środa, 26 czerwca 2013

Barbara Catchpole, Prosiak i zabójczy bąk



Barbara Catchpole, Prosiak i zabójczy bąk, tłum. Patryk Gołębiowski, wyd. Zielona Sowa

Jest takie przekonanie wśród bardzo mądrych rodziców, skądinąd słuszne, że literatura dziecięca powinna uczyć, budzić wrażliwość i rozwijać wyobraźnię. Jest tylko jedno ale... Literaturze stawia się zawsze wysokie wymagania, zapominając, że nie musi ona służyć jakimkolwiek celom, że może po prostu być rozrywką na wielu różnych poziomach, także dla młodszych czytelników. I tak, jak dorosły po pracy ma ochotę o wszystkim zapomnieć i przynajmniej dzięki książce przeżyć gorący romans w Toskanii lub odkrywać nowe planety pomiędzy dopychaniem kolanem drzwiczek od pralki a zmywaniem, tak dziecko zmęczone po szkole ma prawo czytać tylko po to, by się głośno śmiać. Bez czytania na głos na forum klasy, bez wyciągania wniosków, które przydadzą się do wypracowania, bez pisania streszczeń i rysowania ilustracji, które – a są to przecież zadania pożyteczne – potrafią zabić radość czytania.

„Prosiaki” Barbary Catchpole to humor sytuacyjny, wpadki, które może zaliczyć w szkole każdy uczeń, najróżniejsze perypetie bohatera, z którym łatwo się utożsamić. Jego marzenia, lęki i pragnienie, by mieć jakiś sukces, którym jest nie najlepsze świadectwo, ale np. wbicie bramki podczas szkolnego meczu. Albo – jak w „Prosiaku i zabójczym bąku” - zachowanie spokoju podczas wystąpienia na apelu i podtrzymanie dobrego wrażenia na dziewczynie. Prosiak to inaczej Piotr Rosiak, który chodzi do podstawówki i szczerze opowiada o swoich przeżyciach. Książeczki o jego przygodach nie odstraszają objętością, są krótkie, konkretne, pozbawione nadmiaru opisów i zabawne. Świetnie nadają się do czytelniczego rozbujania dzieci, które unikają książek, jak diabeł święconej wody. Nawet jeśli trzeba będzie im przeczytać parę stron na zachętę. Dla tych, którzy już lubią czytać, seria o Prosiaku może być rozrywkowym przerywnikiem. U nas w domu skończyło się na tym, że do książeczki o bąku, dołączyły inne, kupione na stacji benzynowej za 8 zł każda - „Prosiak i czadowe majtki”, „Prosiak (nie) daje się czarnej śmierci” i „Prosiak zostaje bohaterem”. Zostały pochłonięte w mgnieniu oka, tym razem bez mojego udziału.

Do tytułu „Prosiak i wielki bąk” mam w zasadzie tylko jedną uwagę, a raczej wątpliwość, czy w języku uczniowskim funkcjonuje obecnie zwrot „będzie git”, jak próbuje nas o tym przekonać pan tłumacz. Ale ponieważ szkolna mowa jest niezwykle zmienna i dorosłemu trudno za nią nadążyć, nie czepiam się za bardzo. Choć zalecam czujność.

PS. Pragnę uspokoić innych rodziców, że „Prosiaki” nie spowodowały uszczerbku inteligencji u mojego dziecka, które potem samodzielnie przeczytało niemal cały cykl „Baśniobór”, który obfituje i w opisy, i wielość wątków, a także postaci ;). Poza tym wakacje idą. Pozwólmy dzieciom na czytelniczy luz!

wtorek, 25 czerwca 2013

Tadeusz Biedzki, Sen pod baobabem



Tadeusz Biedzki, Sen pod baobabem, wyd. Zysk i S-ka

Gładkie strony, a na nich zastygłe w bezruchu kobiety w kolorowych sukniach z materiałów we wzory niespotykane w Europie. Ich soczyste barwy przepięknie odcinają się od ich ciemnej, lśniącej skóry, nadają swoim właścicielkom wygląd kwiatów. Odciągają uwagę od pokrytej pyłem ziemi i wszędobylskich śmieci, zwłaszcza tych plastikowych. Żadne z nich nie trafią do koszy, bo tych po prostu nie ma. Pomyłka! Tadeusz Biedzki i jego żona Wanda, podróżując przez Afrykę Zachodnią, natrafili raz na kosz na śmieci. Paradoksalnie – pusty, stojący wśród odpadków. Nie znajdziemy go wśród cudnej urody zdjęć, które nie rzadko zajmują nawet dwie strony. Portrety dzieci, młodych dziewcząt, krajobrazy, sceny z targowisk, z drogi pokonywanej autobusem lub wózkiem ciągniętym przez osiołka – te fotografie pozwalają zobaczyć rzeczywistość opisaną w „Śnie pod baobabem”, łącznie z niespotykanym w naszej szerokości geograficznej odcieniem nieba, oraz biedę, pstrokatą i dla nas nie do ogarnięcia.

Dla Tadeusza Biedzkiego, przedsiębiorcy i podróżnika, nie była to pierwsza wyprawa po krajach unikanych przez turystów. Dlatego nie poświęca miejsca opisom przygotowań, gromadzenia funduszy i niezbędnych zapasów. Dzięki dziennikarskiemu doświadczeniu nie spisuje każdego swojego kroku. Starannie wybiera fakty z podróży i łączy je w interesującą narrację, której niezamierzonym wątkiem staje się zagrożenie ze strony jednego z przewodników. Autor tak samo chętnie pisze o stuletnim meczecie z gliny, największej tego typu budowli na świecie (i bezustannie remontowanej od dnia powstania), jak o spontanicznym włączaniu się Afrykanów w zabawy i tańce. Pisze o niewolnictwie, którym Afrykanie tłumaczą zacofanie swoich krajów. Potem wyjaśnia brak pokory Tuaregów wobec państwowych granic i paszportów. Rozpala wyobraźnię niegdysiejszymi bogactwami Timbuktu: złotem i... nieistniejącym już uniwersytetem, po którym pozostały tysiące kunsztownych rękopisów i ksiąg, sprzedawanych za bezcen przez miejscowych. Przeraża animistycznymi praktykami, które wymagają składania ofiar, także z ludzi. Na własną rękę sprawdza opowieści Dogonów o ich kosmicznych przodkach, którzy na mnie akurat największe wrażenie zrobili konstrukcją domów starszych. Są one tak niskie, by obradujący mogli w nich tylko siedzieć, żeby – gdy któregoś poniosą nerwy i spróbuje w złości skoczyć na równe nogi – otrzeźwił go kontakt z sufitem. Co ciekawe, to nie tylko dogoński patent na podejmowanie decyzji bez rozlewu krwi.

Jednak książka Biedzkiego to nie tylko skakanie od jednej ciekawostki do drugiej. To także kontakt z ludźmi, często serdeczny, obfitujący w inne oczekiwania obu stron, co wynika i z kultury, i z mentalności. Oraz sytuacji życiowej, która niewiele się zmieniła od czasu, gdy po Afryce jeździł Kapuściński. Za jego czasów nieosiągalnym dziecięcym marzeniem był ołówek, teraz – długopis, czasem mazak. Biedzki poświęca dużo miejsca sposobie myślenia Afrykanów, który wypycha ich z ogólnoświatowego nurtu cywilizacji i techniki. Nie patrzy przy tym na nich z góry, raczej z głębokim namysłem co do przyszłości kontynentu i jego mieszkańców. Dla których życiową szansą jest wyjazd członka rodziny do Europy, a dla ich dzieci – adopcja przez białych. Niestety.

„Sen pod baobabem” to książka mądra i wnikliwa, zachwycająca szatą graficzną, a przede wszystkim – uczciwym pokazaniem codzienności tego tak naprawdę nieznanego kawałka świata. Zbyt mało ważnego, by pokazywać go w serwisach informacyjnych, zbyt biednego, by chcieć o nim myśleć, zapomnianego do czasu krwawego konfliktu, którego już nie można ignorować.

czwartek, 20 czerwca 2013

Jennifer A. Nielsen, Fałszywy książę



Jennifer A. Nielsen, Trylogia władzy. Fałszywy książę, tłum. Janusz Ochab, wyd. Egmont

Kiedy zbyt wiele czytam o tym, co złego ludzie potrafią zrobić innym ludziom, wytchnienie przynoszą mi książki obyczajowe lub przygodowe, których akcja rozgrywa się w nieistniejących naprawdę krainach, w bliżej nieokreślonym czasie. Mogę bezpiecznie angażować się w losy ich bohaterów, wiedząc, że od początku do końca są czystą fikcją. „Fałszywy książę” jak najbardziej spełnia te warunki, ale... Okazało się, że książka, którą wzięłam do ręki w celu oderwania się od rzeczywistości, reprezentuje bardziej wyrafinowaną formę rozrywki. Jej treść przeszła moje oczekiwanie, ujęła oryginalnością w przedstawieniu głównego bohatera, oraz trudem, jaki zadała sobie autorka, by nadać mu głębię i wielowymiarowość. To niepokorny Sage, kontrowersyjny w zachowaniu, pozornie niewzruszony, często bezczelny i... czuły na cudzą krzywdę. Czternastoletni sierota, o którego nikt się nie upomni i któremu przypadł udział w dworskim spisku bez pytania o zgodę. Ponieważ w tej rozgrywce stawką jest życie, Sage podobnie jak inni chłopcy, którzy mają udawać zaginionego przed laty księcia - obecnie jedynego możliwego następcę tronu – musi dowieść swojej użyteczności. Nie jest to łatwe dla chłopca, który przywykł chodzić własnymi ścieżkami.

