środa, 31 sierpnia 2011

Przygoda nie tylko w stylu rokoko


Kerstin Gier, Czerwień Rubinu, wyd. Egmont

Ta powieść to wspaniały przykład na to, że można napisać coś lekkiego i niegłupiego zarazem. Coś, co przeczyta się błyskawicznie i z prawdziwą przyjemnością. Kerstin Gier świetnie oddała psychikę dorastającej dziewczyny – lojalnej wobec najbliższych, znającej swoją wartość i nieprzewrażliwionej na swoim punkcie, czułej jak to w przypadku nastolatki na wdzięki płci przeciwnej i robiącej wszystko, by nie wyszło to na jaw. To także przedstawicielka najmłodszego pokolenia, która wiedzy szuka w google'ach lub w wikipedii, a łacinę zna tylko ze słyszenia. W dodatku to półsierota z tej trochę gorszej części rodziny, w której pojawiają się arystokratyczne tytuły. Kiedy więc okazuje się, że to właśnie ona odziedziczyła zdolność przenoszenia się w czasie, czujemy razem z nią ekscytację i oszołomienie. Nadzwyczajna cecha (obok możliwości widzenia duchów i rozmów z nimi) otwiera wiele możliwości, ale i niesie dla osoby nieprzygotowanej wiele niebezpieczeństw. Gwendolyn w szybkim tempie musi przyswoić sobie jak najwięcej wiadomości, których powinna uczyć się od dziecka, by zapanować nad swoim darem. W dodatku okazuje się, że korzystanie z niego nie jest tylko niewinną rozrywką ani nawet sposobem badania minionych czasów. To misja, której cel został obmyślony przez hrabiego de Saint Germain. Ponieważ Gwendolyn jest już osobą niemal dorosłą i przywykłą do samodzielnego myślenia, przenikliwiej i krytyczniej ocenia różne sytuacje i ludzi, którzy pojawiają się w jej życiu zarówno w teraźniejszości, jak i w przeszłości. A ta kryje wiele niezrozumiałych zagadek, a nawet jedną rodzinną tajemnicę. Postępowanie Gwendolyn zaburza pewien ustalony porządek, a ona sama zaczyna zadawać sobie pytania, kto tak naprawdę w jej otoczeniu jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem.

Czerwień Rubinu” rozbudza ciekawość, zaspokaja ją, po czym znowu zaczyna intrygować. Ma momenty, które bawią i jest tak skonstruowana, że nie nudzimy się nią nawet na chwilę. To dobra literatura rozrywkowa, której cechy mają za zadanie uwieść czytelnika z kręgu młodzieży, ale jest przekonująca i dla dorosłego. Musi on tylko wcześniej przyjąć, że podróże w czasie są możliwe, a konfesjonał w kościele bywa awaryjnym miejscem przerzutowym. Dlaczego nie? W końcu po to czytamy, by oderwać się od rzeczywistości, a „Czerwień Rubinu” to gwarantuje.

Druga część cyklu pod tytułem „Błękit Szafiru” podobno już niebawem :)

Za książkę „Czerwień Rubinu” dziękuję wydawnictwu Egmont.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Fantastyczni z natury


Tomasz Kołodziejczak, Głowobójcy, wyd. Fabryka Słów

Tomasz Kołodziejczak dokonał rzeczy niemożliwej – zajrzał tysiące, a może nawet miliony lat w przyszłość ludzkości. Inne planety niż Ziemia, obce inteligencje, z którymi się współżyje i takie, po których zostały ledwie ślady, nowe religie, które tak samo jak stare dają człowiekowi złudzenie porządku i tak samo go więżą. Opowiadania z tomu „Głowobójcy” przypominają kalejdoskop – każde z nich to inny rzut oka, inny element przyszłości, inne emocje. Intrygi, zagrożenie ekoterroryzmem, badania archeologiczne w miastach nieznanych kosmicznych ras, ale i sportowe pasje, poczucie obowiązku i poszanowanie prawa, a nawet piękna historia miłosna rozdzielonych kochanków, dla których przez kilkadziesiąt lat jedynym łącznikiem był kot. Z rasy zmodyfikowanej genetycznie, stąd jak na koty długowieczny. Za to szanowany w społeczeństwie, które swoje życie oparło na staroegipskich wierzeniach.

Ludzie w opowiadaniach Kołodziejczaka zachowali swą naturę mimo niesamowitego postępu technologicznego i związanych z nim możliwościami. Podążając za modą, a czasem za koniecznością związaną z zawodem, deformują (a może upiększają) swoje ciała, wszczepiają sobie dodatkowe wtyczki lub żyjątka, które oczyszczą organizm z nadmiaru pewnych substancji. Będą walczyć o przetrwanie w trudnych warunkach, nawet gdy oznacza to działania odrażające (uwaga - postąpilibyśmy prawdopodobnie tak samo). Na porządku dziennym są emocjonalne uwikłania, lojalność, która przynosi tylko kłopot, a nawet próby szantażu. Zdarzają się zmiany prawa, które pociągają za sobą bunt i walkę, która jest z góry skazana na porażkę. Na topie jest bycie jak najbardziej naturalnym, co jest trudne w świecie legalnie dostępnych wspomagaczy, o jakich nam się nie śniło. Życie w realnym świecie popierają rządy i kościoły – tak wiele milionów zmarło podczas gier, nieświadoma i nieciekawa rzeczywistości... Oczywiście jedno z opowiadań prowadzone jest z punktu widzenia osoby, która akurat właśnie... gra! „Lotniarz” i „Wrócę do ciebie, kacie” mają jeszcze tę zaletę, że mimo wyraźnego zakończenia zdają się obiecywać jakiś ciąg dalszy. Może autor kiedyś podejmie się wyjaśnienia, jak dalej potoczył się przewrotny los Gofreya Saviano czy kata Van Dorna.

Tom „Głowobójcy” to wspaniała i przemyślana proza. Pełna konkretów, stopniowo wprowadzanych wyjaśnień i szczegółów, które nie przyćmiewają akcji. I różnorodna – raz sensacyjna, innym razem obyczajowa, a nawet bywa, że i romantyczna. Śmiało można powiedzieć, że wychodzi poza ramy literatury fantastyczno-naukowej. A może po prostu udowadnia, że nie gatunek jest ważny, tylko umiejętność pisania i wyobraźnia – tutaj obie imponujące.

