych leśnych ostępach.

Chciałbym napisać, że „Clariel”, jak i pozostałe książki Nixa, to pozycje obowiązkowe dla każdego miłośnika fantasy. Oraz dla każdego innego czytelnika, który pragnąłby się przekonać, że także i ten typ literatury ma do zaoferowania coś więcej niż szablonowe rozwiązania i schematycznie potraktowane postacie. Ale nie napiszę. Bo czytanie Nixa to przyjemność i świetna przygoda, nie obowiązek :)



czwartek, 26 marca 2015

Valérie Trierweiler, Dziękuję za te chwile




Trierweiler, Dziękuję za te chwile, tłum. Michał Krzykawski, wyd. Black Publishing

O Valérie Trierweiler usłyszałam po raz pierwszy ponad rok temu, gdy świat obiegła informacja, że jej życiowy partner, prezydent Francji François Hollande oficjalnie zakończył ich związek. Nie było tajemnicą, że przyczynił się do tego jego romans z inną kobietą. „Dziękuję za te chwile” jest odpowiedzią Trierweiler na suchy komunikat prasowy, którym posłużył się Hollande. Reakcją kobiety nie tyle zdradzonej, co zawiedzionej o jeden raz za dużo i głęboko zranionej.

Można oczywiście zadać pytania, czy wszystkie sytuacje, które opisuje była pierwsza dama Francji rzeczywiście miały miejsce? Czy jej odczucia nie były zbyt subiektywne? I czy naprawdę miewała większe wyczucie polityczne i trzeźwiejszy osąd niż jej partner? Trudno mi na nie odpowiedzieć. Zwłaszcza na to ostatnie. Pod tym względem „Dziękuję za te chwile” może się okazać dużo ciekawsze dla Francuzów na bieżąco śledzących meandry polityki wewnętrznej swojego kraj. Po lekturze książki Valérie Trierweiler wiem jednak, że jej wyznania nie są histerycznym, emocjonalnym bełkotem. Może trochę chaotyczne, ale napisane zostały przez osobę racjonalną, kogoś aktywnego i obdarzonego umiejętnością analizowania. I kto nigdy nie widział się wyłącznie w roli pięknego dodatku do mężczyzny sukcesu.

Potok czasem gorzkich spostrzeżeń i słów to efekt kilkuletniego milczenia na swój temat i prób ignorowania wydawanych odgórnie sądów wobec jej osoby. Postrzeganej przez media - których o ironio! sama była częścią jako dziennikarka - jako niszczycielkę cudzych małżeństw, „burżujkę”, której władza uderzyła do głowy i chętnie trwoniącą publiczne pieniądze. Valérie Trierweiler broni się opowieściami o satysfakcjonującej działalności charytatywnej, zakupach w dyskontach i korzystaniu z last minute, rozumieniu postawy nieakceptujących jej u boku ojca dzieci Hollande'a, o ubogim, ale szczęśliwym dzieciństwie. Wreszcie o drobnych szansach podsuwanych przez los (w osobie samego prezydenta Mitteranda) oraz pracowitości, które mimo braku ukończenia którejś z prestiżowych szkół wyższych pozwoliły jej zdobywać doświadczenie w dziennikarstwie politycznym i wreszcie uznanie w zawodzie. To z tego okresu pochodzi jej przyjaźń z Hollandem, która dopiero po kilkunastu latach przerodzi się w coś głębszego. A i wtedy - trzeba o tym pamiętać – nikt w Hollandzie nie widział przyszłego prezydenta.

To, co jednak Valérie Trierweiler boli najbardziej, to zmiany w stosunku do niej ze strony ukochanego mężczyzny, którego chciała profesjonalnie wspierać wiedzą zdobytą poprzez lata pracy w mediach. Po wygranych wyborach coraz częściej demonstrował on w ich związku obojętność, brak empatii i zainteresowania jej sprawami. Pojawiały się przykre uwagi, ignorowanie dobrych rad, a co gorsza dwulicowość i brak zaufania okazywane przy okazji spraw prywatnych i zawodowych.

Z kart „Dziękuję za te chwile” wyłania się portret kobiety nowoczesnej, inaczej pojmującej partnerstwo i zaangażowanej nie tylko na polu uczuć. Jej wyznania odsłaniają wiele, ale nie przekraczają granic dobrego smaku czy najgłębiej pojmowanej prywatności. Dlatego ktoś, kto lubi plotki nie dowie się, co prezydencka para jadała na śniadania ani co szeptała sobie w intymnych chwilach. Z książki Valérie Trierweiler bije rozżalenie i potrzeba rozwiania wszelkich wątpliwości. Ale nie tylko. Czuć w niej też silne poczucie własnej wartości, która nie pozwala na przełykanie kolejnych gorzkich pigułek. Życzę autorce, by wydanie „Dziękuję za te chwile” wyzwoliło ją od przeszłości. Zresztą taki chyba był jej zamiar.

czwartek, 12 marca 2015

Lydia Netzer, W blasku gwiazd




Lydia Netzer, W blasku gwiazd, tłum. Maria Zawadzka, wyd. Black Publishing

Przedziwna, naprawdę przedziwna jest ta książka. Długo nie mogłam się w nią wgryźć, pojąć, w którym kierunku zmierza opisana w niej historia. Zatrzymywałam się na pewnych fragmentach, trochę przejęta ich treścią i przekazem, trochę zaciekawiona, jak mają się one do reszty, czy są tym ważniejszym ogniwem spajającym całość? „W blasku gwiazd” trzeba czytać powoli, cierpliwie, bez oczekiwań na dynamiczną akcję. Chociaż niekiedy dzieje się tam dużo. Nie bez znaczenia są pojawiające się w książce wątki obyczajowe, miłosne, a nawet science-fiction przywołujące skojarzenia z niedawnym hitem kinowym „Grawitacją”.