Na pierwszy rzut oka „Fałszywy książę” wypada dosyć skromnie przy innych powieściach fantasy – nie ma w nim czarodziejów, magicznych istot, kontrowersyjnych łotrzyków o dobrym sercu i niezwykłym talencie. Ten skądinąd miły sztafaż nie jest „Fałszywemu księciu” w niczym potrzebny. Relacje, jakie zawiązują się między bohaterami, ich pełen dramatyzmu przebieg i psychologiczny autentyzm są o wiele bardziej zajmujące niż jakiekolwiek czary i barwne, fantastyczne dodatki. To nie bajka, w której wszystko dobrze się kończy i w której wychodzi się bez szwanku z każdej próby. Postępowanie bohaterów skrywa drugie, a nawet trzecie i czwarte dno. Domyślanie się ich motywów i kolejnych kroków to niemal bezustanne zajęcie dla umysłu, ponieważ Jennifer A. Nielsen lubi podpuszczać czytelników i bardzo dobrze jej to wychodzi. Unika przy tym sztuczności, jej narracja jest płynna, bez dłużyzn i słabszych miejsc.

Prócz intryg i zwrotów akcji „Fałszywy książę” oferuje cały wachlarz emocji, które targają Sage'em. Są wśród nich poczucie odrzucenia, tęsknota, miłość do rodziny pomieszana z niechęcią i urazą, a także ciężar serca związany z konsekwencjami pewnych nieuniknionych wyborów. To one potęgują naszą sympatię do tego niesfornego nastolatka o trudnej przeszłości i niepewnej przyszłości. Tak jak rozbudowana warstwa psychologiczna przekonuje nas, że mamy do czynienia z naprawdę nietuzinkową powieścią przygodową.

Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że „Fałszywy książę” to pierwsza część trylogii, więc na drugi tom trzeba będzie poczekać. Ale cieszę się, że poznam dalsze losy Sage'a, bo należy on do tych postaci literackich, z którymi trudno się rozstać. I których obdarza się sercem i uwagą należną żywym.

Made in Poland - zapowiedź



Dziś swoją premierę ma książka "Made in Poland".

Mariusz Szczygieł, Wojciech Tochman, Włodzimierz Nowak, Włodzimierz Kalicki, Katarzyna Surmiak-Domańska, Wojciech Jagielski, Leszek K. Talko i wielu innych mistrzów sztuki opowiadania bez fikcji wybrało swoje najciekawsze teksty, by zaprezentować je czytelnikom. Są wśród nich głośni “Chłopcy z motylkami” Jacka Hugo-Badera o wojnie, jaką reporter wytoczył bandytom na warszawskim blokowisku, „To nie mój pies, ale moje łóżko” Lidii Ostałowskiej i Pawła Smoleńskiego” o Agnieszce Osieckiej czy też “Książka wisiała, manikura trwała” Grzegorza Sroczyńskiego - opowieść o PRL-owskim relikcie: książkach skarg i zażaleń.

wtorek, 18 czerwca 2013

Yrsa Sigurđardóttir, Statek śmierci




Yrsa Sigurđardóttir, Statek śmierci, tłum. Małgorzata Bochwic-Ivanovska, wyd. Warszawskie Literackie Wydawnictwo MUZA są

W środku nocy do portu w Reykjaviku zawija luksusowy jacht „Lady K”. Nie odpowiada na żadne wezwania. Na jego pokładzie nie widać ani żywego ducha. W końcu uderza w nabrzeże. Kiedy rozpędzony statek udaje się w końcu zatrzymać, okazuje się, w środku nie ma nikogo. Cała załoga, w tym małżeństwo z dwójką dziećmi, przepada bez śladu. Po tak emocjonującym początku nie można się już od „Statku śmierci” oderwać. Bo Yrsa Sigurđardóttir wciąż podtrzymuje napięcie, umiejętnie buduje nastrój, a przede wszystkim – wie, jak wykorzystać naszą skłonność do szukania działania sił nadprzyrodzonych tam, gdzie dzieją się sprawy tajemnicze i zagadkowe. Sama też przykłada rękę do budzenia w nas takich, a nie innych skojarzeń: ciężkim zapachem perfum snującym się po korytarzach jachtu, dziwnymi światłami na jego pokładzie, gdy stoi zapieczętowany przez policję w porcie, wizją dziecięcych nóżek pod łóżkiem, wreszcie złą sławą statku, przy którego budowie i wodowaniu zginęło kilkoro ludzi, a on sam przechodził z rąk do rąk nowych właścicieli, nie przynosząc im szczęścia.

Autorka przeciwstawia to, co nadnaturalne trzeźwemu osądowi swojej głównej i jakże racjonalnej bohaterki, prawniczki Thory. Zostaje ona wynajęta przez krewnych zaginionej rodziny w celu zebrania dokumentacji potrzebnej do uzyskania wypłaty pieniędzy z ubezpieczenia na życie. Trudno więc jej działania uznać za typowe śledztwo, niemniej prawniczce udaje się dojść do ważnych dla policyjnego dochodzenia wniosków. Ma otwarty umysł, nie zakłada z góry istnienia pewnych faktów, na emocjonalność pozwala sobie w myślach, nie w działaniu, a i to raczej w sferze prywatnej niż zawodowej. Trudno o większy kontrast z niechlujną, egoistyczną Bellą, sekretarką z kancelarii, która po raz pierwszy w swojej karierze znacząco pomaga Thorze w obowiązkach służbowych.

My, czytelnicy, jesteśmy od początku w lepszej sytuacji niż bohaterowie książki. Układ rozdziałów pozwala nam na przemian śledzić działania Thory po tajemniczym zaginięciu załogi oraz wydarzenia rozgrywające się na statku jeszcze przed nim, z punktu widzenia Egira, jego żony Láry oraz ich córek-bliźniaczek, Arny i Bylgji. Jednak im więcej się dzieje, a nasza wiedza wzbogaca o kolejne fakty, tym zmniejsza się nasza pewność co do końcowego rozstrzygnięcia. Chociaż te dwie narracje uzupełniają się, Yrsa Sigurđardóttir pozostawia dość niewiadomych, by przykuwać naszą uwagę do każdej strony, każdego zdania. Absorbować ją aż do ostatniego rozdziału. I podsycać nadzieję na jakiś fortunny zbieg okoliczności, łut szczęścia, który przytrafi się chociażby dzieciom.

Treść „Statku śmierci” odnosi się do tradycji marynistycznych historii o statkach-widmach. Jest także pokłosiem kryzysu ekonomicznego w Islandii, który pojawia się w powieści jako istotne tło. Ale przede wszystkim staje się przyganą tej powszechnej cechy ludzkiej – chciwości. To perfekcyjnie napisany, przemyślany w każdym szczególe thriller, który zaspokoi najwybredniejszego miłośnika tego gatunku. Momentami wstrząśnie, uspokoi na chwilę, by znów wywołać burzę emocji. I tak do samego końca.

Mateusz Górnicki, Rzeczy na P - książka do pobrania

„Rzeczy Na P” – najbardziej kontrowersyjna powieść tego roku, która jest darmowa.

„Rzeczy Na P” to opowieść o bohaterze na miarę naszych czasów. Mieszka w Warszawie, ale jest przyjezdny. Odnosi sukcesy, ale jest sfrustrowany. Nie szuka miłości, bo w nią nie wierzy, ale znajduje dużo seksu.

Narratorem „Rzeczy Na P” jest bezimienny bohater.  Prowadzi swój wewnętrzny dialog faceta przed trzydziestką.  Rzeczywistość widziana jest przez pryzmat  jego ocen i doświadczeń. Jest to świat w którym kobiety wypierają mężczyzn z coraz to nowych dziedzin życia i nikt nie wie jak się w tym odnaleźć. Stres jest zabójczy, ale są jeszcze sposoby żeby spuścić ciśnienie.

Dziś gdy na książki stać coraz mniej osób, platformy ebookowe wciąż są mało popularne, a piractwo kwitnie, autor „Rzeczy Na P” zastosował nowatorski model uzyskania gratyfikacji za swoją powieść. Można ją pobrać za darmo w formacie Word i Pdf, albo czytać online pod adresem  www.rzeczynap.pl  

Jeśli ktoś uzna, że powieść mu się podobała,  może przelać drobną kwotę bezpośredni na konto autora. Tym sposobem autor unika wszelkich pośredników i nie daje powodu, aby  pobierać powieść nielegalnie. W ciągu kilku miesięcy będzie wiadomo czy ta formuła się powiedzie. Może okazać się ona małą rewolucją, która umożliwi setkom innych debiutantów podążenie analogiczną drogą.

„Rzeczy Na P” to debiutancka powieść Mateusz Górnickiego. Autor, rocznik 83, jest  absolwentem Stosunków Międzynarodowych Collegium Civitas. W 2011 roku zwyciężył w polskiej edycji programu „Dragons’ Den – Jak Zostać Milionerem”.
 