Za książkę „Głowobójcy” dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Życie i śmierć po rosyjsku


Aleksandra Marinina, Obraz pośmiertny, wyd. W.A.B. oraz Biblioteka Akustyczna

Uczucia. Od nich się wszystko się kończy i zaczyna. W pisarstwie Marininy zajmują dużo miejsca, chociaż to jednocześnie najbardziej konsekwentne i pełne logiki kryminały, jakie zdarzyło mi się przeczytać (a w tym wypadku odsłuchać). Także w „Obrazie pośmiertnym” była pułkownik milicji tworzy pełnokrwiste, wyraziste postacie, które po swojemu radzą sobie z życiem. Bez względu na to, czy jest to uzależniona od kawy Nastazja Kamieńska, największy mózg analityczny moskiewskiej milicji, czy żona szefa wytwórni filmowej i jednocześnie córka bogatego bankowca, Ksenia – nimfomanka szukająca przygodnych kierowców samochodów produkcji rosyjskiej. Bo inni nie skusiliby się na jej zwiędłe wdzięki. Oczywiście o ile Kamieńska to główna bohaterka kryminałów Marininy, Ksenia jest jedną z wielu nowych osób występujących tylko w tej historii. A postacią, wokół której wszystko się kręci, jest uduszona Alina Waznis. Muza i wielka miłość reżysera wziętych thrillerów została zabita tuż przed zakończeniem ostatnich zdjęć do ich kolejnego wspólnego obrazu. Kamieńska ma nie lada orzech do zgryzienia – młodą aktorkę otaczało wielu wrogów. Od koleżanki po fachu, której zabrała ważną dla niej rolę, znajomego, który pożyczył od Aliny pieniądze i nie oddał ich w terminie, braci, których ojciec Aliny pominął, przydzielając córce całą biżuterię po matce, po Ksenię, która naubliżała jej bez powodu na przyjęciu w wytwórni... Piękna, utalentowana, mściwa, chłodna, wredna, zamknięta w sobie, inteligentna, ale nieczuła – obraz Aliny wyłaniający się z zebranych od znajomych opowieści nie stawia jej w najlepszym świetle. Jak inny jest od jej analiz oper czy dzienników przestudiowanych przez Kamieńską. A także od tych fragmentów powieści, w których autorka celowo przedstawia nam inną twarz Aliny, cofając się lata wstecz aż do jej dzieciństwa, kiedy poznajemy jej największy i wstydliwy sekret. Raz czujemy do zamordowanej współczucie i sympatię, innym razem – niedowierzenie wobec jej niektórych, jeszcze niedawnych postępków. I tylko to jest sygnałem, że coś tu nie gra.

Obraz pośmiertny” to intrygująca historia pewnego skrzywdzonego dziecka i wdzięcznej kobiety, której los - jak się okazało - zależał zawsze od otaczających ją mężczyzn. Budzi smutek, gdyż była bliska przełamania fatum i znalezienia osobistego szczęścia. To także fascynujący obraz rosyjskiego społeczeństwa po przemianach ustrojowych. Zwłaszcza, gdy poznajemy sposób, jak emerytowany milicjant może uniknąć zwerbowania przez mafię albo słyszymy narzekania żony innego, jeszcze w czynnej służbie, która pragnie, by mąż zajął się biznesem i zapewnił im lepsze życie niż mieszkanie w dwu niewielkich pokoikach z dziećmi i obłożnie chorą matką. To czas robienia szybkich fortun, które dają niezależność i nietykalność. Ale i także szukanie szczęścia na dalekiej Syberii, wśród której tajg można zacząć nowe życie. Pierwszy raz pojawia się u Aleksandry Marininy wątek niechęci do Rosjan ze strony Łotyszy. Nie jest on specjalnie rozwinięty. To bardziej stwierdzenie faktu niż wyjaśnienie przyczyn, które jednak dla mieszkańców naszej części Europy wydają się oczywiste.

Marinina nie pozwala na złapanie oddechu. Przenosi nas w świat pełen blokowisk i starych kamienic, w którym czujemy się jak ryby w wodzie. Czytając jej książki, można poczuć, jak mentalnie bliscy jesteśmy Rosjanom. Czy nam się to podoba czy nie. Czaruje nas swoją Asią Kamieńską, której zdolność wyciągania wniosków imponuje i jest jak najbardziej wiarygodna. Zdecydowanie polecam!

Za audiobook „Obraz pośmiertny” dziękuję wydawnictwu Biblioteka Akustyczna.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Agent do spraw nie tylko boskich


Jacek Piekara, Sługa Boży, wyd. Fabryka Słów

Jacek Piekara wykreował świat, w którym Chrystus zszedł z krzyża i z mieczem w ręku walczył z wrogami. To pierwszy sygnał, że mamy do czynienia z nietuzinkową fabułą. Drugi to inkwizytorzy, którzy wieki później dbają przy pomocy śledztw i tortur o to, by zbłąkane duszyczki trafiły do nieba. To postacie złowrogie i budzące postrach. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że ma do czynienia z bezmyślnymi rzeźnikami. Mordimer Madderdin, główny bohater cyklu Jacka Piekary o inkwizytorach, to człowiek inteligentny, elastyczny pod każdym względem (z wyjątkiem wiary), wykształcony w rozpoznawaniu herezji, kłamstw, sfałszowanych pism i w podejmowaniu szybkich decyzji. Nie gardzi przy tym zwykłymi ludzkimi przyjemnościami - niemal w każdym opowiadaniu „Sługi Bożego” przewija się postać co i rusz innej, jasnowłosej i biuściastej młodej kobiety. Jej wygląd odpowiada zresztą wyczytanemu przeze mnie zdaniu, że na dziesięciu mężczyzn dziewięciu lubi kobiety z dużymi piersiami, a temu dziesiątemu podoba się tych dziewięciu. To typowa próbka myślenia Madderdina, która, choć powinna wzbudzać oburzenie, wywołuje śmiech i za nic ma wszelką poprawność polityczną. Zresztą akcja opowiadań rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przeszłości, która z wielu względów kojarzy się ze średniowieczem. Wiele ksiąg jest zakazanych, paranie się nauką i alchemią może ściągnąć niepotrzebne zainteresowanie inkwizytorów, a mimo to zdarza się używanie czarów i przyzywanie dawnych bóstw. Ludzie są na bakier z higieną, a rozwój techniki pozostawia wiele do życzenia.

Mordimer zna się na ludzkiej naturze. Wie, kiedy interweniować, a kiedy dać spokój. Zdaje sobie sprawę, że przyczyną pewnych plotek może być zwykła ludzka zawiść lub podejrzana osoba ma większe wpływy i zamożniejszą sakiewkę niż on sam. Z właściwą sobie trzeźwością umysłu akceptuje porządek świata, w którym biedni zawsze będą biedni i kopani, a bogaci będą rządzić bez względu na zasługi. Jedyny wyjątek zachodzi wtedy, gdy istnieje możliwość herezji. Ale nawet wtedy trzeba zachować ostrożność, bo trudno coś udowodnić osobie, która ma odpowiednie znajomości i wpływy.