Główną bohaterką „W blasku gwiazd” jest Sunny, którą poznajemy w przełomowym dla niej momencie. Sunny jest bogatą mieszkanką przedmieść, duszą towarzystwa, wśród którego zamieszkała z mężem i dzieckiem kilka lat temu. Nikt nie wie, że Sunny jest osobą łysą od urodzenia, pozbawioną nie tylko włosów na głowie, ale nawet brwi i rzęs. Peruki na każdą okazję, ładny, wytwornie urządzony dom mają odwrócić uwagę od tego faktu. Podobnie jak od ekscentryczności (dziwaczności) męża naukowca i kilkuletniego Bubbera, który odziedziczył autystyczne geny ojca. Sunny ponownie jest w ciąży, podczas gdy Maxon, jej mąż, zmierza rakietą na księżyc, matka podłączona do szpitalnej aparatury powoli umiera, a synek – mimo leków, testów i wizyt u lekarzy – zostaje wydalony z przedszkola. Wypadek samochodowy, któremu ulega Sunny, zrywa z jej głowy perukę. Znajomi i przyjaciele po raz pierwszy widzą ją bez włosów. Lecz to nie ich reakcja, ale wewnętrzna decyzja Sunny sprawia, że odrzuca ona dotychczasowe przebranie.

Odtąd autorka stosuje metodę powolnego posuwania akcji do przodu, kierując naszą uwagę przede wszystkim ku przeszłości, którą poznajemy z perspektywy nie tylko Sunny, ale również Maxona, a nawet Emmy, jej matki. W tym wypadku Netzer pozornie rezygnuje z ciągłości, a życie jej bohaterów przypomina pokaz slajdów. W obrazkach tych nie jest najważniejsza chronologia, ale informacje, jakie one niosą, zwłaszcza ładunek emocjonalny. Oraz prawdę o Sunny, Emmie, Maxonie i Bubberze. Taką ich własną, pozbawioną upiększeń na rzecz innych, a jednocześnie piękną. Sunny wciąż jest najważniejsza, tak jak jej macierzyńskie lęki i miłość, w imię których chciała dostosować swoją rodzinę do innych rodzin. Wydarzenia z przeszłości pokazują, że było to niepotrzebne, nieracjonalne, aczkolwiek zrozumiałe.

W blasku gwiazd” porusza wiele kwestii. Nieograniczoną głębię miłości rodzicielskiej. Czasem niełatwy, bo wymagający innych umiejętności związek z człowiekiem dotkniętym autyzmem, ale też otwierający nowe horyzonty i w szczególny sposób wspaniały. Oraz interesującą tezę, że być może to ludzie autystyczni są następnym krokiem ewolucji potrzebnym do skolonizowania kosmosu i radzenia sobie w ekstremalnych warunkach (wystarczy poobserwować Maxona, by dojść do wniosku, że to rzeczywiście możliwe, a jego „wady” w kilku przypadkach okazują się bardziej przydatne niż odczytywanie emocji z czyjejś twarzy).

Pozorne braki Sunny, Maxona i Bubbera tak naprawdę nie mają znaczenia. Odróżnialiby się, gdziekolwiek by nie zamieszkali. Liczy się to, co jest pomiędzy nimi. Być może nie jest to specjalnie odkrywcze przesłanie, ale podane w delikatny i wzbogacający czytelnika sposób. Autorka unika mówienia wprost, licząc na zmysł obserwacji czytelnika, który sam wyciągnie wnioski co do natury więzi pomiędzy bliskimi Sunny. Co ciekawe, „W blasku gwiazd” nie jest przesiąknięte niskim poczuciem wartości, którego można by się spodziewać po bohaterach tak nietypowych, odstających od tzw. normalnego, zdrowego ogółu. Może troszkę tu lęku Sunny, która nie chce, by ktoś stygmatyzował jej dzieci. I poczucia winy, gdy zdaje sobie ona sprawę z bezsensowności działań mających ukryć „defekty” jej samej oraz Maxona i Bubbera. Oraz tego, że mimo chęci nie jest w stanie odwdzięczyć się matce za jej bezgraniczną miłość i opiekę.

W blasku gwiazd” promieniuje pozytywną, bardzo subtelną energią. To jednocześnie największy aut tej powieści, ale też jej słabość, bo jak napisałam na początku, trzeba cierpliwie czekać, aż ukaże nam się jej pełny przekaz, zanim docenimy jej niekrzykliwą oryginalność. To nie jest książka do szybkiego połykania i czytania byle gdzie. „W blasku gwiazd” wymaga naszego czasu i uwagi. Dopiero wtedy nas sobą nagrodzi.

wtorek, 10 marca 2015

Robert Muchamore, Odwet




Robert Muchamore, Odwet, tłum. Bartłomiej Ulatowski, seria CHERUB, wyd. Egmont

Opowieści o dzieciach agentach wydają się oklepane i naciągane. Żałośnie naiwne. Jest jednak autor, który podjął się tej tematyki w taki sposób, że sama chętnie go czytuję na wyścigi z moim dzieckiem. To właśnie Robert Muchamore z jego dwiema powiązanymi z sobą seriami: „Chłopcami Hendersona”, których akcja rozgrywa się podczas drugiej wojny światowej oraz „CHERUBEM”, który dotyka współczesnych problemów związanych z handlem narkotykami, działalnością sekt, terroryzmem, przemytem kobiet, a nawet rabunkiem ziemi pod rozwój turystyki. Tego typu problematyka oraz poważne podejście autora do młodych czytelników powodują, że nie bez powodu na powieściach Muchamore'a widniej napis „Niewskazane dla czytelników poniżej 12 lat”.

