środa, 12 lutego 2014

Georges Flipo, Pani komisarz nie znosi poezji




Georges Flipo, Pani komisarz nie znosi poezji, tłum. Krystyna Arustowicz, wyd. Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Jestem w pociągu i od czasu do czasu chichoczę pod nosem. Siedząca naprzeciwko para rzucałaby mi zdziwione spojrzenia, gdyby nie to, że od początku naszej wspólnej podróży śledzi coś z uwagą na smartfonie w słuchawkach na uszach. A ja tymczasem rozkoszuję się lekkością i subtelnym humorem powieści Georgesa Flipo, ciesząc się, że w ostatniej chwili wrzuciłam go razem z czytnikiem do torebki.
Myślałam, że jeśli chodzi o kryminały, to naprawdę nic mnie już nie zaskoczy. A jednak! Powieść „Pani komisarz nie znosi poezji” ma coś (a raczej kogoś), czego nie ma żaden inny przeczytany przeze mnie dotąd kryminał. To komisarz Viviane Lancier, o której można powiedzieć wiele, tylko nie to, że jest sympatyczna (wbrew opisowi wydawcy na okładce). Z czasem rzeczywiście zaczynamy lubić Viviane za jej profesjonalizm, rozpaczliwy brak złudzeń co do atrakcyjności własnej osoby oraz kompas moralny, dzięki któremu bez zbędnych rozterek wybiera interes społeczeństwa nad dobrem groźnego przestępcy, nawet jeśli będzie to źle widziane przez media. Ale najpierw rzuca się w oczy jej oschłość oraz wysokie wymagania stawiane sobie i całemu zespołowi bez względu na staż pracy. Viviane ma też jedną, starannie ukrywaną słabość – jest nią przystojny porucznik Augustine Monot, absolwent studiów literaturoznawczych, początkujący w zawodzie policjanta. Przyznaję, że wypatrywałam chwil, w których pani komisarz pozwoli, by to upodobanie wpłynęło na fachowość jej osądów i decyzji. Nie zamierzam Wam jednak zdradzać, czy do czegoś doszło czy nie. Życie osobiste, w tym małe prawdopodobieństwo zrealizowania pewnych marzeń bywają źródłem napięć, które wpływają na rozwój akcji i przebieg intrygi. Dlatego ujawnianie czegokolwiek w tej materii, byłoby jak podanie nazwiska sprawcy.
Napad na kloszarda, następnie jego śmierć w szpitalu oraz znaleziona przy nim kopia nieznanego wiersza, autorstwa najprawdopodobniej samego Charlesa Baudelaire'a, potem zainteresowanie nią prasy i telewizji - są początkiem działania duetu Lancier-Monot. Ku wielkiej irytacji pani komisarz, która uważa, że są poważniejsze, choć nie tak wdzięczne medialnie przypadki, np. porwanie niemowlęcia wietnamskich sklepikarzy. Tymczasem sprawa idzie własnym torem, po drodze pojawiają się kolejne trupy, rośnie niezadowolenie ministerstwa. A ja, czytelnik, tymczasem zastanawiam się, jak to wszystko się skończy, ponieważ rzecz się coraz bardziej się komplikuje i nie widać możliwości rozwiązania zagadki tajemniczego wiersza i jego śmiercionośnego wpływu na otoczenie. To zresztą dylemat, który dotyka też panią komisarz i jej podopiecznego.
Nieprzewidywalność rozwoju akcji to jeden z wielu plusów pisarstwa Flipo. Innym jest to, że „Pani komisarz nie znosi poezji” to chyba moja pierwsza książka od czasu „Imienia róży”, która w centrum narracji umiejscawia literaturę i moc słowa pisanego. Ale tym, co moim zdaniem decyduje o sukcesie powieści, jest charakterystyczna postać głównej bohaterki, która ma wielkie szanse, by stać się rozpoznawalną w kanonie literatury detektywistycznej, podobnie jak panna Marple Agathy Christie. O delikatnym komizmie, w jaki jest przedstawiona tylko wspomnę. By nie psuć Wam przyjemności poznawania Viviane Lancier osobiście.

wtorek, 11 lutego 2014

Dina Rubina, Po słonecznej stronie ulicy




Dina Rubina, Po słonecznej stronie ulicy, tłum. Margarita Bartosik, wyd. MUZA

Z pisarstwem Diny Rubiny miałam do czynienia tylko raz, przy okazji „Białego gołąbka z Kordoby” (który ma pewne punkty styczne z książką „Po słonecznej stronie ulicy”, jak widać charakterystyczne dla pióra Rubiny). Bohaterem „Białego gołąbka...” był utalentowany profesor Uniwersytetu Jerozolimskiego, genialny fałszerz obrazów o rosyjskich, żydowskich i hiszpańskich korzeniach *. Połączenie świata sztuki z sensacją i zgłębianie tajemnicy własnego pochodzenia złożyły się na niezwykle pociągającą kombinację. Do tego jeszcze zabarwioną melodyką i emocjonalnością cechującą język rosyjski. Dlaczego rosyjski? Dlatego, że Dina Rubina, obecnie mieszkanka Jerozolimy, urodziła się w latach powojennych w radzieckim Taszkiencie i to właśnie rosyjski jest językiem jej dzieciństwa i młodości, a mieszkańcy Związku Radzieckiego są bohaterami jej powieści. Ich losy są skomplikowane przez życie w takich a nie innych warunkach, naznaczone na zawsze wojną i porewolucyjnym chaosem. A jednak w książkach Rubiny nie ma goryczy. Pojawia się raczej chęć przywrócenia równowagi zachwianej przez wielką historię, która kapryśnie poprzerzucała masy ludzkie z jednego końca kraju na drugi - tego zagłodziła, tamtą wywiozła w nieznanym kierunku, temu pozwoliła przeżyć. Nadrzędnym pragnieniem autorki wydaje się być złączenie zerwanych przez nadrzędne siły więzi rodzinnych, chociaż w tej materii pisarka jest bardziej hojna dla swoich czytelników niż bohaterów – tym drugim odkrywa tylko część prawdy. Nie inaczej jest w książce „Po słonecznej stronie ulicy”, która przy okazji stanowi hołd wobec uzbeckiego Taszkientu, z jego szemrzącymi wodą arykami, drzewami ocieniającymi ulice latem, które trwa tu niemal cały rok z przerwą na ostrą zimę, i wypełnionego wielonarodowym tłumem złożonym z Uzbeków, Rosjan, Greków, Koreańczyków i innych nacji.
Główną bohaterką książki jest Wiera Szczegłowa, córka kryminalistki i awanturnicy Katii, utalentowana malarka, którą bardziej niż jedzenie i ubrania zajmuje mieszanie farb, nakładanie kolorów, nauka rysunku. Widziana jest oczami innej taszkientki, pisarki i dziennikarki, która od dziecka podpatruje niepokorną Wierę, kreśląc jednocześnie tęskny obraz Taszkientu, którego największym nieszczęściem było nie trzęsienie ziemi, ale radziecka odbudowa miasta, która bezpowrotnie zmieniła jego swojski charakter. Narratorka uzupełnia swoją opowieść relacjami innych taszkientczyków, nie spuszczając z oczu Wiery, której losy przedstawia w sposób pełen emocji, z wiedzą znacznie wykraczającą poza doświadczenie osoby postronnej oraz bez zachowania chronologii. Powoduje to, że wielokrotnie jesteśmy zaskakiwani zmianą optyki tych samych, wydawałoby się dobrze znanych wydarzeń. Nic jednak nie przebije tego, co Wiera odkrywa przez przypadek na temat swojej matki, wiecznie złej, chytrej, głodnej wszystkiego Katii. W jej historii odbija się prawda o rewolucji październikowej, która odebrała jej tożsamość oraz oblężenie Leningradu, które w okrutny sposób pozbawiło ją miłości i miejsca na ziemi. Co prawda relacja matka-córka nie jest najważniejszym wątkiem tej powieści, niemniej znacząco wpłynęła na dzieje Wiery, jej charakter i wybory życiowe.
Myślę, że to wystarczy, by przekonać Was, że „Po słonecznej stronie ulicy” jest lekturą nietuzinkową.