Sługa Boży” to wznowiony obecnie, jeden z wcześniejszych zbiorów opowiadań Jacka Piekary o inkwizytorze. Osobiście bardziej wolę jego późniejsze minipowieści. Ciekawie jest jednak zobaczyć, jak ewoluowała postać Mordimera Madderdina, jak liczniejsze niegdyś elementy fantastyki ustępowały pola niezwykłej umysłowości inkwizytora – przenikliwej, pozbawionej złudzeń i pełnej cynizmu, która nawet odruchy dobra tłumaczy w kategoriach korzyści. Ale za to wyciągającej go z niejednej opresji. Mimo takiego sposobu myślenia Mordimer wydaje się ludzki i po prostu sympatyczny. Trudno uwierzyć, że mógłby wykorzystać swój przenośny zestaw do robienia tortur. A na pewno to zrobi, gdy będzie miał uzasadnione podejrzenie, co do nieprawomyślności kandydata na przesłuchanie. Gdyby było inaczej, policzyłby się z nim jego Anioł Stróż – istota groźna i nieobliczalna, która nie ma nic wspólnego z cukierkowatym obrazem anioła chroniącego dzieci przechodzące obok przepaści.

Zdecydowanie polecam, bo tak intrygującej postaci jak Mordimer Madderdin nie było do tej pory w literaturze!

Za książkę dziękuję dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

Nie taki wampir straszny


Andrzej Pilipiuk, Księżniczka, wyd. Fabryka Słów

Księżniczka” Andrzeja Pilipiuka roi się od bardzo niezwykłych postaci – wampir i jego łowcy, długowieczne kuzynki i alchemik, golemy i inni. Główni bohaterowie zostali mimo swej, delikatnie mówiąc, nietypowości przedstawieni w ujmujący sposób. Ich życie jest długie, a wspomnienia potrafią sięgać niekiedy setek lat wstecz. Nic dziwnego, że tak dobrze orientują się w przeszłych zdarzeniach i dawno zapomnianych technikach, począwszy od robienia nalewek po tynkturę przedłużającą życie lub zrobienie własnej szabli. Przy czym są to opisy bardzo szczegółowe i ciekawe. W końcu, kto z nas wie, że przy torach kolejowych można znaleźć w stanie sproszkowanym tlenek żelaza. Albo jak osiągnąć temperaturę spalania kilku tysięcy stopni? Nie mówiąc już o bardziej współczesnym sposobie zmiany napisu na tablicy rejestracyjnej samochodu czy znajomości regulaminu krakowskich Plant, która pozwoli przemierzać parkowe ścieżki... konno! Wiedza autora pod tym względem jest naprawdę zdumiewająca. A wiadomości z biologii i historii, które nam serwuje przy pomocy swoich bohaterów-nauczycieli, znacznie wykraczają poza poziom szkolny. I nawet poza Europę. To wszystko sprawia, że tempo czytania wzrasta z każdą stroną. Co ciekawe, w tej przygodowej fabule kilkakrotnie spotkamy się z krytyką szkoły jako instytucji zabijającej samodzielność myślenia. Podczas gdy aż chciałoby się mieć takich szkolnych nauczycieli jak tytułowa księżniczka Monika Stiepankovic.

Świat według Pilipiuka ma swoją ciekawszą, ukrytą przed oczami większości ludzi stronę. To tu szanuje się dawne księgi i nie zapomina dokonań ludzkiej myśli. Włada się starożytnymi językami, zna się tajne przejścia i rytuały, postępuje z odwagą i pamięta hasła, które otworzą w razie potrzeby drzwi zaprzyjaźnionego zakonu. Poza tym spragnieni dynamicznej akcji dostaną tu sporą dawkę pościgów i ucieczek przed pewnym groźnym tajnym bractwem oraz scen walk z użyciem białej broni. W powieści nie zabrakło także akcentów humorystycznych, czego przykładem jest drugorzędna postać lektorki języka fusha z Sudanu, która od zatrudniającej ją uczelni domaga się ochrony przed wampirami (nie muszę dodawać, że bezskutecznie). Lub wyjaśnienie, skąd pomysł Dänikena, że cywilizacja Egipcjan powstała dzięki interwencji kosmitów. W czym ma swój udział pewna ożywiona na chwilę mumia z krakowskiego Muzeum Archeologii i wisząca nad jej głową żarówka.

Trzeba pamiętać, że „Księżniczka” jest kontynuacją poprzedniego, pierwszego tomu cyklu o kuzynkach Kruszewskich. Nie jest mi on znany, więc mogę dodać od siebie, że można zacząć czytanie od tomu drugiego. I liczyć się z tym, że po zakończeniu będzie się mieć chrapkę na pierwszy i trzeci tom jednocześnie. I to jedyne ryzyko. Ja nie żałuję. Plus dla wydawnictwa za eleganckie wydanie: twardą oprawę, tasiemkę-zakładkę i mieniący się roślinny motyw na okładce.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

sobota, 13 sierpnia 2011

Sprawa elfio-ludzka




Eleonora Ratkiewicz, Tae ekkejr!, wyd. Fabryka Słów

Eleonora Ratkiewicz pisze w charakterystyczny sposób. Jej styl jest emocjonalny, wymaga większej uwagi niż tylko prześlizgiwanie się wzrokiem po literach. Jeśli spełni się ten warunek, „Tae ekkejr!” wciąga bez reszty i sprawia, że zapomina się o upływającym czasie. Ten sposób pisania, pełen odniesień do myśli i uczuć ludzi (i nieludzi w tym przypadku), przypomina mi Aleksandrę Marininę. Być może to taka rosyjska cecha, dla mnie szalenie sympatyczna i miła.

Jak przystało na prawdziwe fantasy, znajdziemy w „Tae ekkejr!” przedstawicieli ludzi, elfów i krasnoludów. Autorka, w przeciwieństwie do innych pisarzy fantasy, nie poprzestaje na cechach charakterystycznych dla każdej z tych ras, które funkcjonują w literaturze chyba jeszcze od czasu „Władcy Pierścieni”. Owszem, i u niej elfy to piękne, długowieczne istoty ze szpiczastymi uszami, krasnoludy to m.in. doskonali rzemieślnicy, a ludzie to tylko krótkotrwali goście na scenie życia. Ale jak się tu okazuje - nie tylko.