Autor informacji na temat książki: Mateusz Górnicki.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Jeanne Bourin, Sekrety kobiet złotnika




Jeanne Bourin, Sekrety kobiet złotnika, tłum. Anna Michalska, wyd. Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Trzynastowieczny Paryż uchwycony w „Sekretach kobiet złotnika” jest miejscem tętniącym życiem, przyciągającym do siebie kupców, studentów i trubadurów, na których pieśni czekał przychylny dwór. Z rozległymi ogrodami przy domach, w których hodowano własne kwiaty, zioła i warzywa. Z czystą Sekwaną, która oferowała zaciszne zatoczki i niewielkie piaszczyste plaże. Z działającymi łaźniami, w których zmywano powszechny w naszym przekonaniu średniowieczny brud. Ze szpitalami, w których otaczano najlepszą możliwą opieką chorych i ciężarne (oczywiście w zgodzie z ówczesną wiedzą medyczną). Z królem, do którego mogła się bezpośrednio udać na skargę zwykła mieszczka. Ku mojemu zdziwieniu był to też Paryż kobiet, które zajmowały się leczeniem chorych, układaniem poezji, projektowaniem wyrobów złotniczych, kopiowaniem ksiąg. Za to, że ten tak różnorodny i niekiedy zdumiewający obraz był prawdą, poręczyła Régine Pernoud, nieżyjąca już francuska mediewistka, autorka m.in. takich książek, jak „Kobieta w czasach wypraw krzyżowych”, „Kobieta w czasach katedr” czy „Inaczej o średniowieczu”. O tym, że nie był to świat idealny świadczy fabuła powieści, której najważniejszymi bohaterkami są kobiety, a jej podstawą - ich troski, sercowe rozterki, życiowe problemy.
Tytułowe kobiety złotnika pochodzą z zamożnej rodziny, ale nawet pozycja nie jest w stanie uchronić je przed wszystkimi zagrożeniami i pułapkami. Zwłaszcza, gdy niebezpieczeństwo czai się w nich samych, ich myślach i pragnieniach. Ciekawie jest obserwować, jak walczą z pokusami, z pragnieniami ciała niemożliwymi do urzeczywistnienia poza związkiem małżeńskim. Jak zmagają się z nimi nie ze względu na możliwość kary. Problem ten dotyka je, gdy są już dojrzałe, świadome swoich potrzeb jak Matylda, czy tak niedoświadczone jak córka Matyldy, Florina. Chociaż nie są to jedyne ciekawe kobiece postacie w tej powieści, losy matki i córki zostały zaakcentowane najmocniej, ich przebieg (zwłaszcza w przypadku Floriny) jest najdramatyczniejszy i najbardziej przyciąga uwagę. Czytając o ich perypetiach, zapominałam momentami o rzeczywistości. To, co im się przytrafiało, traktowałam tak, jakby dotykało osobiście mnie lub kogoś mi bliskiego. A przecież na początku nie spodziewałam się, że w ogóle wczuję się tego rodzaju historię. Nie przepadam za określeniem „literatura kobieca”, ale w tym wypadku nie sądzę, by „Sekrety kobiet złotnika” mogły tak samo poruszyć czytelnika-mężczyznę jak czytelniczkę.
Lektura „Sekretów...” pozwala nam podglądnąć, jak pewne sprawy rozstrzygano osiem stuleci temu. Zwłaszcza, że autorka postarała się o zachowanie wiarygodności w warstwie obyczajowej i sposobie myślenia ludzi żyjących w 13. wieku. Nie daje nam zapomnieć, że jej bohaterowie nie mieli możliwości wzięcia rozwodów i wiedzieli, że zdrada małżeńska skutkuje społecznym ostracyzmem. Religia w o wiele większym stopniu niż dziś służyła jako środek pomagający godzić się z losem, dawała impuls do zmian w życiu, a nawet, jeśli można tak powiedzieć, pełniła funkcje terapeutyczne. Tło obyczajowe i historyczne jest tym, co pięknie odróżnia tę powieść od typowych romansów. Dla mnie okazało się szczególnie interesujące, bo np. nigdy wcześniej nie słyszałam o wyborze królowej maja i związanych z tym zwyczajem frywolnych rozrywkach. Ani o szarym winie, które obecnie produkuje się w Maroku. Nie jestem osobą szczególnie religijną, dlatego tak szczere rozliczanie się ze sobą i kierowanie w moralnych dylematach wiarą bez hipokryzji i świętoszkowatości było dla mnie czymś naprawdę frapującym. Zwłaszcza, że Jeanne Bourin nie pisze o wydumanych problemach, tylko o sprawach, które dotykają kobiety z krwi i kości. Dlatego tak dobrze czytało mi się jej książkę.

PS. Premiera „Sekretów kobiet złotnika” jest przewidziana na 20 czerwca.

czwartek, 13 czerwca 2013

Maria Nurowska, Sergiusz, Czesław, Jadwiga




Maria Nurowska, Sergiusz, Czesław, Jadwiga, wyd. W.A.B.

Z Marią Nurowską zawsze mam ten kłopot, że nigdy nie wiem, czy jej kolejna książka mnie porwie czy zniechęci po kilku pierwszych stronach. Nie ma drugiego takiego autora, który budziłby we mnie tak skrajne uczucia – od podziwu wobec zręcznego pióra i interesującego pomysłu na fabułę po niesmak i wrażenie, że mam do czynienia z pospolitym grafomaństwem. Wśród powieści, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie są „Hiszpańskie oczy”, a dokładnie na drugim biegunie - „Panny i wdowy”, o których chcę zapomnieć, że w ogóle miałam je w ręku. Dlatego właśnie czytanie „Sergiusza, Czesława, Jadwigi” zaczęłam z mieszanymi uczuciami. Prostota stylu - tak charakterystyczna dla Nurowskiej – nie zmieniła mojego nastawienia. A nawet wzmogła czujność. Oczekiwanie na coś więcej jednak się opłaciło. I to z nawiązką!

Maria Nurowska po raz kolejny udowodniła, że potrafi wielką historię przekuć w pojedyncze doświadczanie losu. Że przeszłość to dla niej otwarta skarbnica tematów. Takich, jak związek pewnej kobiety z dwoma pisarzami. Jeden to Sergiusz Piasecki, autor „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”, nominowany do nagrody Nobla jeszcze przed wojną, a po niej skazany na niepamięć. Drugi – noblista, poeta, którego nazwisko doczekało się uznania jeszcze za jego życia, Czesław Miłosz. Ona to Jadwiga, panna z dobrego domu, wykształcona, inteligentna, świadomie skazująca się na ciężką, fizyczną pracę w ramach pokuty.

Narratorkę powieści, Annę, poznajemy jako młodą dziewczynę, która przez przypadek spotyka przebywającego na emigracji Piaseckiego. Nieprzejednanego i skłóconego ze wszystkimi pisarza z przeszłością, na której cieniem kładzie się bandytyzm i pobyt w więzieniu. Jego sytuacji nie poprawiła praca dla wywiadu i kierowanie wileńską komórką AK odpowiedzialną za wykonywanie wyroków śmierci. Ani nawet nominacja do nagrody Nobla, którą być może by otrzymał, gdyby nie wybuch wojny. Za sprawą Piaseckiego Anna rozpoczyna literackie śledztwo w celu rozwikłania niejasności wokół uczuciowego trójkąta, jaki stworzyli Jadwiga, Narcyz i Sergiusz. Początkowo kieruje nią pragnienie ustalenia, która wersja historii Jadwigi jest prawdziwa i czy postać Narcyza jest tożsama z osobą Czesława Miłosza. Stopniowo ważniejsze staje się dla niej zrozumienie motywów postępowania Miłosza, którego rezultaty – według bohaterki książki - okazały się fatalne dla jego życia osobistego.
 
Tak oto banalna historia porzucenia stała się punktem wyjścia do skonfrontowania dwóch postaw, dwóch charakterów i wreszcie - dwóch prawdziwych talentów literackich. Przy tym Nurowska wybrała trudniejszą drogę przedstawienia obu postaci. Jej główna bohaterka i narratorka zarazem jest naukowcem, literaturoznawczynią, dla której bezpośrednie rozmowy z zainteresowanymi są tylko uzupełnieniem wiedzy czerpanej wprost z prozy, poezji, listów, wspomnień, także autorstwa innych osób niż pisarze, z którymi zetknął ją los. Mnogość cytowanych tekstów świadczą o mrówczej pracy i dociekliwości. Pisarska wyobraźnia, która ma uzupełniać luki w przebiegu prawdziwych wydarzeń, gładko stapia się z faktami pozyskanymi z dokumentów. Czasami trudno się zorientować, gdzie przebiega granica. Co więcej, „Sergiusz, Czesław, Jadwiga” nie jest książką stawiającą na piedestał. Jej nadrzędnym tematem jest tak niechętnie dostrzegany rozdźwięk między twórczością a życiem prywatnym. Co okazuje się szokujące zwłaszcza w przypadku osoby Miłosza, którego jako noblistę przywykliśmy traktować jako wzór. Podczas gdy fakt odebrania Nobla nie zmienia natury uhonorowanego nią człowieka. „To nagroda literacka, nie wymaga świadectwa moralności!” - tak o przyznanej Miłoszowi nagrodzie Nobla mówi do Anny jej szefowa na Uniwersytecie Warszawskim.

Marii Nurowskiej wyszła świetna powieść, która pewnie wywoła niejedną burzę w szklance wody i okrzyki oburzenia. I bardzo dobrze!

wtorek, 11 czerwca 2013

Jean-Claude Carrière, Krąg łgarzy



Jean-Claude Carrière, Krąg łgarzy. Powiastki filozoficzne z całego świata, t. 1, tłum. Wiktor Dłuski, wyd. Drzewo Babel

„Krąg łgarzy” to zbiór powiastek z całego świata - filozoficznych, próbujących wytłumaczyć świat, wychwalających mądrość i przenikliwość. Czasem śmiesznych, nawet frywolnych, a czasem refleksyjnych, a jeszcze niekiedy powstających z potrzeby snucia historii dla niej samej. Autor czerpie tak samo chętnie z podań afrykańskich, chińskich, indyjskich, ze świata arabskiego, jak z Ameryki Łacińskiej, z Dalekiej Północy i z Europy – tej współczesnej i tej średniowiecznej. Nie zastanawiałam się na przyporządkowaniem tych historyjek do poszczególnych rozdziałów. Czytałam je bez bez narzuconego z góry porządku i myślę, że sam autor nie miałby nic przeciwko temu. Zaletą tego zbioru jest jego nieskończoność, mimo zaznaczenia na okładce, że mamy do czynienia z tomem pierwszym. Z potrzeby chwili możemy przeczytać po raz kolejny tę samą opowiastkę o pochodzeniu dnia i nocy (odmienianej przez wszystkie ludy świata!) lub o tym, kiedy zaczyna się prawdziwe życie i... w danym momencie zrozumieć ją inaczej, zrozumieć w końcu albo ponownie - wcale. Albo jeszcze – zaśmiać się głośniej niż wcześniej. Tym, co łączy te anegdoty, jest konkret, odniesienie do tego, co znane i widziane, i umieszczenie pośrodku wszystkiego człowieka jako świadka lub sprawcy. Bo nawet afrykańskie lelki nie piją wody z rzek, tylko zaspakajają pragnienie rosą za sprawą ludzi, których ostrzegły przed kajmanami.