Piosenka, której powieść zawdzięcza tytuł:



* chętnych zapraszam do przeczytania recenzji „Białego gołąbka z Kordoby” 

czwartek, 6 lutego 2014

Karen Mack, Jennifer Kaufman, Kochanka Freuda




Karen Mack, Jennifer Kaufman, Kochanka Freuda, tłum. Adriana Sokołowska-Ostapko, wyd. Znak Literanova

Zarówno tytuł, jak okładka książki sugerują, że będziemy mieli do czynienia z przewidywalnym romansem obficie podlanym historycznym sosem i okraszonym płytkimi spekulacjami dotyczącymi życia intymnego Sigmunda Freuda. Na szczęście autorki wybrały mniej romantyczną, za to bardziej prawdopodobną wersję przebiegu emocjonalnego związku Freuda z jego szwagierką. A literacką wyobraźnię podbudowały odkryciami pewnego niemieckiego socjologa (o brzmiącym swojsko nazwisku Maciejewski) oraz lekturą publikacji na temat nastrojów panujących w Wiedniu końca 19. wieku, a także – co jest najcenniejsze – wiele mówiącymi o cechach charakteru twórcy psychoanalizy, poznanymi dogłębnie przez jego domowników i przyjaciół. Właśnie one okazują się kluczowe dla takiego, a nie innego przebiegu akcji, są niespodzianką dla nas, czytelników, a także dla samej Minny Bernays. To ona jest narratorką tej powieści, to ją zaskakują i własne uczucia i zachowania męża siostry.
Niezamężna Minna, zmuszona okolicznościami życiowymi, mieszkała z Freudami ponad 40 lat i pomagała w opiece nad szóstką ich dzieci. „Kochanka Freuda” opowiada o pierwszych latach życia pod wspólnym dachem, które dla Minny okażą się huśtawką emocji pomieszanych z wyrzutami sumienia i... odczuwaniem zwykłego, pierwotnego szczęścia. Mack i Kaufman kreślą jej sylwetkę jako osoby niezależnej, oczytanej i obeznanej w wielu dziedzinach. Minna dla Freuda jest równoprawnym partnerem do dyskusji, który chętnie zaznajamia ją (a przy okazji i nas) ze swoimi teoriami dotyczącymi seksualności człowieka i zaburzeń powstających na ich tle, dzieli się z nią rozczarowaniami na gruncie naukowo-towarzyskim, jak i małżeńskim. Minna jest zmuszona przyznać się przed sama sobą, że mąż Marthy zawsze fascynował ją intelektualnie, a teraz uczucia te uległy zintensyfikowaniu i zaczęły się przeradzać się w coś więcej. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to jak zapowiedź łzawego romansidła. Mogę jednak zapewnić, że ciąg dalszy nie jest stereotypowy, jak mogłoby się wydawać. 
Z jednej strony powieść porusza problem kobiet takich, jak Minna, które męski świat traktował jak interesujące kuriozum, ale nie miał dla nich poważnej propozycji wykorzystania ich intelektu i wrodzonych zdolności. Przedsmak tego, że może być inaczej, dał Minnie związek z Freudem, który jednak okazał się ślepą uliczką. Z drugiej strony opowiada o takich kobietach jak Martha, stojących na przegranych z góry pozycjach, zmęczonych chorobami dzieci, wielokrotnymi porodami i prowadzeniem domu. Oczekiwano od nich, że będą się słodko uśmiechać i haftować urocze serwetki, a gdy to robiły, okazywały się mało atrakcyjnymi rozmówczyniami. A jednak to do Marthy należy ostatni głos w tej powieści i nie jest on bynajmniej głosem osoby przegranej. Trzecią sprawą jest osobowość jednostki przekonanej o swej wyjątkowości, która jest jednocześnie równie mocno zainteresowana pracą badawczą, co obojętna wobec codziennych spraw najbliższych, jednostki nieustannie poszukującej nawet wątpliwych sojuszników swoich teorii i nieprzyjmującej uwag, które by do nich nie pasowały.
Niby to nic nowego w historii nauki i sztuki, że postać wybitna – a tego Freudowi mimo wszystko nie można odmówić – okazuje się obdarzona ludzkimi słabościami i nie ma nic wspólnego z ideałem, który tworzymy na własny użytek. Ale odkrycie to rzadko bywa przyjemne i tak też jest w tym wypadku. Rozczarowanie i zawód stają się uczuciami, które uderzają w nas obuchem i które dzielimy razem z Minną. Tym bardziej zagadkowy jest dla mnie jej dalszy los. Jak poukładała się wewnętrznie? Jak znosiła kolejne lata u boku szwagra bez prawa do utyskiwań i żalów, które swobodnie mogła okazywać jej siostra? Czy miała w nim nadal partnera do wymiany przemyśleń i rozważań na temat otaczającego świata? Czy zastąpił go w tej roli ktoś inny? Te znaki zapytania mnie drażnią, a jednocześnie świadczą o tym, że literacka rekonstrukcja wydarzeń Karen Mack i Jennifer Kaufman przekonała mnie do siebie. Autorkom nie tylko udało się uniknąć romansowego szablonu (Minna nie jest głupią gęsią, która dowartościowuje się związkiem z kontrowersyjnym lekarzem), ale nawet poddać w wątpliwość fabularne korzyści płynące z kontrastu pomiędzy dwoma siostrami.

czwartek, 16 stycznia 2014

Wacław Radziwinowicz, Soczi. Igrzyska Putina





Wacław Radziwinowicz, Soczi. Igrzyska Putina, wyd. AGORA SA

„Soczi. Igrzyska Putina” warto przeczytać jak najszybciej, gdyż XXII Zimowe Igrzyska Olimpijskie rozpoczną się już 7 lutego, a najnowsza książka Wacława Radziwinowicza (autora zbioru reportaży „Gogol w czasach Google'a” *) odsłania kulisy organizacji tej sportowej imprezy w rosyjskich subtropikach u brzegów Morza Czarnego. Wacław Radziwinowicz, jako korespondent „Gazety Wyborczej” w Rosji, nadaje się do tego zadania jak mało kto. Świetnie zna realia rosyjskiej polityki i jej powiązań ze światem wielkiego biznesu, dlatego nie dziwią go przemilczenia na temat faktów niechętnie dostrzeganych przez władze ani szykany, jakie spotykają tych, którzy próbują je nagłośnić – bez względu na to, czy są to przedstawiciele organizacji pozarządowych czy przeciętni obywatele. Znajomość języka ułatwia autorowi rozmowy z jednymi i drugimi na temat zysków i strat związanych z olimpiadą. Niektóre z nich miały miejsce całkiem niedawno, w listopadzie, a nawet w grudniu, co świadczy o aktualności tematów poruszanych w książce oraz o gorącej atmosferze, w jakiej powstawały. Obraz, jaki się z nich wyłania jest niestety niepokojący. Zaznaczam, że nie odbieram reportaży Radziwinowicza jako antyrosyjskich i niesprawiedliwych wobec gospodarzy igrzysk. Pewnie w ogóle by nie powstały, gdyby nasz wschodni sąsiad nie był tak wyczulony na podtrzymywanie oficjalnej propagandy kosztem własnych obywateli. Przeraża to, że tak wiele środków i energii zostaje przekazanych, by utrzymać zatwierdzone przez górę status quo, podczas gdy byłyby one dużo mniejsze, gdyby przestrzegano prawa i brano pod uwagę potrzeby zwykłych ludzi.
Wspaniałość obiektów sportowych przyćmiewają nieproporcjonalne w stosunku do innych krajów koszty budowy. Nowoczesna kolej nie odkorkuje zablokowanego Soczi, bo omija 2/3 jednego z najdłuższych miast na świecie. Sportowy nastrój psują deportacje „czarnych”, czyli taniej siły roboczej (niekoniecznie zatrudnionej nielegalnie), w większości wywodzącej się z byłych republik radzieckich, o nieodpowiednim, czyli „niesłowiańskim” wyglądzie. Nieodwracalnie zdewastowana Nizina Imeretyńska, której wyjątkowość przyrodniczą doceniał jeszcze car Mikołaj I. Dzikie wysypiska śmieci i odpadów budowlanych, które przeczą idei pierwszych bezodpadowych igrzysk na świecie. Zabetonowane wybrzeże. Uszkodzone ujęcia wód leczniczych, z których słynęło Soczi na długo zanim zaczął przyjeżdżać tu na kurację sam Stalin. Igrzyska w Soczi jeszcze się nie rozpoczęły, a już przypominają krajobraz po bitwie.
Książka jest ciekawa, czyta się ją bardzo szybko. Zresztą nie jest ona zbyt obszerna. Aż się prosi, by Wacław Radziwinowicz za rok, dwa ponownie pojechał do Soczi i skonfrontował swoje obserwacje i wnioski sprzed rozpoczęcia imprezy z tym, co po niej zostanie. Choćby dlatego, że jego reportaż z Soczi jest próbą całościowego ujęcia, a nie tylko wytykaniem niedostatków. Autor zręcznie lawiruje pomiędzy współczesnością a historią regionu, odnosi się to do czasów carskich, to do radzieckich, w tym także do pierwszej olimpiady, która odbyła się w 1980 roku w Moskwie. Wyciąga z nich co bardziej ciekawe zdarzenia, doszukuje podobieństw i analogii, a nawet pewnej ciągłości w mentalności i sposobie załatwiania spraw, który utrzymał się w Rosji mimo zmian ustroju. Jako bonus uznaję wplecione w narrację świetne i bardzo trafione rosyjskie dowcipy, którą świadczą o zadomowieniu Radziwinowicza w tamtejszej rzeczywistości. Polecam!