Elfy i ludzie w świecie Eleonory Ratkiewicz znają się niewiele, a nawet wcale. Spotkanie księcia Lermetta z Ennearim przypomina zderzenie kultur, które wzajemna otwartość i ciekawość oraz poczucie wdzięczności - zamiast w nienawiść - przeradza powoli w przyjaźń. Inne zwyczaje, inna długość życia, a co za tym idzie, inne pojmowanie świata i opisywanie go językiem o specyficznej dla każdego ludu konstrukcji gramatycznej – to powody, dla których obu młodzieńcom tak trudno znaleźć na początku wspólny język. Co ciekawe, okazuje się, że i ludzie i elfy są dla siebie nawzajem intrygujący i obdarzeni cechami, które budzą w drugiej stronie zachwyt. To nowość w fantasy. A przynajmniej ja dotąd nie spotkałam się z podobnym ujęciem ludzko-elfich stosunków. Właściwie razem z Lermettem na nowo odkrywamy elfy, przy okazji dowiadując się wiele o królestwie, z którego pochodzi książę. Takie nagromadzenia szlachetności, dobrych obyczajów i rozsądku robi wrażenie. W wyobraźni Ratkiewicz stworzyła naprawdę wyjątkowe państwo. Niemal idealne, gdyby nie to, że nawet w takich miejscach jak z bajki znajdzie się jakiś czarny charakter gotowy uknuć groźną intrygę. I, o dziwo, mający swoje powody, z których wnika, że nawet prawość może wydać zatrute owoce.

W „Tae ekkejr!” akcja oraz procesy myślowe bohaterów to dwa równorzędne, przeplatające się ciągi. Stąd poczucie, że czasami dana sytuacja rozwija się zbyt wolno. Usatysfakcjonowani na pewno będą ci, których interesują tajniki ludzkiej (i nieludzkiej) duszy i przełamywanie barier kulturowych (także tych fantastycznych!) oraz ci, którzy lubią kibicować bohaterom podejmującym ważną misję. „Tae ekkejr” to pochwała przyjaźni, która ma trudny początek. Książka pozostawia po sobie miłe wrażenie, taki jakiś baśniowy posmak, poczucie, że warto otworzyć się na innego i spojrzeć na świat jego oczami. Dlatego warto po nią sięgnąć.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów

wtorek, 9 sierpnia 2011

Szczęście zaczytanych bez pamięci


Simon Leys, Szczęście małych rybek, wyd. Drzewo Babel

Polubiłam go od pierwszych stron. Jest jak przyjaciel, którego głosu się nie zna, który mieszka na drugim końcu świata, a w którym wyczuwa się taką samą pasję. Simon Leys to belgijski sinolog, tłumacz, pisarz i krytyk literacki mieszkający na stałe w Australii. Drzewo Babel zaprezentowało nam zbiorek jego felietonów, które szeroko odnoszą się do literatury, do sztuki, filozofii, do postaci twórców i myślicieli. Leys błyszczy erudycją i oczytaniem, rzuca garściami cytaty, anegdotki, wyciąga ciekawe wnioski i podporządkowuje je wcześniej ustalonemu tematowi. Jako znawca chińskiej poezji i malarstwa włącza w swoje przemyślenia przedstawicieli Chin, głównie starożytnych. Zawstydza, gdy łapię się na tym, że pewnych nazwisk nie znam, że mam luki w znajomości literatury. A jednocześnie inspiruje, by czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Choćby książki historyczne, które przewrotnie stawia na równi z literaturą powstałą od początku do końca wyłącznie z fantazji autora.

Literatura fascynuje Leysa w sposób bardzo widoczny. Jej „bezużyteczność” go wręcz zachwyca, wpływ na wyobraźnię czytelników zdaje się bawić i zdumiewać jednocześnie. Rozdźwięk między osobą autora a napisanym tekstem to dowód na potęgę ludzkiego umysłu i jego niewyobrażalnych zdolności twórczych i poznawczych. Podoba mi się przykład Conrada, kapitana żeglugi i pisarza, który dostaje choroby morskiej na kanale La Manche, panika cenzorów przy tym fragmencie „Pani Bovary”, w którym bohaterka znika na całą noc z kochankiem w dorożce i Flaubert nie poświęca ani słowa na opis, co się między nimi działo, oraz teza, że wolny czas i próżnowanie są niezbędnym warunkiem twórczości. A także opisy trudnych relacji między wydawcami a autorami.

Trudno mi przytaczać konkretne zdania, by uzasadnić moje wnioski. Potrzebne by raczej były całe akapity, czasem rozdziały. A przyjemności czytania i odkrywania samemu takich perełek nie chciałabym nikomu odebrać.

Wśród wielu ciekawych stwierdzeń znalazłam i dowód na to, że autora poniosło – uważa on osoby palące tytoń za bardziej rozwinięte duchowo i uzasadnia to m.in. fajką van Gogha. Palacze będą zachwyceni. A ja, jako osoba mniej rozwinięta, kończę już swoją ułomną pisaninę i puszczam Simonowi Leysowi oko ;)

Za książkę dziękuję wydawnictwu Drzewo Babel.

Płochym okiem na Warszawę



Magdalena Samozwaniec, Kartki z pamiętnika młodej mężatki, wyd. W.A.B. i Biblioteka Akustyczna