Powiastki zgromadzone w „Kręgu łgarzy” są przewrotne, zaskakujące. Jedne bardziej lubiane od drugich (i to nie zawsze z konkretnej przyczyny), wędrują z ust do ust moich domowników, wzbogacają spotkania z przyjaciółmi. Odkładane na półkę i ponownie wyciągane. Są próbą przeniknięcia tajemnic przyrody, powolnym rozgryzaniem sekretu przemijania i sztuki dobrego życia. A wśród nich jest ta moja ulubiona o mistrzu zen, którego spokój i opanowanie postanowili wypróbować onieśmieleni jego postawą uczniowie. Przebrani za potwory nastraszyli mistrza niosącego filiżankę herbaty przez ciemny korytarz. Te bez drżenia doszedł do końca korytarza, odstawił filiżankę w bezpieczne miejsce i dopiero wtedy zaczął krzyczeć. Morał (według mnie) – boimy się wszyscy, ale mistrzostwo polega na wybieraniu chwil, kiedy możemy sobie pozwolić na okazanie strachu. Przytaczam tę historię bez zaglądania do książki. Jej zasadniczy trzon pozostał bez zmian, ale opowiedziałam ją po swojemu, swoimi słowami, skróciłam ją, bo tak było mi wygodniej. To także nie wywołałby protestów autora, gdyż opowiastki z „Kręgu łgarzy” są czymś żywym, co możemy wciąż stwarzać na nowo, równie starym jak ludzkość i należą do każdego z nas. Dlatego jak najbardziej - polecam!

czwartek, 6 czerwca 2013

Shelley Emling, Maria Skłodowska-Curie i jej córki




Shelley Emling, Maria Skłodowska-Curie i jej córki. Opowieść o najsłynniejszej w dziejach rodzinie naukowców, tłum. Wojciech Górnaś, wyd. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA

Książkę Shelley Emling nie czyta się, lecz połyka. Niemal trzysta stron ujętych w solidne okładki - naszpikowanych informacjami, faktami, datami, urywkami listów - przelatuje przed oczami czytelnika w błyskawicznym tempie. Na pewno ma na to wpływ wyczuwalny w tekście entuzjazm i ogromny podziw autorki wobec osoby Marii Skłodowskiej-Curie, jej naukowych dokonań i wpływu, który ta skromna kobieta miała nie tylko na swoich bliskich, ale i na całokształt znanego nam świata. Szczerze mówiąc, dopiero ta książka uświadomiła mi, jak wielki był ten wpływ. Jak jedno odkrycie, którego skutków – tych pozytywnych i negatywnych - Skłodowska nie mogła przewidzieć, pociągało za sobą kolejne i zmieniało ludzkie rozumienie praw rządzących przyrodą. Doprowadziło do powstania bomby atomowej, ale też pomogło wielu chorym na raka i rannym w wyniku działań wojennych. Przyczyniło się do pozyskania nowego źródła energii elektrycznej. Nie bez powodu to Francja, przybrana ojczyzna Skłodowskiej-Curie, jest drugim na świecie producentem energii jądrowej.
Autorka celowo pomija szeroko opisywane w innych biografiach lata jej dzieciństwa i młodości, a skupia się na drugiej połowie życia uczonej. Pasjonująco przedstawia jej pracę i pasję w połączeniu z życiem rodzinnym i osobistym. Nie pomija rozterek, chwil zniechęcenia, zwłaszcza po prasowej nagonce, jaka nastąpiła po ujawnieniu jej prywatnej korespondencji z Paulem Langevinem. Pisze o lęku przed publicznymi wystąpieniami, z którym musiała walczyć w entuzjastycznie przyjmującej ją Ameryce (Emling porównuje euforię Amerykanów wobec osoby Marii Skłodowskiej-Curie i Alberta Einsteina do tej, z którą w latach 60. witano Beatlesów). O osobach, które ją wspierały i bezinteresownie pomagały, zwłaszcza dziennikarka Missy Meloney. I oczywiście córki. Te, których mama więcej czasu spędzała w laboratorium niż przy nich, okazały się jej największym oparciem.
Shelley Emling jednak nie poprzestaje tylko na osobach Ireny Joliot-Curie i Ewy Curie, pisze również o ich mężach i dzieciach. A swoją wiedzę o losach dalszych członkach rodziny opiera na wspomnieniach i wiedzy Hélène Langevine-Joliot, wnuczki Marii, z którą spotkała się osobiście. Dzięki temu możemy sobie wyrobić pogląd na rodzinę, w której równouprawnienie na polu zawodowym było faktem dokonanym na długo, nim Francuzki otrzymały prawa wyborcze (w 1944 roku!). O stosowanym przez nią modelu wychowawczym, który zakładał, że ważne są nie wyniki w szkole, ale rozwój umysłowy i fizyczny (Maria i Irena wysyłały w listach do dzieci zadania matematyczne, zachęcały do uprawiania sportu). Dzieci nie zmuszano do pójścia w ślady rodziców, tylko zachęcano do podjęcia zajęcia zgodnego z zainteresowaniami i poważnego traktowania pracy. A i tak potomkowie Marii i Piotra Curie to w większości naukowcy zajmujący się naukami ścisłymi.
Wyjątkowość książki Shelley Emling polega na wszechstronnym ujęciu sylwetki Marii Skłodowskiej-Curie i jej rodziny. Bez wywlekania brudów, ale też bez ukrywania pewnych postaw czy sympatii, które współczesnych mogą wprawiać w zakłopotanie (jak komunistyczne ciągoty Ireny i Frédérica Joliot-Curie oraz ich zachęty pod adresem Chińczyków do zbudowania własnej bomby wodorowej i atomowej). Były one znakiem tamtych czasów i skutkiem inaczej rozumianych okoliczności, które na szczęście nie przyniosły złych owoców. Mimo nich rodzina Curie pięknie zapisała się na kartach historii. I robi to nadal.

wtorek, 4 czerwca 2013

Åsa Larsson, W ofierze Molochowi




Åsa Larsson, W ofierze Molochowi, tłum. Beata Walczak-Larsson, wyd. Wydawnictwo Literackie

W powieściach Åsy Larsson nikt nie jest samotną wyspą. Za każdą osobą, o której pisze, stoją inni ludzie, sąsiedzi, przyjaciele, wreszcie najbliżsi krewni i krewne. Z niektórymi wiążą się najpiękniejsze przeżycia i wspomnienia, podczas gdy stosunki z innymi naznaczone są cierpieniem i zawiedzionymi nadziejami. Zawsze, kiedy czytam jej kolejną najnowszą powieść, uświadamiam sobie, jak bardzo mocno przemawiają do mnie te wątki obyczajowe i psychologiczne. Że to dla nich, nie dla dreszczyku emocji, tak chętnie sięgam po pozycje z jej nazwiskiem na okładce. Nie znaczy to, że warstwa sensacyjna nie jest warta uwagi. Wprost przeciwnie! Åsa Larsson intrygę kryminalną prowadzi bardzo zgrabnie, bez powielania pomysłów, chociaż zdarza jej się zazwyczaj jakieś drobne potknięcie. Ta niewielka skaza dodaje tylko jej historiom swoistego uroku i tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Skutecznie przesłania ją surowy klimat dalekiej północy - nieodłączne tło każdej powieści Åsy Larsson. To on i nieujarzmiona przyroda nauczyły tamtejszych ludzi małomówności, podejmowania się ciężkiej pracy i polegania na sobie nawzajem. Obecnie wsie w lapońskiej części Szwecji powoli się wyludniają, bo ich mieszkańcy wolą cywilizacyjne wygody dużych miast. Ale był czas gdy Kiruna i okolice były szwedzką ziemią obiecaną. Bogactwo złóż rudy żelaza odmieniło los wielu ludzi, którzy tu na północy szukali pracy i szczęścia. „W Ofierze molochowi” autorka przybliża nam ten okres, prowadząc akcję jednocześnie w dwóch wymiarach czasowych. Bo to w przeszłości kryje się klucz do zrozumienia, dlaczego członków pewnej rodziny w każdym pokoleniu prześladują śmiertelne wypadki. To ich nadmiar, a nie natura, wzbudza czujność prokuratorki Rebeki Martinsson, postaci, która nieodmiennie przewija się przez wszystkie książki Larsson i której osobiste przeżycia stanowią ważny składnik powieściowej fabuły. Nowością tej części cyklu jest uchwycenie charakteru tej specyficznej więzi, jaka zawiązuje się między człowiekiem a psem. Czworonogi pojawiały się już w poprzednich powieściach Larsson, lecz teraz stają się bohaterami niemal równymi ludziom. To, co dzieje się z nimi, budzi tę samą, pełną troski czułość i ciekawość. Dlatego „W ofierze Molochowi” to dla mnie kolejny dowód na niezwykłość pisarstwa Åsy Larsson, która - chociaż wybrała kryminał, gatunek, któremu w zupełności wystarcza pomysł i zręczne pióro - potrafi wyjść poza jego ramy, oddając słowem pisanym wszystkie subtelności i odcienie naszej ziemskiej egzystencji. Naszego bycia tu i teraz, pośród innych, podobnych nam istot, zdolnych do największej miłości i poświęcenia, ale też i do bestialskiego okrucieństwa.