Walerij Paniuszkin, Rublowka, Przewodnik po podmoskiewskim rezerwacie milionerów, miejscu, gdzie władza i pieniądze są sąsiadami




Walerij Paniuszkin, Rublowka, Przewodnik po podmoskiewskim rezerwacie milionerów, miejscu, gdzie władza i pieniądze są sąsiadami, tłum. Agnieszka Sowińska, wyd. AGORA SA

Co jakiś czas dochodzą do nas wiadomości o kolejnych ekscesach rosyjskich bogaczy, ich wystawnym życiu i ostentacji, z jaką rozsiewają wokół siebie aurę wielkich pieniędzy i związanej z nimi władzy. Do tej pory sądziłam, że to rodzaj spektaklu, który ma olśnić pozostałych Europejczyków. Lektura „Rublowki” uświadomiła mi, jak bardzo się mylę. Europa jest tylko efektywną oprawą dla działań, które mają zwrócić na siebie uwagę... innych Rosjan. Nie tych zwyczajnych od łady i mieszkania w blokach lub od rozpadających się drewnianych, zabytkowych domów. Ale tych z najbliższego otoczenia – milionerów, najwyższych urzędników państwowych, ministrów - równie bogatych i wpływowych, a przy okazji będących właścicielami luksusowych willi wybudowanych w najbardziej prestiżowej dzielnicy Moskwy. Po co jednak te przedstawienia i demonstracje, po co sąsiedztwo z Władimirem Putinem, którego przejazd do Moskwy powoduje codziennie dwukrotny, kilkudziesięciominutowy paraliż drogi łączącej Rublowkę ze stolicą? Dziennikarz Walerij Paniuszkin – autor wydanych w Polsce książek „Michaił Chodorkowski. Więzień ciszy” i „Dwanaścioro niepokornych. Portrety nowych rosyjskich dysydentów” oraz współautor książki „Gazprom. Rosyjska broń” - podejmuje się odpowiedzi na te pytania, sięga po zagadnienia i przypadki, które są symptomatyczne dla sposobu życia obowiązkowego dla tych, którzy nie tylko chcą mieszkać na Rublowce, ale i coś znaczyć w całej Rosji. Żeby do tego doszło, trzeba utrzymać się w czymś, co Paniuszkin nazywa Wielką Grą. Bo na Rublowce rządzą inne normy i inne prawo. Płynne i niezbyt jasne dla kogoś z zewnątrz, czasem wręcz zaprzeczające normalnym ludzkim odruchom.
Przyznaję, że Walerij Paniuszkin pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałam się typowego reportażu-wykładu na temat Rublowki jako miejsca mocno osadzonego w przestrzeni i historii, jakichś dat, może anegdot i historycznych ciekawostek. W zamian dostałam odświeżające w formie spojrzenie na nieprawdopodobny wycinek rosyjskiej rzeczywistości. "Rublowka" to bardzo wnikliwy portret nowej kasty rosyjskich bogaczy, wręcz odrębnego gatunku ludzi (słowo „rezerwat” w użyte w podtytule jest jak najbardziej uzasadnione), który powstał na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat w wyniku przekrętów i dobrej „współpracy” z władzami. Paniuszkin tworzy ten portret lekko, wręcz niefrasobliwie, co na początku może wydawać się niepoważne. Nie oskarża, ale podaje takie fakty, które nie pozostawiają wątpliwości. Inne tak interpretuje, że stawia pod znakiem zapytania naszą wiedzę na temat mentalności współczesnych Rosjan. Rzuca m.in. tezę, że dziewczyny z Pussy Riot zostały aresztowane, bo... wystąpiły w kominiarkach! Chodorkowski, były właściciel Jukosu i niegdyś najbogatszy człowiek w Rosji, trafił do więzienia za... niewłaściwy dobór słów! (przy okazji Chodorkowski jest pokazany nie jako człowiek bezprawnie oskarżony i uwięziony za próby przeciwstawienia się władzy, ale jako uczestnik Wielkiej Gry, której regułom się sprzeniewierzył). Paniuszkin jest przy tym logiczny i podaje dość przykładów, by udowodnić, że Rublowka to coś więcej niż miejsce na mapie. To sposób bycia, umysłowa klatka, o której się marzy, do której, jeśli uśmiechnie się szczęście, wchodzi się na własne życzenie i w określonym celu.

wtorek, 14 stycznia 2014

Ed Macy, Pilot apacza




Ed Macy, Pilot apacza, tłum Bartosz Szołucha, wyd. Wydawnictwo Literackie

W dzieciństwie byłam zapatrzoną w starszego brata dziewczynką, która usilnie chciała robić wszystko to, co on. Zatem sklejałam modele samolotów (klejem biurowym, więc się rozpadały), bawiłam jego żołnierzykami, a z czasem zaczęłam podczytywać jego książki marynistyczne i lotnicze, opowiadające najczęściej o latach 2. wojny światowej. Coś musiało we mnie zostać z tej dziewczynki, skoro „Pilot apacza” przykuł moją uwagę. Nie wszystkie fragmenty tej książki podobały mi się tak samo. Na widok szczegółowych planów brytyjskich baz wojskowych i dokładnego opisu wyposażenia apcza, czyli śmigłowca Apche AH Mk1, wręcz głucho jęknęłam. Pewne części relacji Eda Macy'ego okazały się dla mnie zbyt suche i naszpikowane zbyt wieloma detalami. Wiem jednak, że to, co dla mnie było nadmiarem, dla pasjonatów wojska, zwłaszcza współczesnego, oraz jego manewrów na pierwszej linii frontu – będzie łakomym kąskiem. Nie mogę nie podkreślić godnego podziwu trudu tłumacza, który na bieżąco wyjaśnia skróty i potoczne określenia urządzeń technicznych i różnego rodzaju sprzętu wojskowego, rozszyfrowuje slangowe nazwy dotyczące brytyjskich żołnierzy oraz wprowadza w tajniki brytyjskiej administracji wojskowej i wskazuje ich odpowiedniki na gruncie polskim. Doceniam jego przypisy razem ze słowniczkiem na końcu książki jako obszerne i wyczerpujące, chociaż z racji niedostatecznego zainteresowania tematem nie jestem ich wdzięcznym adresatem.
Autor „Pilota apcza”, Ed Macy, to żołnierz z ponad dwudziestoletnim stażem, nagrodzony przez brytyjską królową Krzyżem Wojskowym, pilot jednej z najbardziej śmiercionośnych i nowoczesnych maszyn bojowych na świecie – śmigłowca apacz. Książka jest jego relacją z przebiegu drugiej służby wojskowej w Afganistanie w prowincji Helmand objętej protektoratem Brytyjczyków. Ponieważ „Pilot..” to przykład literatury faktu spisanej przez bezpośredniego uczestnika wydarzeń, to właśnie oczami Eda Macy'ego możemy podpatrzeć życie w bazie wojskowej, wziąć udział w rozpoznaniu terenu i akcjach na wroga – ostrych i bezpardonowych, gdyż autor nie ukrywa, że rozprawianie się z siłami talibów nie ma nic wspólnego z misjami humanitarnymi. I tu ciekawostka psychologiczna - „Pilot apacza” to dowód na to, że żołnierze na linii frontowej tworzą na swój użytek własny świat wartości, prosty i jasny, który pozwala podejmować szybkie decyzje i wierzyć w ich słuszność, unikać wyrzutów sumienia i roztrząsania, co jest dobre a co złe. Takie nastawienie może budzić wątpliwości cywilów żyjących w bezpiecznych warunkach, ale jest niezbędne, gdy stawką jest życie kolegów. I gdy pilotuje się apacza.
Gdy zapoznałam się z osobliwościami technicznymi śmigłowca, opisywanymi przez Macy'ego z taką lubością, zdałam sobie sprawę, że – poza przypadkiem Dżochara Dudajewa zabitego rakietą naprowadzoną na jego telefon satelitarny i amerykańskim samolotem w kształcie kanciastej ćmy, nie wykrywanym przez radary - praktycznie nic nie wiem o nowoczesnej wojnie i wynalazkach techniki, które z taką precyzją służą zabijaniu (pozostaje mieć nadzieję, że w pokojowych dziedzinach rozwój technologiczny odbywa się równomiernie). Kamery termowizyjne, które mogą ze znacznej odległości rozpoznać nawet plamę krwi, a co dopiero żywego człowieka, są sprzężone bezpośrednio z hełmami pilotów, które służą do czegoś więcej niż ochrona głowy przed urazami, systemy chłodzenia, które nie dopuszczają do emitowania nadmiernej ilości ciepła i tym samym utrudniają zniszczenie maszyny pociskiem termicznym, automatyczne systemy samoobrony, które bez udziału człowieka identyfikują typ rakiety wystrzelonej z ziemi i w zależności od niego same wypuszczają paski plastiku lub płonące flary, które przeszkadzają w trafieniu w apacza – to wszystko przypomina mi dawno czytane książki science-fiction. Ale i tak największe wrażenie zrobił na mnie fakt, że do pilotowania apacza potrzeba wszystkich czterech kończyn naraz oraz obu oczu, z których każde musi pracować niezależnie od siebie!
„Pilot apacza” jest napisany bardzo konkretnym językiem, czasem nawet zbyt bezpośrednim, ale oczywistym z racji zawodu Eda Macy'ego. Podejrzewam, że i tak został uładzony na potrzeby wydawnicze. Książka daje wyobrażenie o frontowej rzeczywistości w Afganistanie niemal w każdym aspekcie – od zamarzniętych toalet zimą, nieznośne napięcie podczas akcji, aż po sięganie po ironię i poczucie humoru do walki z chronicznym zmęczeniem i wypaleniem (patrz: sprawa z plakatem Rocco czy zakłady, kto najdłużej przytrzyma rękę Tony'ego Blaira podczas wizytacji bazy). Chociaż dla mnie wystarczyłaby jakaś skromniejsza wersja relacji Macy'ego, jestem w stanie sobie wyobrazić, że dla pasjonatów „Pilot apacza” może być prawdziwym rarytasem.