Od razu uprzedzę, że nie ma obawy, by starszy uczeń podstawówki zapoznał się w tych książkach z wulgarnym słownictwem, które będzie gorsze niż to, które usłyszał już w szkole od kolegów. Albo że wpadnie mu/jej do głowy bez refleksji naśladować negatywne zachowania. Muchamore zachowuje zdrowy balans między złem a dobrem, chociaż nie rezygnuje z rozmaitych odcieni i niuansów, które sprawiają, że nawet dla dorosłych pewne sprawy nie są od razu oczywiste. Jego bohaterowie to zwykłe dzieciaki, które potrafią się czasem głupio zachowywać (przykład: sikanie z balkonu do doniczki, przezywanie się, robienie idiotycznych dowcipów), ale też muszą się uczyć, utrzymywać kondycję fizyczną i absolutnie nie przekraczać pewnych granic. Takie są zasady panujące na terenie kampusu organizacji CHERUB, która przygarnia zdolne (ale bez przesady) sieroty i daje im szansę na dobrą edukację i życie pełne przygód. Żeby nie było za słodko – także tutaj młodzi agenci, ich nauczyciele i instruktorzy żyją normalnym, niewyidealizowanym życiem. Lubią się, krytykują, czasem wręcz nie znoszą. Bo to, co się dzieje na misjach to jedno. Ale i codzienność w kampusie jest istotną częścią fabuły.

Biorąc udział w akcjach, młodzi agenci nie raz, nie dwa muszą wnikać w podejrzane środowiska. Na własne oczy widzą, do czego prowadzi nadużywanie narkotyków lub szybka chęć wzbogacenia się czyimś kosztem. Co prawda oni również podlegają pokusom, miewają wątpliwości i nie zawsze postępują mądrze (z dobrego serca lub braku doświadczenia), ale to tylko dodaje im wiarygodności. Podoba mi się, że przestępcy u Muchamore'a nie mają w sobie nic z dżentelmenów czy bohaterów, chociaż nie każdy z nich musi być gangsterem. Są pokazani realistycznie, a nie przedstawiani jako kontrowersyjny, ale atrakcyjny wzór do naśladowania na przekór nudnej rzeczywistości. Powieści z serii „CHERUB” uświadamiają wiele niełatwych kwestii. Na przykład, że nawet tak szlachetne i słuszne zajęcie jak obrona praw zwierząt może mieć swoją mroczną stronę. Że nie wszystkie rządy traktują równo swoich obywateli. I że wbrew pozorom sekty są najskuteczniejsze wobec inteligentnych, często wykształconych ludzi. Słowem, „CHERUB-y” wprowadzają w dorosłe życie i robią to w sposób przyciągający młodzież.

Odwet” jest najnowszą częścią cyklu, ale myślę, że nie ostatnią. Począwszy od „Kuriera” możemy śledzić losy pewnych osób, podglądać ich wybory życiowe, patrzeć jak dojrzewają i jak na misjach powoli zastępują ich nowi agenci. Powieści Muchamore'a są dynamiczne, pisane bez powielania pomysłów. Mimo zmian i upływu czasu zachowują fabularną ciągłość. A co najważniejsze – mają w sobie autentyzm. Najgorsze, co może młody czytelnik wynieść z powieści Muchamore'a, to chęć przyswojenia sobie brytyjskiego (?) zwyczaju żywienia się wyłącznie fast foodami i gotowymi daniami z mikrofalówki oraz rozrzucanie brudnych ubrań po podłodze ;) Temu można na szczęście zaradzić :) Nawet bez karnych rundek.

Seria CHERUB:
1. Rekrut
2. Kurier
3. Ucieczka
4. Świadek
5. Sekta
6. Bojownicy
7. Wpadka
8. Gangster
9. Lunatyk
10. Generał
11. Bandyci
12. Fala
13. Republika
14. Anioł Stróż
15. Czarny Piątek
16. Odwet

poniedziałek, 9 marca 2015

Cathi Hanauer, Jędza w domu, czyli co 26 kobiet myśli o seksie, samotności, pracy, macierzyństwie i małżeństwie




Cathi Hanauer, Jędza w domu, czyli co 26 kobiet myśli o seksie, samotności, pracy, macierzyństwie i małżeństwie, tłum. Anna Gren, wyd. Drzewo Babel

Czy oglądaliście może film „Uśmiech Mony Lizy”? To film, którego akcja rozgrywa się na początku lat 50. w Stanach Zjednoczonych. Trzydziestoletnia nauczycielka historii sztuki (Julia Roberts) zaczyna wykładać w konserwatywnym college'u dla dziewcząt z lepszych sfer. Pragnie pokazać swoim uczennicom, że świat stoi przed nimi otworem, że nie muszą zaraz po ukończeniu nauki wychodzić za mąż i mieć dzieci. Studentki są błyskotliwe, inteligentne, oczytane. Mają ambicje zdobyć dobry dyplom i... zaraz po nim wyjść za mąż. I niektóre z pewnością były szczęśliwe wiodąc takie właśnie życie. Inne musiały dobrze się maskować, żeby móc nadal obnosić się przed światem swoim małżeńskim sukcesem (tak, w filmie jest i taka postać). To te, których oczekiwania i wizja wspólnego szczęścia nie znalazły spełnienia. Z niedojrzałości, z braku doświadczenia, presji społecznej, z niedopasowania marzeń do rzeczywistości i prawdziwych potrzeb drugiego, realnego człowieka. Albo jeszcze z innych przyczyń.