Przewrót majowy, podczas którego naprzeciw siebie stanęły wojska rządowe i zwolennicy Józefa Piłsudskiego, obecnie budzi wielkie emocje raczej w historykach niż w zwykłych ludziach. W 1926 roku było to jednak wydarzenie, które wzburzyło współczesnych. W „Kartkach z pamiętnikach młodej mężatki” Magdalenie Samozwaniec świetnie udało się oddać tę atmosferę przy pomocy stworzonej przez siebie postaci Mimi Bigourdan. To młoda Polka, na co dzień mieszkająca w Paryżu z mężem Francuzem, niezorientowana w wewnętrznej sytuacji ojczyzny i co tu dużo mówić – romansowo nastawiona do życia. W ukochanej Warszawie Mimi zajmuje pokój w hotelu Bristol, a zatem znajdzie się w centrum dramatycznych wydarzeń. Samozwaniec to parodystka i satyryczka, więc jej bohaterka, choć w zrywach bywa nastawiona patriotycznie, plecie czasami po prostu głupstwa, a jej pytania są celowo naiwne i absurdalne. Jednak to właśnie taka pusta Mimi może głośno wyrażać zdziwienie, że jak to możliwe, że to Polacy biją Polaków, a na koniec przyjąć, że Warszawa to taka dziwna stolica, w której żałobę podkreśla się nietypowo, bo różowym kolorem. Początkowo Mimi zajmuje się przede wszystkim zastanawianiem się, jakie wrażenie wywrze na swoim adoratorze (a nuż do czegoś dojdzie z uwodzicielskim Kaziem) niż strzelaniną na ulicach. Polityka szybko staje się kłopotliwa, bo wielbiciel przestaje się pojawiać, przez hotelowe okna nie wolno wyglądać, a próba spaceru kończy się natknięciem na uzbrojonego żołnierza, który stanowczo odprowadza znudzoną paniusię do hotelu. Mimi rozbrajająco dziękuje mu za to, że.... jej nie zastrzelił. Co nie było aż tak nieprawdopodobne, skoro sporą część ofiar przewrotu stanowili zwykli gapie. Podczas gdy opowieść Mimi bawi swoją niefrasobliwością, komentarz Jana Wróbla jest bardzo szczegółowy i na chłodno pokazuje polityczne przyczyny i dokładny przebieg przewrotu. A także odsłania kulisy powstania książeczki. Te dwie części książki, tak odmienne w charakterze, fantastycznie się dopełniają – inaczej po prawie 90 latach moglibyśmy uwierzyć w sugestywną, spisywaną na gorąco opowieść Mimi Bigourdan o tym, że jakiś tajemniczy wróg, najpewniej Niemcy!, zaatakował w latach dwudziestych Warszawę. Oraz w to, że sama Mimi - jak i pacjentka lekarza, której monolog znajdziemy pod koniec - stanowią jakiś zaginiony (na szczęście!) wzór kobiecości.

Zagłębmy się więc w całość „Kartek... „ przygotowaną przez wydawcę, by odświeżyć wiadomości z historii i zobaczyć je w parodystycznym ujęciu lekkiego i czupurnego pióra Magdaleny Samozwaniec. Śmiech gwarantowany!

Za audiobook dziękuję Bibliotece Akustycznej.

sobota, 6 sierpnia 2011

Na własną rękę



Agata Chróścicka, Kontener, wydawnictwo W.A.B.

Kontener” to zgrabnie napisana powieść z fabułą, która przyciąga elementami sensacji i psychologiczną wiarygodnością. Na szczególną uwagę zasługuje tu postać Paula Afflecka, który razem z dziennikarką Anną Niezgodą stanowi duet głównych bohaterów książki. Wydaje się on bardziej barwny od swojej partnerki, ale być może dlatego, że lepiej poznajemy jego życie uczuciowe i prywatne. Podczas gdy o Annie wiemy tylko, że znudzona pracą w korporacji, spróbowała sił w dziennikarstwie, z powodzeniem odnajdując się w tropieniu ciemnych sprawek i podejrzanych indywiduów. To właśnie przez jej śledztwo Paul zostaje wplątany w międzynarodową aferę dotyczącą nielegalnego handlu lekami. Nie stałoby się tak, gdyby nie Gloria Watson. Kiedy poznajemy Paula, ten przeżywa załamanie, ponieważ Gloria bez uprzedzenia porzuciła i jego, i swoją pracę. I tu ostrzeżenie: nie czytać na skrzydełku książki opisu wydawcy. Dajmy się ponieść powieści bez uprzedzania faktów, zwłaszcza przy tak sugestywnym opisie stanu uczuciowego Paula, który jednocześnie zmaga się z raportami, firmowymi plotkami i niespodziewanym awansem. Ciekawie jest obserwować przemianę, jaką przechodzi lojalny i ambitny pracownik, grzeczny chłopiec z nizin społecznych, który ciężką i samodzielną pracą chce osiągnąć sukces. A ostatecznie półlegalnymi środkami próbuje dojść prawdy i przerwać nieuczciwy proceder. Nawet jeśli oznacza to wkradanie się na teren zamknięty, przechodzenie przez płoty, urywanie się niechcianej obstawie i myszkowanie tam, gdzie nie powinno się być. Emocje Paula zrozumie każdy, kto woli przeżywać ryzykowne eskapady wyłącznie w wyobraźni lub o nich czytać.

Od samego początku jesteśmy wprowadzani w tę historię raz przez Paula, a raz przez Annę. Ma to sens, ponieważ dwójka partnerów ma inne zadania, a afera swoim zasięgiem ogarnęła kawał świata. Akcja dynamicznie prowadzi nas przez Polskę, Wielką Brytanię po Wyspy Kanaryjskie, Gabon, Belgię i słynącą z dyskretnych banków Szwajcarię. Szacunek należy się autorce, która nie uczyniła z dwójki swoich bohaterów pary kochanków, by jeszcze bardziej podkręcić akcję. Dla mnie ich relacje i wzajemna sympatia są dzięki temu wiarygodne. Zresztą według informacji umieszczonej na okładce w notce biograficznej, Agata Chróścicka pracuje nad kolejną częścią przygód Anny i Paula – jest zatem możliwe, że coś się zmieni w ich relacjach.

Kontener” należy do tych powieści sensacyjnych, które czyta się zazwyczaj tylko raz, lecz jest to mile spędzony czas z książką w ręku. Zwłaszcza, gdy lubi się bohaterów, którzy choć trochę przypominają nas samych (a nie super wyszkolonych tajnych agentów) i którzy posługują się inteligencją i intuicją, oraz gdy lubi się brytyjskie poczucie humoru, którego przykłady roją się w książce dość gęsto.

Za książkę „Kontener” dziękuję wydawnictwu W.A.B.

środa, 13 lipca 2011

O miłości, inności i stracie. Dla dziecka


Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i kolega z Haiti, wyd. Egmont

Ma ciemną skórę, prawie w ogóle się nie odzywa i rysuje brzydkie obrazki. Być może mówi tylko po afrykańsku. Jest zdecydowanie inny i dziwnie się zachowuje. W Basi i w innych dzieciach z przedszkola Titi budzi niechęć. Wyjątkiem jest przyjaciółka Basi, która w pełni akceptuje zachowania nowego chłopca w przedszkolu. Basia odbiera to jednak jako utratę najlepszej koleżanki...

Tak mniej więcej wygląda początek książeczki dla młodszych dzieci z cyklu o Basi. W sposób dostosowany do wieku dzieci rzeczowo wyjaśnia tak trudne tematy, jak śmierć, nieuchronność pewnych groźnych dla człowieka zjawisk przyrody oraz jak my, duzi i mali, mieszkający nawet w innej części świata, możemy pomóc ludziom dotkniętym przez kataklizm. Mama pokazała Basi na mapie, gdzie leży kraj, z którego przyjechał do Polski Titi. Basia, słuchając mamy opowiadającej o trzęsieniu ziemi na Haiti, zaczyna rozumieć, że Titiego dotknęła wielka tragedia. Wie już, dlaczego jego kolor skóry jest inny i dlaczego prawie w ogóle się nie odzywa. Dowiaduje się również o pewnym haitańskim zwyczaju...