Zdjęcie ze strony http://www.aircraftrecognition.co.uk/apache.html


sobota, 11 stycznia 2014

Marek Pindral, Chiny od góry do dołu - fragment do przeczytania



Marek Pindral, Chiny od góry do dołu, wyd. Bernardinum

„Chiny od góry do dołu”, a może raczej „Chiny od podszewki”, to opowieści z dwuletniego pobytu Autora w Państwie Środka. Nie, nie podróży z plecakiem i przewodnikiem „Lonely Planet”, ale właśnie pobytu, ponieważ Marek Pindral pojechał tam, aby uczyć angielskiego na uniwersytecie w Chengdu.
Oczywiście, początki nie były łatwe. Wrzucony w kompletnie inną kulturę, pomiędzy życzliwych, ale zamkniętych i nieufnych ludzi, stopniowo odkrywał obce dla człowieka z Europy zwyczaje. Na przykład to, że posiłków nigdy nie jada się w samotności. Że korzystanie z toalety jest również czynnością bardzo towarzyską. Że zimą Chińczycy śpią w płaszczach i czapkach, bo w domach nie ma ogrzewania. Że klaskanie na uroczystościach też wymaga próby generalnej. Albo, że do przyrządzania kaczki po pekińsku przydaje się rowerowa pompka…
Autor obserwował, pytał, rozmawiał. Po jakimś czasie przestał być jedynie belfrem, a stał się także kompanem swoich studentów. Zapraszano go na imprezy, na wspólne przyrządzanie posiłków, a nawet, – co było oznaką wyjątkowego zaufania – do rodzinnych domów. A kiedy nadeszły wakacje, nadszedł też czas na poznawanie innych regionów Chin.
Tylko jak człowiek, który nie zna chińskiego, miałby porozumieć się z mieszkańcami wiosek, którzy nie dość, że żadnym językiem „zachodnim” nie władają, to jeszcze turystów raczej nie widują? Ano, Marek Pindral w każdą podróż zabierał ze sobą któregoś ze swoich studentów – nie tylko, jako współtowarzysza i przewodnika, ale też tłumacza. Bez tego zapewne nigdy nie dowiedziałby się, dlaczego czasem na pogrzebie urządza się striptiz albo tego, że woły też mają swoje święto…
A więc opowieści o Chinach. O Chinach znanych z telewizji, potężnych i dumnych ze spuścizny Mao, oraz o niedostępnych dla przeciętnego podróżnika Chinach zwykłych ludzi. Opowieści o Olimpiadzie, Tybecie, Rewolucji Kulturalnej, Wielkim Murze i Zakazanym Mieście, ale też o chińskiej kuchni, świętach, tradycjach,  marzeniach i… codzienności. „Chiny od góry do dołu” to książka różnorodna i fascynująca, jak… same Chiny.

PIERWSZY ROZDZIAŁ KSIĄŻKI: 

DECYZJA CZYLI JAK UDOWADNIAŁEM CHIŃSKIEMU RZĄDOWI, ŻE NIE CIERPIĘ NA

PSYCHOZĘ MANIAKALNĄ, PARANOIDALNĄ I HALUCYNACYJNĄ

Chciałbyś pojechać do Chin?

Na jak długo?

Przynajmniej na rok.

– Sporo czasu. Co bym tam robił?

– Pracowałbyś na uniwersytecie, potrzebują nauczyciela języka an​gielskiego.

– No wiesz, moja wiedza o tym kraju nie wykracza poza średnią krajową, czyli jest raczej znikoma.

Rozumiem.

A poza tym, to kraj komunistyczny…

No tak.

I pojedynczy człowiek tam się nie liczy…

To fakt.

I ten ich język, niepodobny do niczego, co znam…

Zgadza się.

– Jaką mam w takim razie pewność, że nie podadzą mi na talerzu zmielonego psa, kota albo szczura, jeśli nie będę w stanie rozszyfro​wać karty dań?

– Raczej niewielką.

– Poza tym, niedawno było tam trzęsienie ziemi, zginęło osiem​dziesiąt tysięcy ludzi!

– Niestety, to też prawda.

– No i wydaje mi się, że rok na tak wielki kraj, to trochę za mało. Potrzebowałbym prawdopodobnie dwóch lat, żeby go lepiej poznać, a tak długiego urlopu nie dostanę, musiałbym zrezygnować z pracy w Polsce…

Masz rację. Czyli nie?

ALEŻ TAK!!!

Zanim jednak moja przygoda z Chinami się rozpoczęła, musiałem udowodnić tamtejszym władzom, że nie chorowałem bądź nie cho​ruję na tyfus, polio, błonicę, szkarlatynę, dur powrotny, czerwonkę, brucelozę, żółtaczkę, zapalenie opon mózgowych, żółtą febrę, cho​lerę, dżumę, trąd, gruźlicę, nie zaatakował mnie paciorkowiec oraz nie cierpię na psychozę maniakalną, paranoidalną i halucynacyjną. Do tej imponującej kolekcji zaświadczeń musiałem dołączyć wyniki badań laboratoryjnych, które wykluczą także syfilis i HIV. Ponieważ nie miałem pojęcia, gdzie takie laboratorium może się znajdować, udałem się do przychodni akademickiej. Przed okienkiem rejestra​cyjnym wił się długi wąż pacjentów, w większości studentów, także moich. Ściszonym głosem powiedziałem, czego szukam.

– Nie wiem, ale zaraz zapytam – usłyszałem w odpowiedzi, po czym siostrzyczka w bieli ryknęła na całe gardło: – Halinka, gdzie pan może się przebadać na syfilis i hifa?

W jednej milionowej sekundy wszystkie rozmowy zostały prze​rwane, a twarze studentów zwróciły się w moim kierunku. Poczułem, jak z kolei moja twarz zalewa się krwią i owa krew zalewała mnie z co najmniej dwóch powodów – zawsze byłem przekonany, że pracowni​cy szpitali i przychodni po pierwsze, mają nie szkodzić, a po drugie, zachowywać tajemnicę (albo zwykłą dyskrecję). Drugi powód podsu​wała mi wyobraźnia, w której słyszałem rozchodzące się od ucha do ucha szepty, przy czym ostatnie ucho owego plotkarskiego łańcusz​ka mogło już otrzymać informację, że jestem w zasadzie umierający, a doprowadziła mnie do tego głupota i brak elementarnej wiedzy w kwestii pewnych intymnych czynności, którym podobno oddawa​łem się bez umiaru na lewo i prawo…

Na drugi dzień przeszedłem wreszcie stosowne badania, a na trze​ci stawiłem się po odbiór wyników.

– Nazwisko!

Podałem. Długie, dolepiane paznokcie przerzuciły kilka plików i otrzymałem swoją kopertę. Otwartą kopertę!

To wszystko? – spytałem nieśmiało.

Tak, wszystko.

Żadnego sprawdzania mojej tożsamości? A co, gdybym był kimś innym i wszedł w posiadanie poufnych, jak mi się po raz drugi wyda​wało, informacji?!

Pani z okienka nie miała jednak zdolności czytania w moich my​ślach, bo w mgnieniu swojego pokolorowanego oka oddała się lektu​rze równie kolorowego czasopisma

Żeby uzyskać status rezydenta, który umożliwi mi swobodne wjeżdżanie i wyjeżdżanie z Chin, należało teraz pojechać do ambasa​dy. Udałem się zatem pod wyszukany adres i stanąłem przed… wiel​kim murem, opasującym równie wielkie gmaszysko.