Minęło kilkadziesiąt lat. Nikt nie oczekuje od kobiet, że będą zajmować się tylko domem, dziećmi i prasowaniem mężowskich koszul. Możliwości wydają się nieograniczone, ale zamiast szczęścia i poczucia spełnienia częściej pojawią się złość, frustracja i narastające zmęczenie. W głębi serca większość z nas czuje się strażniczkami domowego porządku czy najlepszymi matkami, które - nawet gdy nie chcą samodzielnie zajmować się domowymi sprawami - nie potrafią się nimi dzielić. Najtrwalszym obrazem z dzieciństwa wciąż u dziewczynek jest wyobrażenie ślubu w olśniewającej sukni i z welonem na głowie. A ciąg dalszy? Rzeczywistość? Tak jak w latach 50. lubi płatać figle.

Jędza w domu” Cathi Hanauer to 26 esejów na wielorakie tematy, napisane przez 26 kobiet, które łączy to, że są Amerykankami (ich sytuacja, możliwości i bagaż historyczno-kulturowy są jednak inne niż kobiet w Polsce) oraz to, że żyją ze słowa pisanego i umieją się nim sprawnie posługiwać, wyrażając myśli – są redaktorkami, recenzentkami książek, nauczycielkami akademickimi, pisarkami. Kobiety te znajdują się na różnych etapach życia, inaczej je oceniają, co innego je uwiera i inaczej sobie z tym radzą. Nawet jeśli będzie to oznaczać związek na odległość. Albo samotne wychowywanie dziecka.

Nieodpowiedni partner albo cudowny mąż/nie-mąż, z którym... rywalizujemy o uczucia dziecka! Wściekłość, którą coraz trudniej opanować, czasem wobec dzieci, czasem wobec chłopaka, któremu nie włącza się czerwona lampka na widok brudnych talerzy w zlewie. Pogodzenie się z tym, że miłość równa się coraz mniejszemu pożądaniu i ilości seksu w związki. Albo wprost przeciwnie. Wybór między marnowaniem energii na kolejne diety a przeznaczaniem jej na sprawy zawodowe i rodzinne, kosztem zdrowia i być może krótszego życia. Silne pragnienie dziecka i równoczesna satysfakcja z prowadzonego dotąd, bezdzietnego życia. Na pewno wszystkich tych przypadków (i pozostałych, o których nie nie wspomniałam) nie można traktować jako konkretnych porad pod tytułem „jak sobie radzić w związku i w rodzinie”. Są one efektem indywidualnych przemyśleń, konkretnych doświadczeń życiowych i potrzeb psychicznych. I nie trzeba się z nimi ani zgadzać, ani ich naśladować.

Czytając te historie, zastanawiałam się nie raz, co ich autorki porabiają obecnie. I czy są nadal zadowolone z powziętych kiedyś decyzji? „Jędza w domu” ukazała się w 2002 roku (polskie wydanie 2005). Siłą rzeczy, może tylko ze dwa, trzy eseje ze względu na wiek ich autorek można określić jako podsumowanie całości życia rodzinno-uczuciowego (a i to nie jest takie oczywiste ze względu na ich umysłową aktywność). Reszta jest odcięciem grubą kreską jakiegoś etapu. Dojściem do pewnych wniosków i wprowadzaniem ich w życie bez gwarancji, że dajmy na to za pięć lat dany sposób nadal będzie działać, a ambiwalentne uczucia przestaną nami na dobre rządzić. W historiach zawartych w „Jędzy w domu” znajdowałam pewne punkty styczne ze swoimi wątpliwościami i emocjami, choć jednocześnie część z nich brzmiała dla mnie dość egzotycznie – ze względu na inne warunki, w których żyję, przebyte doświadczenie i perspektywy.

Na pewno mogę zgodzić się z tym, że idealne wyobrażenie tego, jak powinien wyglądać związek oraz jak dobrze wychowywać dzieci (oczywiście, inaczej niż nasi rodzice ;) ), czynią nas bezbronnymi *. Autorki „Jędzy w domu” podjęły trud zrozumienia, co nie gra w ich domach, czego potrzebują i co jest istotne dla nich i ich bliskich. Czego pragną one same, a czego oczekuje najbliższe, także to życzliwe otoczenie. I czy są to zbieżne pragnienia czy tylko dobrze ukryta chęć sprawienia komuś przyjemności? To praca, która zasługuje na podziw i inspiruje do zastanowienia się nad sobą, nawet jeśli nie akceptujemy wszystkich rozwiązań.

A tak szczerze – fajnie byłoby poczytać o polskich jędzach! Drzewo Babel - co ty na to?

PS. Z drugą stroną medalu, czyli życiem z punktu widzenia mężczyzn można się zapoznać w bliźniaczym zbiorze „Drań na kanapie”.