"W ofierze Molochowi" została uznana przez Szwedzką Akademię Kryminału za najlepszą szwedzką powieść kryminalną 2012 roku.

poniedziałek, 27 maja 2013

Wisława Szymborska, Błysk rewolwru




Wisława Szymborska, Błysk rewolwru, Biblioteka Gazety Wyborczej, wyd. Agora SA

Doskonale pamiętam ten rok studiów, gdy podczas wykładu oznajmiono nam, że Wisławie Szymborskiej przyznano nagrodę Nobla. Na część koleżanek z kierunku (filologia polska!) wiadomość ta wpłynęła w zadziwiający sposób. Zaczęły dostojnie przemierzać uniwersyteckie korytarze z obowiązkowym tomikiem poezji Szymborskiej pod pachą, by wymieniać się nabożnym szeptem uwagami o „drogiej Wisełce”. W dobrej wierze postawiły poetkę na piedestał, gdzie miał się kurzyć w czci przez następne wieki. Jakby przyjęły „Błysk rewolwru”? Ten zupełnie niepoważny zbiór przeróżnych rodzajów twórczości, ujmujących w nawias dzieciństwo, ostatnie chwile i to, co pomiędzy - całe życie poetki. Rysunki jej autorstwa, listy, pierwsze literackie próby, limeryki, epitafia, a nawet wymyślone przez nią adoralia, rajzefiberki, lepieje i metzyje. Które nigdy wcześniej nie doczekały się wydania. Niemal wszystkie podszyte poczuciem humoru i błyskotliwością, a pisane z szelmowskim błyskiem w oku. Każda strona „Błysku rewolwru” to jakaś nowa niespodzianka, nie tylko literacka. To także zdjęcia, szkice, wyklejanki, obok druku ręczne pismo, możliwość zobaczenia rękopisów w oryginale. Plus dodatkowe informacje na marginesach, które wyjaśniają, tłumaczą, umiejscawiają w czasie. Dlatego także od strony graficznej ta książka to prawdziwe cudeńko. Pierwsze dni spędziłam na przeglądaniu jej i odkrywaniu coraz to nowych szczegółów, na podczytywaniu i wynikających z tego podśmiechujkach i podśmiewajkach. Zdumiona i oczarowana frywolnością i brakiem jakiejkolwiek ideologii zamieszczonych w niej tekstów. Zdążyłam już nawet puścić w świat - jako kapitalną historyjkę - treść listu o romansie z towarzyszem Mao. Na tyle, na ile jest to możliwe bez znajomości chińskich ideogramów.
Po „Błysku rewolwru” Wisława Szymborska na zawsze pozostanie w mojej świadomości jako poetka, która przyjęła Nobla, a odrzuciła nobliwość. Na szczęście!

piątek, 24 maja 2013

Barbara Włodarczyk, Nie ma jednej Rosji




Barbara Włodarczyk, Nie ma jednej Rosji, wyd. Wydawnictwo Literackie

Była korespondentka TVP w Moskwie, Barbara Włodarczyk zna się na współczesnej Rosji jak mało kto. Wielokrotnie nagradzanym cyklem reportaży telewizyjnych „Szerokie tory” pokazała różnorodność świata, który powstał po rozpadzie Związku Radzieckiego. Zbiór reportaży „Nie ma jednej Rosji” to jakby ciąg dalszy tego cyklu - wielobarwny i intrygujący zjawiskami, do których się odnosi, zadziwiający mnogością postaw i charakterów ludzi, o których opowiada. Chociaż nie jest to pierwsza książka o Rosji i Rosjanach, która trafiła w moje ręce, w tej znalazłam zupełnie nowy punkt widzenia, inną perspektywę przedstawiania problemów dotykających państwo rosyjskie i jego obywateli. Nie sądziłam, że to jeszcze możliwe, ale „Nie ma jednej Rosji” wzbogaciło moją wiedzę o tamtym regionie świata. Oczywiście na tyle, na ile można tego dokonać poprzez przekaz książkowy. Na pewno pomógł w tym niebanalny pomysł na napisanie tej książki, a zwłaszcza dobór tematów.

Sposób Barbary Włodarczyk okazał się bardzo prosty i niezwykle skuteczny. Każdy reportaż dotyczy jednej osoby i to za jej pośrednictwem poznajemy dany wycinek rosyjskiej rzeczywistości na przestrzeni ostatnich 12 lat. Autorka oddaje głos swoim rozmówcom, a sama wtrąca krótkie wyjaśnienia, dorzuca ciekawostki, własne spostrzeżenia. Nie szuka na siłę absurdów czy sensacji, ale zdarza się, że one same wypływają w trakcie spotkania. Jak na przykład ten, że większość mieszkańców państwa o aspiracjach supermocarstwa i dysponującego dużymi zasobami gazu obywa się bez centralnego ogrzewania, a wodę czerpie ze studni. Lub ten, że ubrania projektowane przez znanych kreatorów mody są o wiele droższe w Moskwie niż w Mediolanie czy Paryżu, mimo dużej różnicy w dochodach.

Teksty Barbary Włodarczyk nie są przeładowane, postępowania bohaterów reportaży nie przesłania dziennikarskie „ja”. Niemal zawsze są to osoby, które w jakiś sposób wyróżniają się z tłumu – specyficznym postępowaniem, ciekawym zawodem albo wyrazistymi poglądami. Albo są, jak Wasia, chłopiec mieszkający z matką i bratem na Dworcu Jarosławskim, ofiarami wadliwego systemu odziedziczonego po ZSRR i obojętności obecnych władz. Wobec wszystkich dziennikarka zachowuje się z taktem, nie boi stawiać kłopotliwych pytań, odpuszcza, gdy rozmówca ma problem z odpowiedzią, a w zamian opisuje jego gesty, chwilę wahania, mimikę twarzy. Jej spostrzegawczość i prostota przekazu są tak sugestywne, jakbyśmy to my sprzątali ulice razem z Jeanem, czarnoskórym radnym, który serio traktuje swoją funkcję i społeczną misję. Stali obok Kariny, uczennicy szkoły wojskowej, która z obowiązkową kokardą na głowie w kilka sekund potrafi złożyć kałasznikowa. Przemierzali moskiewskie metro w towarzystwie maszynisty Iskandera. Rozmawiali z Germanem, milionerem i zręcznym finansistą, który skromnie mieszka na wsi, hoduje kozy i uważa, że powinniśmy wrócić do obrotu złotem zamiast pieniędzmi. Zrozumieli na przykładzie Nadii, czemu kobiety są lepszymi ochroniarzami niż mężczyźni. Czuli współczucie Galiny wobec wszystkich zabitych w Lesie Katyńskim bez względu na ich narodowość. A nawet byli świadkami porwania przyszłej żony w Dagestanie.

czwartek, 23 maja 2013

Giles Milton, Wolfram - chłopiec, ktory poszedł na wojnę



Giles Milton, Wolfram – chłopiec, który poszedł na wojnę, tłum. Piotr Kulig, wyd. Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Kiedy czytałam tę książkę, dopadał mnie momentami syndrom „słonia a sprawy polskiej”. No jak to, oburzałam się w myślach, jak głównemu bohaterowi mógł zostać w głowie tylko bezbarwny obraz Polski w postaci migawki zza okien pociągu? W czasie wojny?! Co jakiś czas brakowało mi pewnych informacji lub szerszego potraktowania innych - oczywiście z polskiego punktu widzenia. W zamian dostawałam takie, które były dla mnie całkowitą nowością (np. jak traktowali jeńców niemieckich Amerykanie i Francuzi po zakończeniu działań wojennych). Niemniej wciąż musiałam sobie przypominać, że „Wolfram” nie jest książką ściśle historyczną, chociaż opiera się na faktach, a autor bardzo dba o to, byśmy mieli dostateczny wgląd w ogólną sytuację Niemiec w latach 30. i 40. poprzedniego wieku. Świadczy już o tym bogata bibliografia, z której korzystał podczas pisania. A co jak co, ale Giles Milton potrafi wyciągnąć to, co najważniejsze ze źródeł i opracowań historycznych. Dowiódł tego innymi swoimi książkami, m.in. znakomitym „Białym złotem”, które we mnie wzbudziło nieufność wobec powszechnego przekonania o panowaniu brytyjskiej floty na morzach w ubiegłych wiekach.

„Wolfram” jest historią rodzinną, która miała za cel przybliżyć córkom Miltona dzieje ich niemieckiego dziadka i jego bliskich oraz członków innej, zaprzyjaźnionej z nimi rodziny, z której wywodzi się ich babcia. Przy okazji jest próbą pokazania drugiej wojny światowej i poprzedzających ją wydarzeń z punktu widzenia samych Niemców. To dlatego Milton nie ogranicza się tylko do relacji Aϊchele'ów i Rodich, ale sięga też do wspomnień innych osób, m.in. Sigrid i Doris Weber oraz Hannelore Schottgen, rówieśnic Wolframa. Książka nie ukrywa ich dziecięcej radości wywołanej nazistowskimi pochodami z pochodniami i orkiestrą. Ani zażenowania ideą Lebensborn, która zakładała, że niemiecka dziewczyna powinna poza małżeństwem urodzić „dzidziusia dla Hitlera” i oddać je na wychowanie państwa. Oraz konsternacji, że żadna z uczennic nie przypomina z wyglądu rasowej Aryjki. Nie pomija też wstrząsu, jakim dla dorosłych okazał się nagły brak swobody w wyrażaniu poglądów, niebezpieczeństwo związane z opowiadaniem politycznych kawałów, przymus uczestnictwa w nazistowskich rytuałach oraz powszechne donosicielstwo. Podkreśla niedowierzanie pomieszane ze zgrozą, które budziły szeptane ukradkiem pogłoski o obozach zagłady.