– Coś mi się wydaje, że to dosyć istotna placówka w tej części świa​ta – pomyślałem – a wielkość otaczającego ją muru jest pewnie pro​porcjonalna do przejrzystości podejmowanych przez pracujących tu dyplomatów i „dyplomatów” działań.

Dokumenty złożone, wiza będzie za kilka dni. Dziękuję, odwra​cam się na pięcie i wychodzę.

Zabieram komplet darmowych filmów, wyłożonych w celu uświadomienia mnie, jaka prawda obowiązuje w chwili obecnej w Chinach (ciekawe, do jakiej kategorii będzie nale​żeć: „świętej prawdy”, „też prawdy” czy „g.…o prawdy”, jak dosadnie, ale bardzo trafnie ujął to kiedyś ksiądz Tischner?).

Wszystkie trzy filmy poświęcone były Tybetowi. Z pewnością obejrzę!

Obejrzałem. Wynikało z nich, ujmując rzecz w największym skró​cie, że zanim chińska Peaceful Liberation Army wkroczyła do Tybetu (mimo że słuchałem i oglądałem bardzo uważnie, nie poinformowa​no mnie, kto ją zaprosił) działy się tam rzeczy, które mogłyby po​służyć za kanwę niejednego horroru – kruki wydłubywały dzieciom oczy, bo rodzice nie mieli czasu ich pilnować, ponieważ ciężko praco​wali, nawet w nocy, żeby Dalaj Lama mógł opływać w luksusy. Zresztą dzieci były także zmuszane do pracy, a jeśli się do niej zbytnio nie pa​liły, bito je kijami i kamieniami. Panował głód i szerzyły się choroby…

Wszystkim tym ohydnym praktykom położyła kres wspomniana „pokojowa, wyzwoleńcza armia”, która przyniosła Tybetowi wolność i powszechne szczęście…

1 Wkrótce, drogi Czytelniku, poznasz, jak to będzie wyglądało w Chinach i, co na razie wydaje się wręcz nieprawdopodobne, zatęsknisz za polskimi realiami.

2 Kilka miesięcy potem, czytając biografię MaoTse­Tunga, napisaną przez jego osobistego lekarza, dowiedziałem się, że to właśnie między innymi w Warszawie toczyły się poufne rozmowy Chińczyków z Amerykanami.


* * * Na lotnisku spotkałem chińskich turystów – rumiane, wesołe twarze, markowe ubrania, w dłoniach japońskie kamery i aparaty. Ujmująco mili. Dowiedziawszy się, że lecę do Syczu​anu, zapewnili mnie, że następne tak wielkie trzęsienie ziemi zdarzy się tam pewnie za jakieś 1000 lat, więc nie ma powodów do obaw.

Nie muszę się też bać tybetańskich terrorystów (sic!), bo rząd chiń​ski uporał się już z tym problemem.

Oczywiście, zapytali mnie, czy oglądałem Olimpiadę w Pekinie, szczególnie ceremonie otwarcia i zamknięcia (pytanie, na które przyjdzie mi przez najbliższy rok od​powiadać średnio pięć razy dziennie).

Nie oglądałem ani jednej, ani drugiej.

Widząc jednak niebywały entuzjazm oraz przeczuwając, że dla Chińczyków jest to pytanie raczej retoryczne, na które odpowiedzią powinien być po prostu zestaw okrzyków z zachwytu, udzieliłem od​powiedzi, która mnie zapewniła komfort prawdomówności, a moim azjatyckim rozmówcom pozwoliła puchnąć z samozachwytu:

– It must have been spectacular!

Niestety, nie działa to w przypadku osób znających meandry an​gielskiej gramatyki, bo wiedzą, że jest to właściwie odpowiedź prze​cząca.

W samolocie zwróciłem uwagę na młodych, wysportowanych Chińczyków w nienagannie skrojonych garniturach, którzy podró​żowali bez bagażu. Nasi aniołowie stróże zachowywali się jednak bardzo dyskretnie, czego nie mogłem, niestety, powiedzieć o reszcie Hanów. Kiedy tylko oderwaliśmy się od europejskiej ziemi, zaczęli nagle porozumiewać się za pomocą krzyków, wiercić i przepychać do toalety bez poszanowania stojącej przed nią kolejki.

Gdzie się podziali ci „kulturalni” pasażerowie z sali odlotów?!

Słowo „kultura” napisałem w cudzysłowie, bo był to pierwszy raz, kiedy przyłapałem się na odnoszeniu ich zachowań do naszych standardów. Błąd?! Czy może raczej potrzeba zachowania pewnych norm bez względu na kraj i sytuację? Bądź otwarty, bądź otwarty, powtarzałem bez wytchnienia niczym mantrę. Usta Chińczyków pracowały równie intensywnie, tyle tylko, że wyrzucały z gardeł dźwięki o kilkaset decybeli głośniejsze. Pewnie kiedy obsługa zacznie roznosić posiłki, będzie trochę lepiej, bo ich wargi zajmą się czym innym.

Bingo! I to podwójne – po skonsumowaniu lotniczych potraw, skoszarowanych na niewielkich tackach, przyszedł czas na… chińskie zupki. Nikt nie wydał żadnego rozkazu, ale prawie wszyscy w prawie jednym momencie zaczęli buszować w podręcznym bagażu, wyjmować wielkie, plastikowe kubły, do których stewardesy cierpliwie na​lewały wrzątek i po chwili samolot na całej swojej długości przesiąkł zapachem glutaminianu sodu.

A ja myślałem, że wy, spadkobiercy tak bogatej i wysublimowanej kulinarnej kultury (o, znowu to słowo!) tymi plastikowymi daniami gardzicie!

– Zaraz, zaraz – odezwał się głos wewnątrz mojej czaszki. – A kie​dy podróżowałeś po Francji, tej Ziemi Świętej Wszystkich Kucharzy, nie spotkałeś przypadkiem różnych Makdonaldów, Pizzahatów czy innych, bardzo odległych kuzynów państwa Ritzów?

W tym czasie brązowe połacie kamiennego pustkowia zamieniły się pod nami w szczyty Himalajów.

Wysoki jak Czomolungma głos chińskiej stewardesy poinformował pasażerów nienaganną angielsz​czyzną, że w Chengdu pada deszcz.

Któż by się jednak tym przejmował?! Przecież Chiny produkują dziś 70 procent wszystkich parasoli świata!

Przybliżałem się do Państwa Środka. Bądź otwarty, bądź otwarty!

czwartek, 9 stycznia 2014

George R.R. Martin, Pieśń ognia i lodu




George R.R. Martin, Pieśń ognia i lodu, tłum. Michał Jakuszewski, wyd. Zysk i S-ka

„Pieśń ognia i lodu” - powszechnie nazywana od tytułu pierwszej części „Grą o tron” - to lektura zaborcza, pochłaniająca czas, wsysająca człowieka bez reszty niczym czarna dziura. Trzeba się od niej odrywać na siłę, wbrew sobie. Bo tyle tomów (obecnie pięć, z czego trzy ostatnie składają się z dwóch części) oznacza za każdym razem pobyt w niezwykle złożonym narracyjnie świecie oraz... kilkaset stron lektury! Dla tych, którzy z racji dorosłości nie mogą już liczyć na ferie i wakacje, wybór między wymogami codzienności a przyjemnościami płynącymi z czytania może być kłopotliwy. Dlaczego? Mogę Wam napisać, jak to wygląda z mojej strony.
Wieloaspektowość powieściowej rzeczywistości, jej żelazna logika i poziom intryg, w które są uwikłani bohaterowie George'a R.R. Martina - to właśnie to, co podbiło mnie jako czytelnika bez reszty! Chociaż wcześniej zarzekałam się, że jeśli wszyscy czytają jego książki, to ja już niekoniecznie muszę. Popularność tego tytułu wydawał mi się podejrzana, węszyłam w niej spisek marketingowców. Opowieść o walce o władzę i próbach przetrwania mimo chaosu wojny i dworskich knowań – obroniła się sama. Zadecydował oczywiście przypadek. Bezsenna noc i powtórka wszystkich odcinków serialu ostatniego, trzeciego sezonu. Nieważne, że oglądanie zaczęłam w połowie emisji. Tym większa była potrzeba, by wyjaśnić mniej zrozumiałe wątki, dowiedzieć się, jak niektóre osoby znalazły się w tym, a nie innym położeniu. I tak sięgnęłam po pierwszy tom, potem kolejne.
Akcja „Pieśni lodu i ognia” rozgrywa się w fikcyjnej krainie Westeros oraz po drugiej stronie morza, na lądzie będącym siedzibą starożytnych, częściowo podupadłych cywilizacji oraz koczowniczych ludów. Westeros jest bardziej swojskie, przypomina średniowieczną Europę z jej turniejami, systemem feudalnym, niełatwą drogą do szlachectwa dla nisko urodzonych czy braniem dzieci wrogów na zakładników. To podobieństwo jest ponoć celowe, a szczególną inspiracją dla autora była tocząca się w 15. wiecznej Anglii, trwająca trzydzieści lat wojna domowa, tzw. Wojna Dwóch Róż (od herbów rywalizujących rodów).
Jednak to, w czym George R.R. Martin okazał się najlepszy, to wierne oddanie ludzkiej natury. Martin nie umniejsza właściwej naszemu gatunkowi żądzy władzy, fatalnych skutków wybujałych ambicji, upodobań do knowań i politycznych rozgrywek, w których co bardziej prostolinijni mają niewielkie szanse. Na szczęście wprowadza do akcji dość przyzwoitych, choć niedoskonałych bohaterów. Do tego pokazuje szeroką panoramę kraju objętego wojną z ich osobistej perspektywy. Mnogość wątków i postaci potrafią oszołomić, ale, o dziwo, okazuje się, że bez problemu można się w nich rozeznać. Warto wspomnieć, że Martin jako pisarz rezygnuje z literackiej nieśmiertelności swoich narratorów. Jesteśmy przyzwyczajeni, że w powieściach mogą zginąć wszyscy, tylko nie główny bohater, ale ta reguła nie ma zastosowania w „Sadze ognia i lodu”. A to wprowadza pewien element niepewności i niepokoju o los niektórych osób, zwłaszcza ulubieńców (ja mam ich trójkę: Aryę, Daenerys i Tyriona). Przy tym wszystkim fantastyczny sztafaż powieści - w postaci nieistniejących naprawdę krain, ludów, ich tradycji oraz historii, a nawet warunków klimatycznych (pory roku mogą trwać nawet wiele lat) plus smoki i złowrogie istoty zza Wielkiego Muru wybudowanego na północy – jest właściwie dodatkiem do wartkiej narracji, chociaż muszę przyznać, że świetnie wykorzystanym i przekonującym.
I powiedzcie, jak mając taką historię pod ręką, robić zakupy, sprzątać, odpytać dziecko z lekcji albo chociaż poczytać coś innego? Bywa ciężko...