* stąd moja niechęć i obrzydzenie wobec sagi „Zmierzch”

piątek, 6 marca 2015

Katarzyna Tubylewicz, Rówieśniczki




Katarzyna Tubylewicz, Rówieśniczki, czyta Anna Szawiel, wyd. Biblioteka Akustyczna

To prawda, że przy słuchaniu audiobooków równie ważny jak treść czytanej powieści jest głos lektora i jego umiejętność posługiwania się nim. Miałam już do czynienia z lektorką, której brakowało dykcji i płynności oraz taką, której głos brzmiał zbyt dojrzale jak na dwudziestoparoletnią narratorkę. Pierwszy przypadek* zdzierżyłam dzięki rewelacyjnym Annom: Seniuk i Guzik, zawodowym aktorkom, w drugim** – zrezygnowałam ze słuchania. W dodatku wolę czytających mężczyzn. To takie przyzwyczajenie nabyte dzięki telewizji, która w tej roli praktycznie nie zatrudniała żadnych kobiet, poza jedną i to z rzadka. Anna Szawiel, jak się okazało również aktorka, po odsłuchaniu powieści Tubylewicz, stała się moją kolejną ulubienicą, trzecią Anną, wyborną lektorką, dzięki której trzy bohaterki „Rówieśniczek” stanęły przede mną jak żywe. Zwłaszcza Sabina, prawdziwa gwiazda wśród plejady kobiecych postaci polskiej literatury. Ale to też zasługa przede wszystkim Katarzyny Tubylewicz.

Rówieśniczki” opowiadają o trzech przyjaciółkach z dzieciństwa, które po latach rozłąki spotykają się w Sztokholmie i próbują podjąć dawną znajomość w miejscu, w którym uległa ona... nie, nie zerwaniu, raczej rozmyciu. Nie jest to oczywiście możliwe. Chociaż wciąż widzą w sobie dziewczynki i znajome do bólu nastolatki, każda z nich od tego czasu zaszła o wiele dalej, zaznała doświadczeń, z którymi niekoniecznie chce lub umie się podzielić z pozostałymi. Jako czytelnicy/słuchacze poznamy ich sekrety i wątpliwości, podglądniemy je w sytuacjach samotności, w kontaktach z ludźmi z obecnego życia, przytłoczone zupełnie nowymi problemami do rozwiązania. Stopniowo dowiemy się, co spotkało je podczas wchodzenia w dorosłość. Teraźniejszą narrację będą uzupełniać wspomnienia z lat szkolnych, czasów największej przyjaźni. I tu ciekawostka – Katarzyna Tubylewicz nie idealizuje dziewczęcej zażyłości. Była ona trwała w kontrze do reszty świata, podczas gdy wewnątrz grupy dochodziło do przetasowań, drobnych złośliwostek i ustawiania. W tym negatywną rolę odgrywa przede wszystkim Sabina, najciekawsza postać powieści, mimo religijnej hipokryzji, manipulowania faktami i posługiwania się uproszczoną wizją rzeczywistości, która jest tylko czarno-biała.

W porównaniu z Zosią, która jako Sophie chce zatonąć bezboleśnie w szwedzkości u boku idealnego szwedzkiego męża, czy Joasią, która wbrew sobie podporządkowuje się interesom ambitnego męża, Sabina przewyższa je obie zaradnością i brakiem wątpliwości. Prze przez życie jak buldożer, żądając, by to inni dostosowali się do niej. I nie bierze pod uwagę odmowy. Jest fascynująco demoniczna i kołtuńska zarazem. Na szczęście jej nie tak krzykliwe koleżanki również mają swoje historie i nie pozwalają się jak kiedyś łatwo zdominować. Akurat męskie postacie stanowią raczej tło dla tego kobiecego tria. Panowie są zarysowani dość banalnie i stereotypowo, choć mają oczywiście do odegrania swoje role i wpływ na nasze bohaterki.

To, co najważniejsze w „Rówieśniczkach”, rozgrywa się pomiędzy kobietami, z czasem staje się impulsem do zmian. Niekoniecznie takich, jakich byśmy się spodziewali. Tubylewicz ma to do siebie, że ciekawie prowadzi narrację. Lubi wykorzystywać pewne schematy w naszym myśleniu, sugerować zwroty akcji, które okazują się czym innym, niż sądziliśmy, że będą. Całkiem sprytnie i nietypowo jak na historię, której celem jest zobrazowanie pozornie łatwych międzyludzkich relacji. Zwłaszcza między kobietami, które powinny być (przynajmniej wobec siebie) słodkie, współczujące i oddane. A nie są. Tubylewicz pozwala swoim bohaterkom być sobą. Czterdziestolatkami, które nie muszą udowadniać wszystkim, że są zawsze radosne jak Pollyanna czy romantyczne jak Ania z Zielonego Wzgórza.

Rówieśniczki” to opowieść obyczajowa, która wręcz kipi od emocji. Przy okazji pokazuje zaściankowość i piekiełko funkcjonowania polskiej ambasady (podobno to fikcyjny obraz, za to niepokojąco zbieżny z wizją polskiej placówki dyplomatycznej w Brukseli w "Bokserce" Grażyny Plebanek ). Niejednoznacznie odnosi się do Szwedów, wytykając im w najlepszym razie bezbarwność, poprawną tolerancję i udawany egalitaryzm. A przede wszystkim zrywa z mitem beztroskiego dzieciństwa i serdecznej przyjaźni na wieki. Amen.


KATARZYNA TUBYLEWICZ
Pisarka, publicystka i tłumaczka z języka szwedzkiego (przełożyła m.in. kilka powieści Majgull Axelsson i trylogię Jonasa Gardella). Od kilkunastu lat mieszka w Szwecji. W latach 2006–2012 była dyrektorką Instytutu Polskiego w Sztokholmie. „Rówieśniczki” są jej drugą powieścią, po debiutanckich „Własnych miejscach” z 2005 roku. 