Dla dorosłych ta opowiastka może być rodzajem ściągi, jak taktownie rozmawiać z pociechami o trudnych sprawach, nie zaprzeczając ich uczuciom. Wyrażanymi czasami dość burzliwie. Że warto wziąć dziecko na kolana, mocno przytulić i w jak najprostszych słowach opowiedzieć, co się stało.

Basia i kolega z Haiti” to wartościowa pozycja w biblioteczce każdego przedszkolaka. Duży format, twarda, ale nie za gruba okładka, przyjaźnie zaokrąglone rogi i ujmujące prostotą barwne ilustracje – to oprócz treści – ważne atuty tej książeczki.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Egmont.

15% przychodu ze sprzedaży książki Basia i kolega z Haiti przeznaczone jest na cele statutowe Fundacji Polska-Haiti. www.polska-haiti.org


Zjawy w ogniu



Carlos Ruiz Zafón, Pałac Północy, wyd. Muza

Już w przedmowie Carlos Ruiz Zafón uprzedza, że „Pałac Północy” to powieść, którą napisał z myślą o młodzieży. Czytajmy ją więc tak, jakbyśmy mieli po kilkanaście lat, gdy wierzy się, że dobro to dobro, a zło to zło, bez stanów pośrednich. Szybko odkryjemy, że „Pałac Północy” ma staroświecki wdzięk dawnych powieści przygodowych, czytanych z wypiekami na twarzy i których wydaje się coraz mniej. Zafón sięgnął tu po wątki znane z klasyki. Należą do nich na pewno bliźnięta rozdzielone w niemowlęctwie tragicznymi i oczywiście tajemniczymi okolicznościami oraz charakterystyczne medaliony, które mają nie pozostawiać cienia wątpliwości co do tożsamości starszych już bohaterów. Trzeba przyznać, że autor operuje tymi wątkami w naprawdę oryginalny sposób. Rzuca mylne tropy dotyczące głównego prześladowcy dzieci – tajemniczego Jawahala zdającego się dysponować nadludzkimi mocami. Nie od razu odkrywamy jego tożsamość. Nastrój niezwykłości podkreślają ulewne deszcze, opary znad rzeki Hooghly, ruiny ogromnego, spalonego w dniu otwarcia dworca Jheeter's Gate, jego podziemne tunele: ciemne, puste lub wypełnione spalonymi szczątkami wagonów. No i zjawy – płonąca lokomotywa ciągnąca pociąg pełen sierot, które zginęły tragicznie w dniu pożaru oraz jasna postać w sari pochylająca się w nocy nad uśpionym Benem, jednym z bliźniąt. To dość, by poczuć przyjemny dreszczyk osoby, która nie bierze bezpośredniego udziału w akcji. Opisy są tak plastyczne, że widzimy poszczególne sceny w wyobraźni. Doceniamy honor i lojalność pozytywnych bohaterów „Pałacu Północy”, do których należą porucznik Peake, Thomas Carter, dyrektor sierocińca oraz grupka wychowanków tej placówki, która przybrała efektowną nazwę Chowbar Society. To ci ostatni razem z poznaną niedawno Sheere postanawiają rozwikłać zagadkę osoby grożącej dziewczynie i jej babci, a mającej już na sumieniu jej ojca.

Pałac Północy” ma wszystko, co potrzebuje dobra powieść przygodowa – ujmujących bohaterów skontrastowanych z tym jednym, prawdziwym złem wcielonym, odpowiednie dawkowanie nastroju grozy i powolne rozwiązywanie tajemnicy oraz poczucie niepewności co do przebiegu akcji, która przecież, no musi!, dojść do pozytywnego zakończenia! Pochłania!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.

Afryką prosto w twarz


Patrick Besson, Lecz zabije rzeka białego człowieka, wyd. Noir sur Blanc

To pierwsza przeczytana przeze mnie powieść, której akcja rozgrywa się w Afryce tak współcześnie. A nawet nie w Afryce, tylko konkretnie w Kongu i Rwandzie. Wspomnienia bohaterów cofają zaledwie do dwudziestu lat wstecz. Czytając tę książkę, czułam się, jakbym dotąd przebywała na innej planecie. Nie znam świata, w którym ludzie nie umierają na raka, bo wcześniej dopada ich malaria, gruźlica, AIDS lub maczeta sąsiada. Nie znam ulic, na których młodzież uczy się w świetle latarni z powodu braku prądu w domach. Nie byłam świadoma ani naukowego socjalizmu w Kongu, ani nawet istnienia DRK – Demokratycznej Republiki Konga, która jest odrębnym od Konga państwem. Czy tego, że przez 700 lat lat Tutsi rządzili Hutu. Nie sądzę, by Bessonowi zależało wyłącznie na obnażaniu naszej ignorancji. Traktuje nas jako równorzędnych partnerów, odwołując się do faktów, które po prostu powinniśmy znać. Można się w tym początkowo pogubić. Ale być może to sposób, by oddać złożoność krainy, w której bardziej się liczy, z jakiego regionu pochodzisz, z którego plemienia i z jakiej wioski, jakim językiem mówisz niż jakiego kraju jesteś obywatelem. Patrick Besson to dziennikarz i dzięki temu jego znajomość realiów afrykańskich, niuansów i cynizmu polityki jako takiej - jest tak bogata i intrygująca. Jest istotna dla tej powieści, ale na szczęście na niej nie poprzestaje. Za to skutecznie pozbawia tę całą złożoną historię otoczki sentymentalizmu. Besson daje się także poznać jako znawca ludzkiej psychiki. Jego bohaterowie są tacy prawdziwi w drobnych niekonsekwencjach i prywatnych grzeszkach. Począwszy od studentki filozofii imieniem Tessy, która w nocnych klubach szuka białego ojca dla swoich nieślubnych dzieci, nie rezygnując jednocześnie z erotycznej więzi z Puszkinem, synem byłej sowieckiej agentki Jeleny. Bernard, który zgadza się zostać biografem prezydenta Kongo, by móc widywać się z „krawcową” Gertrude, która... regularnie bywa w ciąży z innym. Wynajęta przez Tutsich francuska agentka Blandine de Kargelac, która podczas powierzonej jej misji myśli głównie o utraconej córce. Aż po Błękitną Japonkę, w której drzemie nimfomanka.