Cykl „Pieśń ognia i lodu” składa się z następujących tomów:
- Gra o tron
- Starcie królów
- Nawałnica mieczy. Stal i śnieg
- Nawałnica mieczy. Krew i złoto
- Uczta dla wron. Cienie śmierci
- Uczta dla wron. Sieć spisków
- Taniec ze smokami. Część I
- Taniec ze smokami. Część II

Kolejne dwa tomy są w przygotowaniu.

PS. Jedyny minus książki to kiczowate okładki pierwszych części, ale wiem, że wydawca przygotował także inną, bardziej cieszącą oko edycję.

środa, 8 stycznia 2014

Waldemar Smaszcz, Serce nie do pary. O księdzu Janie Twardowskim i jego wierszach




Waldemar Smaszcz, Serce nie do pary. O księdzu Janie Twardowskim i jego wierszach, wyd. Instytut Wydawniczy ERICA

Już jako dziecko nie przepadał za nadętymi kazaniami. Jako dorosły nadal z utęsknieniem czekał na nadejście wakacji, jedyny miesiąc w roku, w którym pozwalał sobie na pisanie wierszy. Wielbiciel Andersena i „Tajemniczego ogrodu” Frances Burnett aż po grób, nauczyciel dzieci ze szkoły specjalnej, ksiądz, a jeszcze wcześniej – jeden z młodocianych redaktorów szkolnego pisma literackiego „Kuźnia młodych”. I jeszcze ten, który – pod wpływem książek o przyrodzie - namalował na lekcji religii diablicę bez rogów, „bo to samiczka”. Cieszę się, że wiem o księdzu Twardowskim choć tyle, chociaż postarał się on skutecznie, by pozostały po nim przede wszystkim jego niezwykłe wiersze. (Chciałoby się je słyszeć w kościołach zamiast co niektórych kazań). Nie jestem osobą religijną, ale czuję ich rozbrajającą moc. Taką jak w tym, zatytułowanym „Wagary”:

będąc niedawno na wagarach
zobaczyłem kogoś kto jak ja
przemykał wśród wikliny
majowej jak nad Wisłą

był to Pan Bóg

uciekał z jakiegoś podręcznika
- Wagary

(cyt. Za „Serce nie do pary” s. 215)

Nie dziwię się, że Waldemar Smaszcz, polonista, historyk literatury, krytyk i eseista, poświęcił im tak wiele uwagi, chociaż jego głównym celem było ocalenie od zapomnienia ich autora, pokazanie człowieka ukrytego za poezją. Smaszcz nie miał jednak łatwego zdania, chcąc przybliżyć postać księdza Twardowskiego, mimo ponad dwudziestoletniej z nim znajomości (która zaczęła się od lektury wierszy, a dopiero później zaowocował poznaniem ich autora). Z jego książki wyłania się obraz osoby skromnej, niechętnej do osobistych wynurzeń i przywoływania wspomnień, które mogłyby wykroczyć poza rodzinno-przyjacielski krąg. Nie ze względu na zamierzoną tajemniczość, ale przez stawianie na pierwszym miejscu powołania i życia zawodowego, nie prywatnego. To pewnie jeden z powodów, że „Serce nie do pary” trudno nazwać zwykłą biografią. Jest raczej żmudnym (choć też i godnym pochwały) zbieraniem i dokumentowaniem wszystkich, możliwie najistotniejszych faktów z życia poety. Drobiazgowym gromadzeniem informacji, które mogą rzucić jak najwięcej światła na jego osobowość i twórczą ścieżkę. Zestawieniem faktów, o których trudno jednoznacznie powiedzieć, czy są czy nie są niepotrzebne. Jak na przykład ten fragment o cmentarzu na warszawskich Powązkach, którego grobowce i dzieje pochowanych tu ludzi, nie tylko znacznych osobistości, mogły mieć wpływ na kształtowanie charakteru i osobowości młodego Janka, zabieranego tu na spacery przez ojca. Dla Waldemara Smaszcza była to okazja do przybliżenia historii nekropolii i spoczywających tu osób. To bardzo interesująca część książki, świadcząca o erudycji autora, ale wykraczająca poza temat. Co może się podobać (jeśli potraktujemy rozległą wiedzą wiedzę autora jako dodatkowy bonus) lub nie.
„Serce nie do pary”, jak napisałam wcześniej, nie jest typową biografią i nie spodziewajmy się po niej tego, co zazwyczaj oferuje ten gatunek. „Serce ..” to nie zbiór anegdot, ani nie poprowadzony chronologicznie ciąg, w którym co jakiś czas, w ramach dodatku do nazwisk i faktów towarzyskich, pojawiają się tytuły wydanych tomików. Smaszcz mimo wieloletniej przyjaźni z księdzem Twardowskim, mimo starań i imponującej, mrówczej pracy pozostaje przede wszystkim historykiem literatury. Także z powodu, który również wcześniej wspomniałam, czyli niechęci księdza Twardowskiego do ujawniania swojego prywatnego oblicza. Podstawą „Serca ...” są przede wszystkim wiersze, kontekst ich powstawania, te intymne okoliczności twórczego procesu, które autorowi książki udało się wyśledzić i ustalić. To sprawia, że „Serce ...” wymaga większej koncentracji podczas lektury i cierpliwości. Na pewno dzięki niej można rozsmakować się na nowo (albo w ogóle) w poezji Twardowskiego, ale nie wyjaśni nam ona fenomenu księdza-poety, który o Bogu pisał tak, jakby był On na wyciągnięcie ręki. Niemniej cieszę się, że trafiła w moje ręce.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!



Handmade by daikoku.pl

Małą gwiazdkę przed świętami
Przyjmij proszę z życzeniami
Może spełni się marzenie
Białe Boże Narodzenie
Lub, gdy przyjdzie Ci ochota
Niech to będzie gwiazdka złota
Bo, gdy spada taka z nieba
Wtedy zawsze marzyć trzeba
No, a jeśli tak się zdarzy,
Że srebrzysta ci się marzy
Możesz także taką zdobyć
I choinkę nią ozdobić
Gwiazda, gwiazdce zamrugała
I choinka lśni już cała
Naszych marzeń jest spełnieniem
Bo jest piękna jak marzenie
A pomarzyć czasem trzeba
Każdy pragnie gwiazdki z nieba.