Wywiad z Katarzyna Tubylewicz o "Rówieśniczkach":



*„Służące” Kathryn Stockett

**„Dobra krew” Magdaleny Skopek

czwartek, 5 marca 2015

Dionisios Sturis, Gdziekolwiek mnie rzucisz. Wyspa Man i Polacy. Historia splątania



Dionisios Sturis, Gdziekolwiek mnie rzucisz. Wyspa Man i Polacy. Historia splątania, seria Terra Incognita, wyd. W.A.B.

Za egzotycznie brzmiącym imieniem i nazwiskiem Dionisiosa Sturisa kryje się dziennikarz o grecko-polskich korzeniach, urodzony w Salonikach, ale wychowany w Polsce. Jego debiut - „Grecja. Gorzkie pomarańcze” - został nominowany do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. W tamtej książce Sturis opowiadał o dziejach greckiej części rodziny, losach Greków w Polsce, greckich cechach narodowych, powojennej historii Grecji i pięknie jej zakątków, a także o kryzysie ekonomicznym i innych współczesnych problemach tego kraju. Nie na próżno odwołuję się do treści pierwszej książki Sturisa. Charakteryzujący ją miszmasz, łączenie spraw prywatnych z wielką historią, widzenie świata przez zwykłych ludzi z ciekawostkami, spraw wielkich z pozornie małymi – wszystko to znajdziemy także w „Gdziekolwiek mnie rzucisz”, reportażu o Man, niewielkiej wyspie leżącej pomiędzy Irlandią a Wielką Brytanią, politycznie zależnej od tej ostatniej, ale też cieszącej się sporą autonomią.

Wyspa Man – raz przystań dla miejscowych przemytników, to znów raj dla bogaczy chcących uniknąć wysokich podatków. Luksusowe miejsce dla internowanych podczas obu wojen światowej i miejsce ćwiczeń dla brytyjskiego RAF-u. Pierwsze miejsce na świecie, gdzie kobiety ruszyły do urn wyborczych, a zarazem to, gdzie dopiero pod koniec ubiegłego stulecia zrezygnowano z kary chłosty dla czynnych homoseksualistów. Wreszcie – punkt docelowy polskich emigrantów, wśród których znalazł się swego czasu sam Sturis. Co prawda dziennikarz nie osiadł na stałe na wyspie, ale często tam powracał. Dwudziesty wyjazd wykorzystał, by spotkać się z przyjaciółmi, odświeżyć wspomnienia, poznać więcej faktów z przeszłości wyspy i zebrać materiał do tej właśnie książki.

W ten sposób powstał nowy reportaż, w którym poszczególne rozdziały są osobistymi historiami Sturisa, a częściowo należą do innych – polskich emigrantów, rodowitych Manxów i innych Brytyjczyków, którzy osiedlali się na wyspie w różnych okresach i z rozmaitych powodów. Dziennikarza interesują nie tylko znaczące nazwiska czy kluczowe daty. Równie ważne jest dla niego zdanie przyjaciółek poznanych w lokalnej małżowni, co przegląd okolicznych pubów i panujące w nich zwyczaje. Listy od staruszki wciąż zakochanej w polskim lotniku Stanisławie oraz relacje prasowe z wizyt w Polsce w latach 50., zdawane przez miejscową krawcową, której córka wyszła za mąż za Polaka. Są osoby i takie opowieści, do których Sturis wraca co jakiś czas, dorzucając coś nowego do swojej i naszej wiedzy. Nigdy nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle to nastąpi, o czym przeczytamy w kolejnym rozdziale.

Ten pozorny chaos i brak porządku wynagradza nam świadomość, że Dionisios Sturis pisze o tym, do czego sam ma emocjonalny stosunek i co go naprawdę ciekawi. Włącznie z tym, co potrafi zaobserwować w najbliższym otoczeniu, wśród zwykłych ludzi. To właśnie jest to, co wyróżnia jego reportaże – zarówno „Grecję. Gorzkie pomarańcze”, jak i „Gdziekolwiek mnie rzucisz”. W tym rozumieniu podtytuł drugiej książki „Historia splątania” nabiera podwójnego znaczenia, nieograniczonego tylko do obrazu wspólnego życia emigrantów i miejscowych. To także trafny opis stylu dziennikarza. Aż jestem ciekawa, ile jeszcze takich bliskich sercu miejsc zna autor? O którym z nich napisze następną książkę? Chętnie ją przeczytam, kołysana między faktami a intymnymi historiami, legendami a próbami uchwycenia tego czegoś, co sprawia, że dane miejsce i jego mieszkańcy są niepowtarzalni w świecie. Ponieważ Dionisios Sturis ma dar podawania tego wszystkiego w naprawdę zajmujący sposób.

Recenzja "Grecji. Gorzkich pomarańczy":
http://lowiskoksiazek.blogspot.com/2013/09/dionisios-sturis-grecja-gorzkie.html 

wtorek, 3 marca 2015

Błażej Przygodzki, Niech strawi cię płomień



Błażej Przygodzki, Niech strawi cię płomień, wyd. Wydawnictwo Literackie

O ile w poprzednim poście pisałam o głośnym thrillerze, który podczas lektury rozczarowująco okazał się powieścią psychologiczną z morderstwem w tle, o tyle najnowsza książka Błażeja Przygodzkiego jest niezaprzeczalnie powieścią sensacyjną, drugą już w dorobku tego wrocławskiego pisarza, a także scenarzysty i dziennikarza. Co ważne, dającą czytelnikowi dokładnie tego, czego oczekuje: dynamiczną akcję, konkretnych bohaterów, zagmatwane wątki, kilka ciekawych historii, niejasne powiązania i nieoczekiwane rozwikłanie tajemnic kilku osób. Może akurat w tym przypadku nie tak spektakularne, jak to miało miejsce w „Z chirurgiczną precyzją”, debiucie Przygodzkiego. Ale to w dalszym ciągu dobry przykład połączenia pomysłowości z solidnym warsztatem.