Z treści książki jasno wynika, że bliscy Wolframa, a także wielu innych Niemców nie było przygotowanych na zmiany wprowadzone przez nazistowski reżim. Nie wiedziało też, jak się mu skutecznie przeciwstawić. Stać ich było co najwyżej na drobne wybiegi, jak np. ten z masztem na flagę w ogrodzie Aϊchele'ów. Niemniej „Wolfram” nie jest usprawiedliwieniem żadnej nazistowskiej zbrodni, nawet jeśli władze Trzeciej Rzeszy ukrywały pewne ponure fakty przed swoimi obywatelami. Ci przyzwoitsi z nich byli więźniami Hitlera i okoliczności, na które mieli niewielki wpływ. Oczywiście więźniami o najlepszej sytuacji w całej ówczesnej Europie (dlatego podczas lektury lepiej unikać porównań do innych krajów). Niektórzy - tak jak Wolfram, który od dziecka marzył o zostaniu artystą – musieli iść na wojnę, której nie chcieli i z której celami się nie utożsamiali. Książka o jego losach jest kolejną interesująca pozycją w dorobku Gilesa Miltona - dobrze się ją czyta i jest ona zdecydowanie godna uwagi.

poniedziałek, 20 maja 2013

Krzysztof Miller, 13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego



Krzysztof Miller, 13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego, wyd. Znak

Wojenne reportaże Krzysztofa Millera nie powstały na zamówienie. Autor nie jeździł na tereny ogarnięte konfliktami zbrojnymi po to, by opisywać i wyjaśniać innym, jak wygląda rzeczywistość na drugim końcu świata. Czy raczej w miejscach, które są znacznie bliżej, niż byśmy tego chcieli. Robił zdjęcia, wychwytywał ten jedyny, właściwy moment, ustawiał parametry, rejestrował. Emocje upychał na później. Uczył się tego od chwili, gdy stanął w rumuńskiej kostnicy nad ciałem popularnego prezentera telewizyjnego, któremu snajper odebrał w ułamku sekundy życie i zmienił połowę twarzy w krwawą miazgą. Umysł fotoreportera utrwalił zbyt wiele, podobnie jak klisza fotograficzna. Nadprogramowe zdjęcia zostały odłożone do archiwum, podczas gdy ludzka pamięć, równie czuła, co pojemna, dla psychiki człowieka była niczym bomba z opóźnionym zapłonem. Po leczeniu w klinice stresu bojowego Miller pisze zbiór reportaży, książkę, którą nazywa swoją ostatnią wojną, tym razem ze wspomnieniami. To właśnie „13 wojen i jedna”.

Zazwyczaj reporterzy usuwają się w cień. Dają głoś innym. Tak dobierają informacje, byśmy my, czytelnicy, bezpieczni w swoich domach uzyskali jak najszerszą perspektywę, a może nawet poznali prawdę. Czymkolwiek ona jest. Książka Krzysztofa Millera już w tym jest inna, bo na pierwszym miejscu stawia bezpośrednie doświadczenie autora i jego odczucia. Z punktu widzenia wielkiej historii nie ma znaczenia, że od kogoś żądano łapówki. Że czyjeś ciało i czyjaś twarz wciskały się w śnieg pod ostrzałem. Że kogoś leżącego przy snajperze cały dzień bolały wszystkie kości. Nie ma znaczenia nawet to, że błysk obiektywu o mały włos nie został wzięty przez dowódcę rosyjskiego czołgu w Groznym za lunetę karabinu snajperskiego. Jednak zagrożenie życia i brak poczucia bezpieczeństwa nie są przez to mniejsze. Nawet gdy posiada się ten luksus, że można wyjechać i w ciągu kilku godzin wrócić do normalności.

Styl Krzysztofa Millera jest specyficzny. Na pozór bardzo luzacki, pełen kolokwializmów, lekko buńczuczny. Są chwile, kiedy wręcz drażni. Ale tylko dopóty, dopóki nie zaczniemy w nim dostrzegać próby oswajania się z warunkami, w których przemoc i jej skutki są normą. To dlatego Miller tak często odwołuje się do tego, co zna – zachowań kumpli z dzielnicy, reguł, które rządzą męskim światem, do scen z filmów wojennych, które zastępują osobiste doświadczenie, do przypadków z innych konfliktów, które dokumentował jako fotoreporter.

Millerowi wyszła proza gęsta od szczegółów. To przez nie czytało mi się tę książkę żmudnie, powoli, chociaż rozumiem powody, dlaczego autor nie zrezygnował z żadnego z nich. Każda rozmowa, spotkanie, widok, odczuta złość, bezsilność lub wzruszenie ramion - dla niego są równie ważne. Czy tatuaże na rękach ormiańskiego żołnierza, czy wywrotka na motorze w kambodżańskiej dżungli, czy picie gruzińskiego koniaku. Przygotowywanie posiłku i ta chwila, gdy jest oskarżany o bycie szpiegiem i może zostać rozstrzelany. Momenty wymagające zimnej krwi i zwykłego szczęścia. Obserwowanie miejscowych rozrywek i cudzych nieszczęść. Własne emocje.

„13 wojen i jedna” należy do tych książek, które dają dużo do myślenia. To bogaty w detal zapis codzienności reportera wojennego, który dobrowolnie decyduje się na nieprzewidywalność i niedostatek udogodnień. Jego misja dokumentowania daleka jest od romantyzmu i przygody. Wymaga utrzymania równowagi między normalnością a brakiem jakichkolwiek reguł. A to ma swoją cenę. Krzysztof Miller nie ukrywa jak wysoką.

wtorek, 14 maja 2013

Adam Wajrak, To zwierzę mnie bierze - fragment



Adam Wajrak znów na tropie tajemnic dzikiej przyrody. W książce „To zwierze mnie bierze” zabiera czytelników w fascynującą podróż po świecie stworzeń dużych, małych i najmniejszy - i jak zwykle robi to z dowcipem i swadą.

Tym razem objaśnia małym i dużym czytelnikom m.in.:
  • Po co ślimak pokazuje rogi?
  • Po co dzięciołkom tylu mężów?
  • Który dzięcioł jęczy, zamiast stukać?
  • Dlaczego niedźwiedź to też człowiek?
  • Dlaczego zięby pukają w okna?
  • Co stresuje świstaka?
  • Po co drą się rzekotki?

"To zwierzę mnie bierze" to wybór tekstów obrazowanych wspaniałymi fotografiami, które w ciągu ostatnich kilku lat ukazały się na stronach naukowych "Gazety" w ramach cyklu "Poczta Teremiski ", potem "To zwierzę mnie bierze", oraz w "Dużym formacie".


JAK Z POMOCĄ DZIĘCIOŁA FOTOGRAFOWAŁEM LISKI

Wczesną wiosną kilkaset metrów od naszego domu, koło wielkiego
świerka tuż przy leśnej drodze, ktoś zaczął prace ziemne. Co parę dni
pojawiała się nowa nora, a przy niej góra świeżo wykopanego piasku.
Nie było wiadomo, kto jest głównym inwestorem, bo na piasku
widziałem tropy jenota, innym razem lisa oraz borsuka. W końcu jednak
jenoty sobie poszły, borsuk zajął się inną norą 100mdalej, a kompleks
nor pod świerkiem opanowały lisy.
W puszczy, gdzie polują na nie myśliwi,właściciele kur nienawidzą,
a wilki potrafią ukatrupić, lisy są szalenie ostrożne. To nie takie lisy
jak w Warszawie, Poznaniu czy innym dużym mieście, które za dnia
potrafią wejść do ogrodu i wyjeść psu karmę z miski lub pogonić kota.
Nasze lisy unikają niepotrzebnych kontaktów, bo może się to dla nich
źle skończyć.
Tymczasem ja marzyłem o zrobieniu zdjęć małym liskom. Na
początku czerwca już powinny wychodzić z nory. Mało jest tak
fotogenicznych zwierzaków jak małe
lisy. Od końca maja, kiedy młode powinny
wychodzić z domu i poznawać świat, odwiedzałem norę. Czaiłem się
przy niej godzinami, a liski zobaczyłem tylko raz, przez kilka sekund,
gdy było bardzo, bardzo ciemno. Na mój widok czmychnęły do nory.
Nic nie dały godziny czekania w specjalnym maskowaniu spryskanym
sprayem udającym zapach jelenia. Liski nie wychodziły.
Ale przecież muszą kiedyś wystawiać głowy – na przykład wtedy,
kiedy do nory przychodzi matka albo ciotka. Tak jest, ciotka, bo
lisy mogą mieć piastunki, zwykle są to młode samice z poprzednich
lat, które pomagają matce wychować młode. Przychodzi ciocia
lub mama i przynosi coś smacznego – przy norze znalazłem
resztki po jakichś gryzoniach, młodym droździe, kawałek sarny
(zapewne ukradzionej jakiemuś rysiowi, bo nie sądzę, by lis mógł
zabić dorosłą sarnę).
Matka nie zostaje długo, bo biegnie dalej polować, ale dla lisków
jej pojawienie się to gwarancja, że nie ma nieprzyjaciół w okolicy
i chwilę można się przy norze pobawić.
A dla mnie to znakomita okazja do fotografii. Kłopot w tym, że jest
tam bardzo gęsty las. Żeby zobaczyć, jak lisica wraca do nory,musiałbym
być tuż obok. A jak będę blisko, to dorosły lis nie przyjdzie i małe liski
nie wyjdą z nory. Kółko się zamyka.
Na szczęście z pomocą przyszedł dzięcioł duży, który tuż obok,
w starej osice, wykuł sobie dziuplę i wychowywał młode. Jak każdy
ptak, który wychowuje młode, niezwykle się denerwował, gdy widział
lisa. Nie miało znaczenia, że ten w żaden sposób nie mógł się dostać
do dziupli i młode były bezpieczne. Dla dzięcioła lis to drapieżnik i na
jego widok strasznie się drze.
Trzymałem się więc z dala od nory, a kiedy słyszałem zdenerwowanego
dzięcioła, odczekiwałem kilka minut i schylony, niczym indiański
tropiciel podchodziłem do lisiego domu. Małe liski przerywały
zabawę i bacznie mi się przyglądały. Były cztery, każdy inny,
najśmieszniejszy – najmniejszy, który wesoło podskakiwał i zaczepiał
większe rodzeństwo, nawet jak byłem tuż obok.
Widać było, że nie za bardzo wiedzą, kim jest ten dziwny dwunożny
stwór z trójnogiem zaopatrzonym w potężną rurę, ale wolały nie ryzykować.
Ciekawość walczyła w nich ze strachem i strach wygrywał. Po kilkudziesięciu
sekundach znikały w norze. Wolałbym, żeby było inaczej, ale trudno,
dla maluchów tak będzie lepiej. Tylko raz jeden z nich
mnie nie zauważył, gapa jeden, i zasnął na górce piasku przy norze.
Wczoraj znów spróbowałem je podejść. Zobaczyłem tylko, jak
czmychają do nory. Bardzo szybko uczą się życia w puszczy.