Wesołych świąt życzy Łowisko książek!

czwartek, 19 grudnia 2013

Isabelle Laflèche, Kocham Paryż




Isabelle Laflèche, Kocham Paryż, tłum. Dorota Malina, wyd. Wydawnictwo Literackie

Wiedzieliście, że zamachy w Madrycie zostały sfinansowane dzięki sprzedaży pirackich płyt CD, a do wyrabiania fałszywych perfum używa się moczu? Że początkujące modelki to młodziutkie, nieletnie dziewczyny, które zanim zrobią karierę, muszą spłacić „dług” zatrudniającej jej agencji? „Kocham Paryż” to lektura z gatunku przyjemnych i odprężających, ale poruszająca przy okazji poważniejsze problemy, dotyczące mrocznej strony świata haute couture. Jest to na pewno duży plus tej powieści, gdyż gatunek, do którego ona należy, bardzo rzadko rejestruje tragedie inne niż złamane serca swoich bohaterek (rzadziej bohaterów). Podobnie było i w „Kocham Nowy Jork”, powieści, dzięki której po raz pierwszy miałam styczność z francuską prawniczką, Catherine Lambert. „Kocham Paryż” to kontynuacja jej przygód, rozgrywająca się tym razem w stolicy szyku i światowej elegancji – w Paryżu. I wierzcie mi, zmiana miejsca akcji ma duży wpływ na przebieg fabuły. „Kocham Paryż” nie jest podobny do poprzedzającego go tytułu. Catherine wraca do swojego miasta, ale nie po to, by nadal ambitnie piąć się po szczeblach kariery w międzynarodowej prawniczej korporacji. Teraz zasila szeregi działu prawnego domu mody Christiana Diora. I już pierwszego dnia pracy okazuje się, że ta przyjemna posada wiąże się z niebyt miłymi konsekwencjami. Tak oto w powieści o fatałaszkach i przysmakach francuskiej kuchni pojawia się wątek kryminalny. A wraz z nim wiele informacji o środowisku handlarzy podróbek markowych produktów i jego powiązaniach ze światem przestępczym.
Atmosfera robi się coraz groźniejsza (co jest odmianą po „Kocham Nowy Jork”), niemniej Catherine i tak korzysta z uroków życia w Paryżu. Wielbiciele tego miasta powinni czytać tę książkę z mapą w ręku i zaznaczać na niej przytulne kawiarenki i słynące z dobrej kuchni restauracje, sklepy z modnymi kreacjami, luksusowe i zabytkowe hotele, muzea, a nawet jedną księgarnię. Francuskie wtręty w tekście tylko podkreślają niezwykłą atmosferę tego miasta. Podoba mi się, jak Isabelle Laflèche ustami swojej bohaterki dokonuje porównań między Nowym Jorkiem a Paryżem oraz ich mieszkańcami. Uwagi te są pozbawione uprzedzeń i złośliwości, podkreślają to, co dobre zarówno w jednym, jak i drugim mieście.
Główną (i dla mnie najmniej fajną) różnicą między pierwszą a drugą częścią historii Catherine jest opisywanie w najnowszym tomie szczegółów garderoby niemal każdej pojawiającej się postaci. Laflèche wręcz nie może się przed tym powstrzymać. Jednak jej bohaterka nie jest oderwaną od rzeczywistości mieszkanką modowego raju, o czym świadczą jej dość trzeźwe uwagi o rzeszach kobiet, których nie stać na oryginalnego Diora czy Chanel i gdyby nie podróbki, nigdy nie miałyby do czynienia z produktami kojarzącymi się z wytwornością i przepychem. Czy o absurdalnie wyśrubowanych cenach luksusowych towarów albo zapisach tylko dla wybranych (i bardzo bogatych) na limitowaną serię torebek lub butów. Wydaje mi się, że w porównaniu z pierwszym tomem tego typu spostrzeżeń jest jakby mniej. A może toną one pod stertą ubrań? Na szczęście mimo opisów różnych kreacji akcja wartko posuwa się do przodu, wątki kryminalne i romansowe idą łeb w łeb, a atmosferę podkręca asystent Catherine – Rikash, którego styl i podejście do życia są tak wyraziste, barwne i pełne entuzjazmu, że czasem nawet przyćmiewa on pozostałych bohaterów książki. Generalnie jestem na TAK i czekam na kolejny tom :)



W tej księgarni Catherine dostała telefon z pogróżkami


 
Zdjęcie z witryny księgarni www.galignani.fr

Konkurs! Anna Ficner-Ogonowska, Szczęście w cichą noc


http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,4000,Szczescie-w-cicha-noc?gclid=CIue9ZP0u7sCFcZc3godzw4AnA

 Anna Ficner-Ogonowska, Szczęście w cichą noc, wyd. Znak

Wieczór wigilijny, za oknem cisza. Pada śnieg, dom pachnie piernikiem i goździkami, na stole dodatkowe nakrycie, może zaraz ktoś przyjdzie...
To wszystko znajdziecie w najnowszej książce Anny Ficner-Ogonowskiej.

Hania pragnie spędzić wigilię z najbliższymi osobami w swym rodzinnym domu. Chce, by było jak dawniej... Zapowiada się wspaniały czas, pełen miłości, mądrych rozmów, rozkochanych spojrzeń i wyśmienitych dań.

Lektura tej magicznej opowieści, w której tradycja staje się jedną z bohaterek, z pewnością rozgrzeje serca i sprawi, że te Święta, choć obchodzone zimą, będą ciepłe i prawdziwie wyjątkowe.

Idealna książka do czytania w bożonarodzeniowy wieczór; doskonały prezent pod choinkę.

(opis wydawcy)


Warunki konkursu:

Abu wygrać książkę "Szczęście w cichą noc", należy:

- polubić Łowisko książek na Facebooku lub zostać obserwatorem bloga (mile widziane jedno i drugie :) ), jeśli jeszcze nie zrobiliście tego wcześniej

- w komentarzach pod postem na blogu lub na fanpage'u na Facebooku (pod informacją o konkursie) napisać, dlaczego najnowsza powieść Anny Ficner-Ogonowskiej powinna trafić właśnie do Was

Uwaga! Książka zostanie wysłana tylko pod adres w Polsce!

Konkurs trwa do niedzieli 22 grudnia do godz. 12.00. Powodzenia!

wtorek, 17 grudnia 2013

Piotr Piniński, Dziedzic Sobieskich. Bohater ostatniej wojny o niepodległość Szkocji




Piotr Piniński, Dziedzic Sobieskich. Bohater ostatniej wojny o niepodległość Szkocji, tłum. Klaudyna Michałowicz, wyd. Zysk i S-ka

Wygnanie szkockiego rodu Stuartów i początek rządów dynastii hanowerskiej wydają się na pierwszy rzut oka dramatyczną, ale odległą w czasie i przestrzeni sprawą Wielkiej Brytanii. Jednak niesamowity splot okoliczności sprawił, że potomkowie szkockich władców byli bardziej związani z Polską niż by nam się to mogło wydawać. Książka Piotra Pinińskiego jest prawdziwą kopalnią wiedzy na temat tych powiązań. Skrupulatne śledztwo autora wyciągnęło na jaw wiele faktów podpartych dokumentami i listami, pomogło mu dotrzeć do archiwów, o których istnieniu i ważności nie mieli pojęcia historycy zajmujący się dotąd Stuartami. Być może dlatego, że prócz wytrwałości Piotr Piniński miał dodatkowego asa w rękawie – pochodzenie. Ze strony ojca jest obecnie najstarszym żyjącym potomkiem księcia Karola Edwarda, ostatniego ze Stuartów, który miał realne szanse na powrót na brytyjski tron. Zaś ze strony matki wywodzi się z rodziny, która wspierała młodego księcia i aktywnie uczestniczyła w wywołanym przez niego powstaniu przeciwko Hanowerczykom. Wbrew pozorom pokrewieństwo ze Stuartami nie było początkowo czymś oczywistym w życiu autora. Przez przypadek natrafił na ślady, które doprowadziły go poprzez wnuczkę księcia Karola Edwarda, Marię Wiktorię, do sytuacji, w której możliwe stało się odtworzenie drzewa genealogicznego Stuartów. Potomkowie księcia z różnych powodów ukrywali swoje pochodzenie, a wspomniana Maria Wiktoria zataiła je przed swoim jedynym dzieckiem. Z książki nie wynika to jednoznacznie, ale w moim odczuciu wynikało to z potrzeby odcięcia się od przeszłości, m.in. z powodu nieślubnego pochodzenia dzieci i wnuków księcia Karola Edwarda, braku politycznego poparcia i odpowiednich funduszy, by domagać się straconego dziedzictwa. Do tego dwór hanowerski żył w ciągłej czujności, obawiając się pojawienia pretendentów do tronu równie walecznych jak Karol Edward. Jego szpiedzy mieli za zadanie dyskredytowanie jego ewentualnych następców, co nie było trudne wobec pojawiających się często mistyfikatorów i oszustów. Piniński wymienia również i takie przypadki, po czym przy pomocy niezbitych dowodów wykazuje ich fałsz. Jego książka jest poświęcona przede wszystkim tytułowemu dziedzicowi Sobieskich, czyli księciu Karolowi Edwardowi (prawnukowi króla Jana III Sobieskiego), i jego nieudanemu powstaniu w Szkocji (miłośnicy szczegółowych opisów kampanii wojennych będą zachwyceni). Na szczęście dla tych z czytelników, których mniej zajmują ruchy wojsk, autor okazał się również zaintrygowany pojawieniem się członków rodu Stuartów we Lwowie i po kolei opisał następujące po sobie pokolenia swojej rodziny i ich dzieje aż do czasów współczesnych. „Dziedzic Sobieskich” jest uproszczoną, przyjaźniejszą dla czytelnika formą wcześniejszej publikacji Piotra Pinińskiego, książki o tytule „Ostatni sekret Stuartów”. Nie znam pierwowzoru, ale rzeczywiście „Dziedzica ...” dobrze się czyta, jest napisany klarownym językiem, starannie przemyślany pod kątem wprowadzania nowych informacji i rewelacyjny jeśli chodzi o temat. Wydawcy należą się brawa, gdyż „Dziedzic Sobieskich” jest pozycją wydaną po królewsku - bardzo starannie, z dużą dbałością o szatę graficzną, elegancką.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Grażyna Plebanek, Córki Rozbójniczki




Grażyna Plebanek, Córki Rozbójniczki, Seria z miotłą, wyd. W.A.B.