Pewnie nie bez znaczenia jest tu doświadczenie zawodowe Przygodzkiego, który m.in. jako dziennikarz brał udział w tworzeniu programu dokumentalnego „Gliniarze”, pokazującego „na żywo” pracę policji. Stąd znajomość u autora przebiegu policyjnych akcji, planowania i podejmowania określonych działań. Rzecz niezbędna, gdy twoim głównym bohaterem jest policjant. I pewnie z tego samego źródła wywodzą się charakterystyczne dla reportażu telewizyjnego krótkie ujęcia poszczególnych zdarzeń. Dość by coś się zadziało, zastanowiło czytelnika zanim akcja płynnie przejdzie do kolejnych wydarzeń i jej aktywnych uczestników. Jeżeli w prozie Przygodzkiego coś nie zaskakuje, to jest to fakt, że każda z jego postaci, nawet najbardziej drugo- i trzecioplanowa, ma swoją rolę do odegrania w całości intrygi. Każda sytuacja jest znacząca. Ale wbrew pozorom to nie jest równoznaczne z tym, że zamysł Błażeja Przygodzkiego jest łatwy do przejrzenia. I właśnie to w nim lubię.

Kto miał okazje wcześniej sięgnąć po „Z chirurgiczną precyzją”, ponownie zetknie się z komisarzem Niedźwiedzkim. Nowością będzie jego szef – karykatura brytyjskiego sposobu bycia i nieadekwatnych do polskich realiów pomysłów. Zupełnie nowi będą również: zamordowany malarz wziętych obrazów o treściach religijnych, jego żona oraz marszand, śliski, ale obrotny adwokat, studentka, która wikła się w niedwuznaczne sytuacje z jednym z nauczycieli akademickich. Za ich losami kryje się tragiczna przeszłość, do której dochodzimy razem z komisarzem Niedźwiedzkim.

Zdecydowanie dla zadeklarowanych miłośników kryminałów i thrillerów, które naprawdę nimi są!

Dla zainteresowanych link do recenzji "Z chirurgiczną precyzją":
http://lowiskoksiazek.blogspot.com/2013/03/bazej-przygodzki-z-chirurgiczna-precyzja.html 

A.S.A. Harrison, W cieniu




A.S.A. Harrison, W cieniu, tłum. Dorota Malina, wyd. Znak Literanova

Co się dzieje, gdy mężczyzna po wielu latach dobrego związku odchodzi do innej kobiety? Co go do tego popycha, co naraz staje się dla niego najważniejsze? Czy i co myśli o poprzedniej partnerce? A co z nią, pozostałą na gruzach dotychczasowego życia? A.S.A. Harrison w powieści „W cieniu” krok po kroku pokazuje rozpad dotychczasowych więzi, obnaża ich drugie dno, zagląda do myśli swoich bohaterów i dokonuje drobiazgowej analizy ich osobowości. Robi wszystko, by pokazać ich w najpełniejszym wymiarze. I cóż, to akurat mężczyzna jest tym, który wypada w tym porównaniu gorzej. To właśnie naprowadziło mnie na myśl, że pod nic nie mówiącymi inicjałami A.S.A. kryje się pisarka, nie pisarz. I rzeczywiście. Nie znam jednak zdania czytelnika-mężczyzny na temat tej książki. Być może to nie Todda, ale akurat Jodi odczytałby jako negatywną postać?

Na pewno autorka postarała się, byśmy poznali jej bohaterów jak najlepiej. Ułatwia to konstrukcja książki, podzielona na rozdziały, w których narratorem jest raz jedno z nich, raz drugie. Moment rozejścia się to także pretekst, by pokazać oboje jako oddzielne, indywidualne jednostki, które także przed poznaniem się i rozpoczęciem wspólnego życia, miały już swoją historię, swoje doświadczenia. To coś, co nas kształtuje i ma wpływ na nasze decyzje, również te względem ukochanego człowieka. W przypadku Jodi jest to tym bardziej widoczne, że po odejściu Todda wraca ona do wspomnień z terapii adlerowskiej, którą przeszła jako początkująca terapeutka, by lepiej wczuć się w położenie swoich przyszłych pacjentów. Oczywiście to czysta fikcja pamiętać słowo w słowo rozmowy prowadzone lata temu, ale literatura rządzi się swoimi prawami, więc można przymknąć na to oko. Lecz jest coś innego, czego nie potrafię zignorować. Coś, co przeszkadzało mi w odbiorze lektury.

Na okładce możemy przeczytać, że książka dostała nagrodę „Guardiana” dla najlepszego thrillera. To prawda, że zapowiedź morderstwa pojawia się bodajże już na drugiej stronie powieści. I jest to bardzo elektryzująca wiadomość. Jednak treść „W cieniu” ma w sobie niewiele stricte sensacyjnych elementów. Przede wszystkim „W cieniu” nie jest thrillerem, nawet psychologicznym. Ani kryminałem z głębią, chociaż w końcu dojdzie tu do spraw kryminalnych, które zmienią losy głównych bohaterów. A nawet doczekamy się śledztwa. Niemniej to nie one dominują w fabule.