Książka ukaże się 17 maja.

niedziela, 12 maja 2013

Alexander McCall Smith, Mieć siedem lat


Alexander McCall Smith, Mieć siedem lat, seria „44 Scotland Street”, tłum. Elżbieta McIver, wyd. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA



Niedawno zamieściłam recenzję innego tytułu Alexandra McCalla Smitha, akurat z jego serii afrykańskiej. Nie będę więc pisać ponownie o samym autorze (chociaż to bardzo interesująca postać), a bardziej skupię się na jego książce, najnowszej z cyklu „44 Scotland Street”. Szóstka na grzbiecie książki informuje, że to już dosyć zaawansowana historia. Lecz na szczęście dla czytelników, cyklami powieściowymi McCall Smitha rządzi reguła, która głosi, że nigdy nie jest za późno, by sięgnąć po którykolwiek tom, choćby się miało zacząć lekturę niejako od środka. Ba, uważam nawet, że można jego książki kupować w ciemno na jako prezent dla osób, które lubią czytać, a których preferencji co do konkretnych pisarzy nie jesteśmy pewni. McCall Smith jest mistrzem w opisywaniu codzienności i konstruowaniu niezwykle sugestywnych sylwetek swoich bohaterów – tak bardzo normalnych i sympatycznych, chociaż niepozbawionych pewnych wad, a czasem nawet zwykłej małostkowości.

Szkocka seria obejmuje perypetie kilkunastu mieszkańców Edynburga. Niektórych z nich łączą bliższe więzi, podczas gdy z innymi postaciami mają do czynienia tylko przelotnie. To świetny sposób na pokazanie różnych postaw i doświadczeń życiowych, wśród których zawsze znajdziemy takie, które będą nas bawić bardziej niż inne, oraz takie, z którymi łatwiej przyjdzie nam się utożsamić. Założę się jednak, że nic nie jest w stanie przebić naszej sympatii do Bertiego, który w magiczny sposób, cokolwiek działoby się w poprzedzających tomach, wciąż nie ukończył siedmiu lat. Chociaż marzy mu się dorosłość i uwolnienie od kurateli bardzo postępowej matki. Postać Ireny pokazuje w krzywym zwierciadle nowoczesne trendy w wychowaniu, które kompletnie ignorują rzeczywiste potrzeby dzieci i zaprzeczają różnicom wynikającym z płci. Irena jest tak nieznośna, że autor usuwa ją na pewien czas z akcji w spektakularny i pełen fantazji sposób. Równie zaskakujące jest zejście ze sceny Antonii podczas jej podróży z przyjaciółmi do Włoch, chociaż biedaczka nie budziła nigdy aż tak negatywnych emocji, co matka Bertiego. I szczerze mówiąc liczę, że autor wymyśli dla niej jakiś pozytywny ciąg dalszy. Żałuję też, że McCall Smith nie rozwinął tym razem bardziej wątku Bruce'a Andersona, przez co nie od razu dowiemy się, czy rzeczywiście zszedł on z dobrej drogi ku ustatkowaniu się. Za to jego krótkie pojawienie się wprowadza niezły zamęt w myślach Matthew, który właśnie stoi na życiowym rozdrożu, ponieważ jego nowa sytuacja rodzinna wymaga podjęcia wielu ważnych decyzji.

„Mieć siedem lat” to szalenie miła lektura, która przypomni szkolne, nie zawsze cudowne lata zależności od dorosłych. Uświadomi, jakie niespodzianki może kryć oczekiwanie na dziecko, zatrudnianie nowych pracowników czy zbyt bliski kontakt z wielką sztuką. Przypomni też, jakie stresy niesie z sobą zmiana lokum. Do zalet tej powieści należy brak złośliwości, poczucie humoru i duża doza prawdopodobieństwa opisywanych wydarzeń. Te cechy sprawiają, że „Mieć siedem lat” jest doskonała na podróż, byle nie za długą, bo w tym wypadku przydadzą się również poprzednie części cyklu!

sobota, 11 maja 2013

Rhys Bowen, Prawo panny Murphy




Rhys Bowen, Prawo panny Murphy, tłum. Joanna Orłoś-Supeł, wyd. Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Szykuje nam się kolejna ucieszna seria z kryminalnym tłem i to w stylu retro. Z Molly Murphy w roli głównej, która - począwszy od imienia, nazwiska i długich rudych włosach - uosabia w sobie wszystko to, co kojarzy nam się z ognistą naturą rodowitej Irlandki. Jeśli do tych cech dorzuci się inteligencję, odwagę, dobre serce i niewyparzony język, dostajemy gwarancję, że wokół Molly Murphy będzie się naprawdę dużo działo. I tak właśnie jest w pierwszej części cyklu zatytułowanym „Prawo panny Murphy” (za tę powieść pisarka posługująca się pseudonimem Rhys Bowen otrzymała w 2001 roku nagrodę Agatha Award).

Styl Rhys Bowen jest prosty, nastawiony na akcję, a nie na przeżycia wewnętrzne bohaterów, których na szczęście nie męczą duchy, omamy czy złe sny (których opisów osobiście bardzo w literaturze nie lubię). Życie Molly dotyczy konkretnych problemów, takich jak głód, brak pracy i jakichkolwiek pomysłów na przyszłość. W dodatku jest ścigana przez prawo po tym, jak zdecydowanie odrzuca „zaloty” brytyjskiego właściciela ziemskiego i prawdopodobnie pozbawia go przy tym życia. Od tej pory los Molly staje się podobny do losów wielu innych Irlandczyków, którzy w Stanach Zjednoczonych szukali dla siebie lepszych perspektyw i upragnionej wolności. Oczywiście nasza bohaterka niechcący wplątuje się w grubszą aferę, którą próbuje sama rozwikłać przez wzgląd na lojalność wobec oskarżonego przyjaciela. I co rusz wpada przy tym na przystojnego kapitana policji. Między tą dwójką zaczyna iskrzyć i w ten sposób dochodzi nam kolejny, zapowiadający się interesująco wątek.

Dużym atutem książki jest autentyzm, z jakim zostało pokazane położenie niezamożnych emigrantów, których omijały rozrywki wyższych sfer i związane z nimi przyjemności. Podróż przez Atlantyk w cuchnącej ładowni bez możliwości spacerów po pokładzie, kontrola zdrowia na Ellis Island, która mogła przekreślić niejedne marzenia, spanie w jednej izbie po kilka osób naraz, jedno łóżko dla dwóch pokojówek pracujących w dużym i zamożnym domu, bezustanne propozycje pracy w burdelu - to była codzienność przybyszy z Europy (szczególnie kobiet), którzy z kilkoma dolarami w kieszeni przypływali do Nowego Jorku. Bez tego typu szczegółów „Prawo panny Murphy” dużo by straciło, bo szczerze mówiąc nie jest to bardzo skomplikowana historia. To wyrazista, budząca sympatię postać głównej bohaterki plus wspomniane wcześniej tło historyczno-obyczajowe są głównymi atrakcjami tej książki.