Wątek szpiegowski rozkręca powieść, po czym kończy ją w naprawdę zaskakujący sposób. Środek to coraz bardziej wciągające relacje między bohaterami. Biali, czarni, bogaci, biedni, dotknięci wojenną zawieruchą i bylejakością pokoju oraz przyjezdni, którzy za dwa dni wsiądą w samolot i wrócą do domu. Afrykańskie kobiety, dla których biały i najlepiej starszy mężczyzna to chłód hotelowego pokoju z klimatyzacją. A także ratunek od nędzy i życia w niestabilnym politycznie regionie. A nawet przed śmiercią jak w przypadku Tendresse, dziewczyny Tutsi, która przeżyła masakrę swojej rodziny. Wątek rwandyjski jest zresztą nicią przewodnią tej niezwykłej książki. Ludobójstwo w 1994 roku poznajemy z różnych punktów widzenia jego uczestników, ofiar, świadków i tych, którzy chcą wykorzystać ten fakt do własnych celów, łącznie z niechlubną rolą Francji.

Świat przedstawiony w „Lecz zabije rzeka białego człowieka” jest boleśnie niejednoznaczny i prawdziwy. Znajdziemy tu mnóstwo po mistrzowsku sformułowanych zdań, skojarzeń i stwierdzeń. Warto przebrnąć przez pierwsze strony, by dać się jej się porwać!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Noir sur Blanc.


wtorek, 12 lipca 2011

Niegodziwość zawsze rodzi zło



Henning Mankell, Powrót nauczyciela tańca, wyd. W.A.B i Biblioteka Akustyczna

Powrót nauczyciela tańca” może nie spełnić oczekiwań tych, którzy w książkach szukają jedynie napięcia, mocnej akcji i zapomnienia od codzienności. Ten kryminał utrzymany jest w spokojnym, czasem niemal powolnym tonie. Dużo tu wątpliwości, strachu, niepewności, poczucia porażki. Być może dlatego, że jednym z głównych bohaterów jest chory na raka policjant, który musi zmierzyć się nie tylko z bestialską śmiercią kolegi z pracy, ale i z poczuciem własnej śmiertelności oraz echami rodzinnej przeszłości.

Henning Mankell ma jednak wyrobioną markę i jego wielbiciele nie rozczarują się jego najnowszą pozycją. Jak wcześniej wspomniałam – to kryminał, ale taki, w którym zbrodnia staje pretekstem do zwrócenia uwagi na o wiele większe zło. W tym wypadku to faszyzm, o którym większość z nas myśli, że jego czas przeminął na zawsze. Tymczasem Mankell przestrzega: faszyzm ma się dobrze, nie tylko jego dawni adwersarze żyją i wierzą w swoje wątpliwe ideały, ale temu zbrodniczemu ruchowi przybywa popleczników. To tym groźniejsze, że nie afiszują się oni z poglądami, ale dyskretnie zwierają szeregi. Dziś niewidzialni, jutro mogą stać się realną siłą. Wśród nich może być nasz krewny, sąsiad, kolega z pracy, uczeń. Bohaterowie powieści stykają się z tą niełatwą prawdą w różnych okolicznościach, a punktem wyjścia jest morderstwo – pierwsze, popełnione jeszcze w czasie wojny, drugie pół wieku od jej zakończenia. Szybko domyślamy się, co jest przyczyną okrutnego zabójstwa emerytowanego policjanta. Utwierdzają nas w tym te fragmenty, kiedy narracja jest prowadzona z punktu widzenia jego mordercy, zagubionego i poranionego wojennymi przeżyciami człowieka. Prawdziwą zagadką staje się morderstwo najbliższego sąsiada zamordowanego policjanta, które wzburza policję, jak i przybyłego z Argentyny mściciela. I prowadzi do nieprawdopodobnego zakończenia.



Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B, a za audiobook - Bibliotece Akustycznej.

niedziela, 3 lipca 2011

Próbowanie tańczącej krewetki



Joanna Bator, Japoński wachlarz. Powroty, wyd. II, wyd. W.A.B.

Nie jest to może pierwsza książka opowiadająca o Japonii z perspektywy cudzoziemca. Większość autorów publikacji tego typu poprzez zabawne sytuacje zwraca uwagę na różnice między kulturą japońską a własną (często zachodnią), z jakimi przyszło im się zmagać. Lecz bez najmniejszej próby wyjaśnienia, co je tak naprawdę powoduje. Proponują nam jedynie chichot i przekonanie o własnej słuszności. Joanna Bator jest inna. Z otwartością przyjmuje nowy, często egzotyczny dla niej świat. Bez oporów nazywa sama siebie gaijinką, czyli obcą. Nie ukrywa, że to dzięki japońskim kobietom udało jej się zrozumieć tak wiele spraw z życia współczesnych Japończyków. Jako prawdziwy naukowiec dokonuje głębokiej analizy japońskiego społeczeństwa. Nie jest to jednak sucha relacja. Znajdziemy tu bowiem m.in. zachwyt osoby, która mącząc się w gorącym źródle pod gołym niebem, obserwuje jednocześnie płynący morzem statek, czy poszukiwanie z wyrysowaną na kartce mapką knajpki, w której umówiła się z przyjaciółmi (niełatwe zadanie w Japonii, gdzie kwestia adresów bywa problematyczna). Albo tłumaczenie, ile rodzajów kapci powinno się znaleźć w porządnym japońskim domu i w jakich sytuacjach je zakładać (bardzo ważna sprawa!). Mleczne ciała Japonek, które unikają opalenizny czy podniecające japońskich mężczyzn... zwykłe białe figi, które można kupić w automacie na ulicy jako seksualny gadżet (sprawa młodych lolitek i uczennic jako przedmiotu pożądania). Japonia poznana przez Joannę Bator to także kraj jednych z największych na ziemi smakoszy, gdzie o kunszcie w przygotowaniu potrawy świadczy zarówno jej smak, co wygląd. I gdzie nie jest niczym niezwykłym, że nawet najzwyklejszy robotnik może z pełnym znawstwem dyskutować o pochodzeniu najlepszego tuńczyka. Autorka rozprawia się również z fenomenem populacji powszechnie uczącej się angielskiego w szkole, a której wstyd przed zrobieniem błędu i ośmieszeniem się nie pozwala wykrztusić w tym języku ani słowa. Z drugiej strony obcy język w przyjacielskich relacjach (między Japończykiem a obcokrajowcem) to prawdziwe koło ratunkowe. Dzięki niemu można uniknąć kłopotliwych sytuacji związanych z przestrzeganiem hierarchii i wyborem odpowiedniej formy grzecznościowej.
Joanna Bator nie poprzestaje na wytykaniu palcem (domena większości autorów relacji z podróży). Z humorem potrafi go skierować także na nas, Europejczyków i Amerykanów. I także na siebie. Fascynacja angielskimi słowami w Japonii powoduje, że na noszonej tam odzieży pojawiają się dziwne, często komiczne napisy, które tak chętnie kolekcjonują zachodni przyjezdni. Nie zdając sobie sprawy, że u nich w domu w podobny sposób funkcjonują jako ozdoby japońskie lub chińskie znaki (przykład: jedna z bohaterek filmu „Larry Crowne – uśmiech szczęścia”, który wszedł dzisiaj do kin, wytatuowała sobie dwa japońskie znaki, które miały znaczyć „odwaga”, a tak naprawdę były chińskim napisem „sos sojowy”). Przedostatni rozdział autorka kończy tłumaczeniem napisu na swojej orientalnej koszulce kupionej w Stanach. Wybuchając śmiechem, zdajemy sobie sprawę, że są kwestie, w których ludzie są tacy sami na całym świecie.
Tym jednak, co mnie najbardziej uderzyło w jej przedstawieniu Japonii, to bardzo ostry podział japońskiego społeczeństwa na część kobiecą i męską. Obie płcie wydaje się łączyć tylko wspólny dom, w którym zdają się razem tylko spać, oraz pragnienie spłodzenia potomka (samotne rodzicielstwo to w Japonii przejaw skrajnego samolubstwa i nieodpowiedzialności), którego wychowaniem i edukacją zajmie się jednak matka. On ma dawać pieniądze, ona – nimi rozporządzać i nadzorować sprawy domowe. Mężczyźni i kobiety prowadzą różny sposób życia, mają swoje przyjemności i sposoby spędzania wolnego wolnego czasu. Nawet język kobiet jest bardziej uniżony i kwiecisty od języka używanego przez mężczyzn.