A.S.Ę. Harrison bardziej pochłania rozpisanie osobowości swoich postaci na części pierwsze, ich wzajemne interakcje i odbiór świata, szczególnie po rozstaniu. Jeśli miałbym określić jej prozę, nazwałabym ją przede wszystkim psychologiczną, trochę obyczajową, ale na pewno nie sensacyjną. Dużo łatwiej zaczęło mi się czytać „W cieniu”, kiedy zrozumiałam, że mogę sobie odpuścić szukanie wątków kryminalnych. Chociaż na dłuższą metę grzebanie się w czyichś emocjach i myślach okazało się dla mnie trochę nudnawe („W cieniu” liczy w końcu ponad 300 stron) i po ponad połowie pozwalałam sobie czasami na przeskakiwanie tekstu wzrokiem. W końcu byłam przygotowana na inny typ literatury, a i ambitne podejście do tematu Harrison zwyczajnie mnie przerosło. Na szczęście, w nagrodę zakończenie okazało się niespodzianką i to pomysłowo niezwiązaną z Toddem.

W cieniu” to dobrze napisana i skonstruowana powieść, tylko niepotrzebnie i fałszywie sklasyfikowana jako thriller. Jako portret małżeństwa, które kończy się na skutek zdrady, jest boleśnie przekonujący, tchnie autentyzmem. I ma swój ciąg dalszy. Jedyne, czym grzeszy – przynajmniej w moich oczach – to drobiazgowość i nadmiar szczegółów. Sądzę jednak, że dla czytelników lubujących się w psychologicznych niuansach, „W cieniu” jest jak znalazł!

sobota, 28 lutego 2015

Mons Kallentoft, Duchy wiatru




Mons Kallentoft, Duchy wiatru, tłum. Anna Krochmal i Robert Kędzierski, wyd. Dom Wydawniczy REBIS

Niepełnosprawny staruszek wiesza się na kablu od dzwonka przywołującego pielęgniarkę. Samobójstwo? Być może, gdyby nie to, że zmarły miał w sobie dużą chęć do życia i ciekawość świata. Ba, jeszcze niedawno wysyłał listy krytykujące prywatną spółkę, która wykupiła za bezcen wiele państwowych domów starców, w tym także ten, w którym mieszkał. Po sekcji zwłok policja nie ma wątpliwości, że Konrad Karlsson nie zginął z własnej ręki. Brzmi to intrygująco, prawda? Ale „Duchy wiatru” to coś więcej niż tylko dobry pomysł na fabułę i kilka odpowiedzi do wyboru na pytanie: kto zabił? A to już zasługa autora powieści, kolejnej z cyklu, w której pojawia się komisarz Malin Fors.

Mons Kallentoft należy do tych skandynawskich pisarzy, dzięki którym literatura sensacyjna przestała być czczą rozrywką służącą zabijaniu czasu, a kryminały banalnymi czytadłami. Do tego Kallentoft wypracował swój własny wyrazisty styl, który wyróżnia go z tego i tak znakomitego grona. Zgrabna intryga jest tylko jego częścią, podobnie jak postać głównej bohaterki, Malin Fors. Fabuła pomysłowo nie skupia się wyłącznie na nich, chociaż to oczywiście oni są najważniejsi. Poszczególne rozdziały lub ich części to także wgląd w psychikę i życiowe sprawy mniej lub bardziej drugorzędnych postaci, co delikatnie sugeruje, że przełom może (ale nie musi) nastąpić z ich strony. Różne postawy i doświadczenia, bieżące przemyślenia to także sposób na pokazanie, że treść książki nie ogranicza się tylko do sprawy morderstwa, ale ma psychologiczną głębię, ważni są w niej ludzie jako tacy. Kallentoft oddaje głos nawet zmarłemu, który po śmierci obserwuje działania żywych, wspomina i rozlicza się z ziemską przeszłością. Nieprzypadkową dezorientację wprowadza również nieznany z imienia i nazwiska narrator, emocjonalny, chaotycznie wyrażający myśli, niepewny ostatecznego celu, do którego zmierza.

Mons Kallentoft stara się jak najnaturalniej oddać specyfikę prawdziwego życia, które - nawet wśród policjantów - nie kręci się tylko wokół przestępstw. Plusem jest też to, że jego powieści można czytać niezależnie od siebie. Wnioskuję to po „Duchach wiatru”, które mimo pewnych wzmianek o wydarzeniach z przeszłości, nie robią wrażenia historii wyrwanej z większej całości. Niemniej przyznaję, że z pewnymi wątkami dotyczącymi Malin Fors i jej kolegów z pracy chętnie bym się bliżej zapoznała. Tak jak z pomysłami Kallentofta na inne zbrodnie, które - być może tak jak w „Duchach wiatru” - są punktem wyjścia do pokazania jakiejś szerszej perspektywy, zwrócenia uwagi na jakiś ważny społecznie problem. W „Duchach wiatru” jest to kwestia zarabiania dużych pieniędzy kosztem najsłabszych. Nieproporcjonalność między zarobkami tych, którzy pracują najciężej, a tymi, którzy nimi zarządzają. Wreszcie nieunikniona zależność od innych, która przychodzi wraz z wiekiem.

Duchy wiatru” są harmonijnie skonstruowane, przemyślane w każdym szczególe. Nie da się ich czytać po łebkach. To znaczy można robić, tylko nie wiem po co. Szkoda marnować w ten sposób dobrą powieść. Lepiej przystosować się do jej tempa, dać się powoli wciągać do świata jej bohaterów i zastanowić nad naszym własnym. Czy czasem nie robi się za bardzo podobny do powieściowej rzeczywistości.

Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na wysoką jakość wydania książki. Cykl o Malin Fors to chyba jedyna seria kryminalna z tak przykuwającymi wzrok okładkami i w eleganckich obwolutach. Sam ich wygląd robi wrażenie.