Zatem, jeśli macie coś pilnego do zrobienia w domu, nawet nie zaczynajcie czytać „Prawa panny Murphy”. Czeka Was dłuższa jazda, a może siedzenie w poczekalni? O, w towarzystwie Molly Murphy nawet nie zauważycie, jak szybko minął czas!

piątek, 10 maja 2013

Rory Carroll, Chávez. Prawdziwa historia kontrowersyjnego przywódcy Wenezueli




Rory Carroll, Chávez. Prawdziwa historia kontrowersyjnego przywódcy Wenezueli, tłum. Michał Romanek, Łukasz Müller, wyd. Znak Literanova

Prezydent Hugo Chávez byłby pewnie rozczarowany, że kojarzę go zaledwie z kilku mało dyplomatycznych, zazwyczaj antyamerykańskich wypowiedzi w prasie lub z migawek w serwisach informacyjnych. On, taki medialny, gospodarz wielogodzinnych telewizyjnych show, które musiały nadawać wszystkie wenezuelskie stacje, nie tylko państwowe. Zagrzewający do boju, śpiewający piosenki, opowiadający o swoich najnowszych pomysłach, przytaczający historie z dzieciństwa, zapewniający o nadchodzących zmianach na lepsze. Wenezuela leży zbyt daleko, by mogło być inaczej. A jednak nie dość daleko od Kuby, Białorusi, Iranu czy Syrii, których przywódców Chávez popierał i z którymi współpracował na różnych płaszczyznach. Ale tego – i jeszcze więcej - dowiedziałam się z książki Rory'ego Carrolla, wieloletniego korespondenta londyńskiego „Guardiana” w Caracas, który z bliska oglądał rewolucję Cháveza, rozmawiał z ludźmi, którzy go otaczali (albo tylko ich obserwował) oraz z tymi, których dotykały skutki jego reform lub bałagan organizacyjny kraju.

Nietuzinkowe postępowanie Cháveza wprawia w osłupienie i nie ma przesady w stwierdzeniu, że nigdy wcześniej nie było takiego polityka jak on. Nawet w swoich dyktatorskich zapędach działał nietypowo, co niekoniecznie wiązało się tylko z pozytywnymi zjawiskami. Nie dziwię się, że dla Carrolla stał się kuszącym obiektem dziennikarskich badań. Zwłaszcza, że rozdźwięk między słowami comandante a sytuacją w kraju stawał się coraz większy, co dziennikarz mógł odczuć także na własnej skórze. Przerwy w dostawach prądu, braki w zaopatrzeniu, rozsypujące się, niegdyś najnowocześniejsze w całej Ameryce Południowej drogi i mosty, napaści i porwania na ulicach, wymuszenia i korupcja. Mimo tych przypadłości, coraz częstszych społecznych niepokojów i rosnącej w siłę opozycji wizerunek Cháveza, rządzącego niemal bez przerwy od 1998 roku, niemal nie ucierpiał. Niezadowolonych zawsze przewyższała liczba żarliwie wielbiących swojego prezydenta. Który podkreślał, że biedacy też się liczą, że zasługują na odpowiednie wykształcenie i opiekę medyczną. I oni rzeczywiście na tym skorzystali. Przynajmniej częściowo i do pewnego momentu.

Rory Carroll skończył pisać książkę o Chávezie 6 marca tego roku, dzień po jego śmierci. Bycie obcokrajowcem pozwoliło mu zachować dystans i dawało niezależność osądów, a doświadczenie zawodowe umożliwiło zebranie materiałów i uporządkowanie ich w wiele mówiącą, ciekawie podaną całość. Carroll zrezygnował ze ścisłego trzymania się chronologii, unikając tym sztywności i jednostajności akademickich podręczników (ale z zachowaniem ciągłości kluczowych zjawisk i dat). Postawił na urozmaicony przekaz, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Jego metoda polega na naprzemiennym przybliżaniu i oddalaniu perspektywy, z której możemy oceniać Wenezuelę i jej przywódcę. Treść „Cháveza. Prawdziwej historii...” balansuje od konkretnego człowieka czy wydarzenia po ogólny rzut oka na sytuację w kraju. Dzięki temu możemy sami wyciągać wnioski i konfrontować je z podsumowaniami autora. Jego trzeźwość, zdrowy rozsądek, jednoczesny brak uprzedzeń i bałwochwalczego uwielbienia wobec osoby comandante przełożyły się rzetelne wyjaśnienie, jak zmieniał się sposób sprawowania władzy przez Cháveza i dlaczego w rezultacie doprowadził on Wenezuelę do gospodarczej ruiny.

Carroll nazywa rządy Cháveza „niepoważną tyranią”, a jego samego - doskonałym politykiem i kiepskim menadżerem zarazem. I potrafi to potwierdzić wieloma przykładami. Jego książka pozostawia po sobie gorzką refleksję na temat przekładania własnej popularności nad koniecznością powzięcia niepopularnych decyzji. Na temat dobrych chęci i pomysłów, których realizację uniemożliwiało skoncentrowanie władzy tylko w jednych, w dodatku kapryśnych rękach. To wielowymiarowy, doskonale napisany portret człowieka, który zaprzepaścił wielkie możliwości, nawet nie zauważając tego. A także kraju, dla którego ropa naftowa okazała w się w równym stopniu przekleństwem, co błogosławieństwem.

Siła przekazu Rory'ego Carrolla okazała się tak wielka, że z wielką niecierpliwością oczekuję nowych wiadomości na temat Wenezueli, w której rządy objął namaszczony przez Cháveza następca, Nicolas Maduro, niegdyś minister spraw zagranicznych i ... kierowca autobusu. Przyszłość pokaże, czy nastąpi ciąg dalszy wenezuelskich absurdów.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Alexander McCall Smith, W towarzystwie uroczych pań



Alexander McCall Smith, W towarzystwie uroczych pań, tłum. Tomasz Bieroń, wyd. Zysk i S-ka

Mam przyjaciółkę, której towarzystwo powinno się zapisywać na receptę chorym na depresję. Cokolwiek robi czy mówi, tryska taką energią i radością życia, że od razu człowiekowi robi się lepiej dzięki jej obecności. W dziedzinie literatury taką postacią jest Alexander McCall Smith, autor trzech cykli powieściowych, m.in. uroczej „44. Scotland Street” i zupełnie dla mnie nowej, bardzo przyjemnej w odbiorze „Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1”. Tym, co niewątpliwie łączy obie serie, jest ogromna sympatia autora wobec rodzaju ludzkiego. Ludzie, o których pisze McCall Smith, są zwyczajni, pełni ciepła, niekoniecznie doskonali, tacy, z którymi łatwo nam się utożsamić. Nawet gdy czasem popełniają głupstwa i posiadają pewne wady, przedstawione zazwyczaj przez autora w lekko humorystyczny sposób. Pisarz ponadto tak komponuje swoje dzieła, że można je czytać niezależnie od siebie i ta reguła dotyczy również książki „W towarzystwie uroczych pań” o mma Ramotswe, właścicielce Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1. Jedynej z afrykańskiego cyklu, która jak dotąd trafiła w moje ręce. Przy okazji mała uwaga – seria, której akcja rozgrywa się w Botswanie, nie jest egzotyczną wersją ani lustrzanym odbiciem szkockich opowieści. Co również liczę McCallowi Smithowi na duży plus!

Afryka w książkach (i niestety często w rzeczywistości) to głód, puste spojrzenie umierającego dziecka, wyschnięte studnie, uciekający ludzie. To reportaże z miejsc targanych konfliktami, w najlepszym razie literatura rozliczeniowa. McCall Smith jest chyba pierwszy w pokazaniu jej od innej, całkiem zwyczajnej strony. Oczywiście ma to swoje przyczyny. Szkocki pisarz urodził się i spędził dzieciństwo w tej części Rodezji, która obecnie nazywa się Zambia, w bliskim sąsiedztwie Botswany. Z tym ostatnim krajem był związany zawodowo, i podobno do dziś jest to miejsce, które chętnie odwiedza prywatnie. Być może dlatego tak przekonująco potrafi oddać ducha tego zakątka świata i pokazać go jako miejsce, w którym można żyć w miarę zadowalająco i normalnie. Co prawda historia była łaskawa dla Botswany, której udało się uniknąć wyniszczających dyktatur i krwawych wojen. A jej złoża diamentów i dobrej jakości wołowina (stąd w tekście te wszędobylskie krowy!) mają pozytywny wpływ na rozwój gospodarczy tego państwa. Co prawda wciąż – i tak jest to pokazane w „W towarzystwie...” - wiele dzieci przemierza tu kilkanaście kilometrów dziennie do szkoły, a zostawiona na dworze para spodni lub zepsuta furgonetka mogą być dla kogoś prawdziwą okazją. Rzadkim rarytasem, tak jak para pantofli prosto ze sklepu.

„W towarzystwie uroczych pań” to szalenie miła powieść obyczajowa. Chociaż, biorąc pod uwagę profesję mma Ramotswe i jej asystentki mma Makutsi, moglibyśmy się spodziewać w niej jakiejś zbrodni. Ale tak się akurat składa, że detektywistyczna agencja mma Ramotswe dostaje zlecenia dotyczące osób żywych, takich jak np. oszuści finansowi lub kandydaci na małżonków, których reputację trzeba dyskretnie sprawdzić przed ślubem. A jej funkcjonowanie jest ściśle powiązane z zakładem mechanicznym prowadzonym przez męża mma Ramotswe. Stąd w powieści pojawia się kilka przeplatających się wątków – młodych, sprawiających kłopoty terminatorów, pana Polopetsi, który otrzymał drugą szansę, życia towarzyskiego mma Makutsi i jej marzeń, oraz pewnego przybysza z przeszłości mma Ramotswe, który wprawi w drżenie tę niezwykłą, silną moralnie i tradycyjnie zbudowaną (cudowne określenie!) kobietę.

Wiele interesujących, bardzo pozytywnych postaci, troska o szczęście, miłość oraz odpowiedzialność za drugiego człowieka właściwe Afrykanom, jak Europejczykom, a także nieśpieszne tempo akcji i dobre zakończenie – to najważniejsze walory „W towarzystwie uroczych pań”. To one sprawiają, że czyta się tę książkę z uśmiechem, z rzadka i na krótko zastąpionym zmarszczką frasunku. Ale to z powodu przejściowych kłopotów bohaterów, których się po prostu bardzo lubi i życzy im się szybkiego wyjścia z opresji, jak najlepszym przyjaciołom.

PS. Odradzam czytanie opisu na okładce. Niestety przypomina przysłowiowy groch z kapustą.