Japoński wachlarz” Joanny Bator to pozycja wyjątkowa, otwierająca zupełnie nowe horyzonty. Osoby ciekawe świata i innych ludzi połkną ją błyskawicznie.

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B.

sobota, 2 lipca 2011

Odwaga bycia innym

Malowany człowiek” i jego kontynuacja - „Pustynna włócznia” - to opowieść o świecie opanowanym przez demony. Niebezpieczne bestie pojawiają się codziennie po zmroku, by niszczyć i mordować. Zdziesiątkowana ludzkość chroni się za osłoną magicznych runów, czekając na Wybawiciela, który - jak przed wiekami - uratuje ją przed zagładą. Fabuła wydaje się więc dość prosta, z tym, że autor, Peter V. Brett przewrotnie wprowadza na scenę … dwóch kandydatów na wybawicieli! Nie są oni bynajmniej jedynymi głównymi bohaterami powieści. Na tę historię składa się wiele wątków dotyczących kilku równorzędnych postaci. Wśród nich jest: Arlen Bales, który nie może pogodzić się z tchórzostwem i biernością pobratymców, zielarka Leesha, której kłamstwo niedoszłego narzeczonego zmieniło nieodwołalnie życie i odwiodło od powierzchownych znajomości, Rojer minstrel, który za sprawą demonów stracił rodziców i dwa palce, Jardir z Krasji, który potrafi do swoich potrzeb nagiąć, a nawet zmienić rządzące jego ludem surowe prawa, czy Renna Tanner, która więcej okrucieństwa doznała w domu rodzinnym niż ze strony demonów. Świat przedstawiony przez Bretta jest złożony. Z jednej strony poznajemy kraje Północy z jej wolnymi miastami i połączonymi wzajmenymi interesami księstwami. Z drugiej Krasję – pustynne państwo, którego mieszkańcy nie boją się stawiać czoła demonom co noc. W tym jednakże celu ustanowili restrykcyjny system zasad, według którego wojownik ma większe prawa niż kupiec, a kobieta stoi najniżej w hierarchii społecznej. Na Północy sytuacja kobiet jest mimo wszystko lepsza, chociaż i tu jej głównym zajęciem ma być rodzenie dzieci i prowadzenie domu. Mimo to Brettowi udało się nakreślić kilka mocnych kobiecych charakterów (zielarki Bruna, Jizell i Leesha, księżna Ariane, Inevera, najważniejsza żona Jardira, Mówczyni Selia), które potrafią się z racji pełnionej funkcji przeciwstawić się męskim uprzedzeniom. Kiedy Arlen Bales już jako Naznaczony zacznie udostępniać wszystkim zainteresowanym znalezione przez siebie zapomniane runy wojenne i udowodni mieszkańcom wioski o nazwie Zakątek Drwali, że potrafią dzięki nim skutecznie walczyć, to kobiece, nietuzinkowe grono powiększy się. Najciekawsze w tej książce jest to, że jej akcja rozwija się w sposób niestandardowy, czy to w przypadku relacji uczuciowych bohaterów, czy spodziewanego przez nas rozwinięcia wątków. Dlatego lepiej podczas czytania „Malowanego człowieka” mieć pod ręką „Pustynna włócznię”. Zakończenie drugiej części cyklu pozostawia również po sobie niedosyt, ale niestety zawiesza też w próżni. Kto ostatecznie wybawi ludzkość od demonów, czym tak naprawdę one są, skoro mają ciała i umierają, dlaczego atakują ludzi (w książce pojawia się intrygujące zdanie, że to wojny między ludźmi przyczyniły się do ich powstania) i czym jest Otchłań, z której pochodzą. W „Pustynnej włóczni” pojawia się ponadto nowy typ demonów umysłu, książąt rządzących innymi bestiami i o wiele od nich groźniejszymi. Także ich natura jest dla nas zagadkowa. Miejmy nadzieję, że autor stanie na wysokości zadania i dopisze nową część, która ostatecznie wyjaśni, jak dalej potoczą się losy bohaterów i czy uda im się wyeliminować stałe zagrożenie w postaci demonów oraz poznać tajemnicę ich pochodzenia.
Zarówno „Malowany człowiek”, jak i „Pustynna włócznia” potrafią do siebie przywiązać czytelnika, nie są skomplikowane, ale wiarygodne psychologicznie, maja ciekawą fabułę i bohaterów (przynajmniej część), których po prostu lubimy. Zwyczaje i prawa ich świata poznajemy stopniowo przy okazji kolejnych wydarzeń, przez co unikamy znużenia nadmiarem informacji, tylko przyjmujemy je naturalnie. Dobre oderwanie się od rzeczywistości!

Moją pierwszą recenzję dedykuję Marcie K., bez której by mnie tu nie było :)

Za książki dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.