Dotąd z nazwiskiem Grażyny Plebanek kojarzyłam tylko „Nielegalne związki”, lekturę wypełnioną niepokojącą erotyką, z takim zapleczem psychologicznym, że dyskusje na jej temat długo nie przestawały milknąć w gronie moich najbliższych znajomych. Każda z nas wyciągała z tej książki coś zupełnie odmiennego, inaczej interpretowała zachowania jej bohaterów, innej poddawała je ocenie. W „Córkach Rozbójniczki” upatrywałam czegoś w rodzaju kontynuacji „Nielegalnych związków” - tak silne wrażenie zrobił na mnie ten tytuł. Pierwszy rzut oka w treść okazał się jednak rozczarowaniem, gdyż nie znalazłam tam tej Plebanek, którą przyszło mi poznać wcześniej. „Córki Rozbójniczki” leżały więc z boku, zapomniane, czekały na swój moment. Kiedy w końcu po nie sięgnęłam, zrozumiałam, że omal nie straciłam szansy na kolejną intelektualną przygodę w wydaniu Grażyny Plebanek. Która jak widać nie lubi wracać do sprawdzonych rozwiązań, za to chętnie wydeptuje nowe ścieżki.
Z listy lektur, a także filmów autorka tworzy bardzo intymną autobiografię, w której nie liczy się data urodzenia, skończone szkoły i pierwsze miłości, ale literatura, muzyka, film. Nie ma znaczenia, czy dana historia wydarzyła się naprawdę, ale jakie wiążą się z nią emocje i przemyślenia. W „Córkach Rozbójniczki” widać jak na dłoni, jak bardzo czytanie ma wpływ na rozwój osobowości, jak potrafi wniknąć do krwiobiegu, inspirować i prowadzić w kierunkach nawet nie przeczuwanych przez pisarzy, reżyserów i... życie, o którym się mówi, że pisze najlepsze scenariusze. Obiektem fascynacji Plebanek są postacie fikcyjne i te istniejące naprawdę, których życiorysy przyswaja poprzez lekturę ich biografii oraz dzienników. Fantastyczne, jak kobieta zmieniona w lisa czy czarownice z powieści Pratchetta, a nawet zwierzęce, jak wilcza rodzina z książki Farleya Mowata. Ten przypadek jest tym bardziej interesujący, że Plebanek jest wyraźnie pod wrażeniem osoby samego Mowata, pisarza i kanadyjskiego obrońcy przyrody. A przecież pisze przede wszystkim o kobietach.
„Córki Rozbójniczki” są zbiorem refleksji i odczuć, osobistym odczytaniem wielu tekstów, wcale nie hermetycznych i wcale nie przeznaczonych tylko dla wybranych skoro znalazła się wśród nich m.in. zapamiętana przeze mnie z dzieciństwa „Godzina pąsowej róży” Marii Krüger czy „Szara Wilczyca” Curwooda. Treść „Córek ...” bywa feministyczna, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu. Stawia na pierwszym miejscu kobiecość w różnych jej przejawach i w różnych okresach życia. Na pewno nie jest wymierzona przeciwko mężczyznom, jak mogłoby się wielu wydawać (dlaczego coraz częściej feministka znaczy tyle samo co pospolita obelga?). Plebanek tylko raz ujawnia swoją pogardę – jej przedmiotem nie jest ród męski jako taki, ale... Stanisław Przybyszewski, którego żonie, Dagny Juel, poświęciła cały rozdział (jeden z najlepszych zresztą).
Generalnie jestem urzeczona „Córkami Rozbójniczki”, chociaż uczciwie dodam, że było kilka rozdziałów, które nie wciągnęły mnie tak głęboko, jak stało się to udziałem większości z nich. Czy to z racji tego, że mam już pewne tematy przerobione sama z sobą, czy dlatego, że czasami lepiej samemu czytać (oglądać, słuchać czy smakować!) i odkrywać coś tylko dla siebie. Choćby kredo życiowe Isadory Duncan, która mawiała: „Kocham ziemniaki i młodych mężczyzn”.


niedziela, 15 grudnia 2013

Neil Gaiman, Na szczęście mleko...




Neil Gaiman, Na szczęście mleko..., tłum. Piotr W. Cholewa, wyd. Galeria Książki

Neil Gaiman to marka sama w sobie – pisarz, dziennikarz, autor komiksów, zbiorów opowiadań, scenariuszy i powieści, które zaliczają się do gatunku fantasy, horroru, science-fiction czy urban-fantasy. Wielokrotnie nagradzany Gaiman (nagrodą Hugo, Nebula, Bram Stoker Award) doczekał się ekranizacji swoich książek m.in. „Gwiezdnego pyłu” i „Koraliny”. Aż dziwne, że wcześniej nie wpadł w moje ręce.
„Na szczęście mleko...” to powiastka krótka, ale urocza. Pełna niesamowitości i niebezpieczeństw, które mogą się źle, a nawet bardzo źle skończyć dla naszej planety, ale pozbawiona grozy i nastroju niepokoju. Nie jest rozbudowana narracyjnie, można ją przeczytać z dzieckiem w niecałą godzinkę. Duże litery zachęcają zresztą do samodzielnej lektury, a mnogość ilustracji tylko ją uatrakcyjnia.
Atutem książeczki jest nieskrępowana wyobraźnia, która drogę ze sklepu zamienia w misję ratowania świata. W dodatku połączoną z wyprawą naukową pod przewodnictwem  dinozaura z profesorskim tytułem. A wszystko zaczęło się od tego, że w pewnym domu zabrakło mleka, a tata, który poszedł je kupić, bardzo długo nie wracał do domu. Zaniepokojone dzieci długo go wypatrywały. A kiedy w końcu się zjawił, opowiedział im o swoich przygodach, w których karton mleka odegrał niebanalną rolę. I w tym momencie dla młodych czytelników zaczynają się podróże w czasie i w przestrzeni oraz spotkania z najdziwniejszymi istotami, wśród których trafiają się m.in. specyficznie mówiące wumpiry, a nawet kucyki. Dzieciom przyjdzie się także dowiedzieć, dlaczego dinozaury nie zamieszkują już Ziemi. Nie jest to wyjaśnienie zgodne z nauką, za to inspirujące do fantazjowania na ten (i nie tylko) temat.
Opowiadanie taty powstaje na gorąco, bez wcześniejszego przemyślenia szczegółów. Uwzględnia uwagi i życzenia dzieci, bez ograniczeń wprowadza nieoczekiwane rozwiązania. Sprawia, że dobrze się bawimy aż do końca. „Na szczęście mleko...” na pewno nie jest książeczką edukacyjną, nie ma na celu czegokolwiek uczyć lub do czegokolwiek przekonywać. Za to urzeka świeżością pomysłów i bogactwem wyobraźni, daje rozrywkę, a przede wszystkim - zachęca do bujania w obłokach i tworzenia własnych historii. Polecam!

czwartek, 12 grudnia 2013

Melania Reiter, AmbaSSada






Melania Reiter, AmbaSSada. Co by było, gdyby Hitler nie miał wąsów...!, na podstawie scenariusza Juliusza Machulskiego, wyd. Agora SA

„AmbaSSada” uświadomiła mi, że widziałam wiele, często dość dobrych filmów nakręconych na podstawie książek, za to rzadko miałam do czynienia z literaturą, która powstała na bazie scenariuszy filmowych. Nie pamiętam, by któryś z tych przypadków szczególnie mnie zachwycił. I „AmbaSSada” też tego nie zmieni, mimo że oparta jest na dającym wiele możliwości pomyśle o przenoszeniu się w czasie, które może zmienić przebieg drugiej wojny światowej, a nawet do niej nie dopuścić.
Bohaterami „AmbaSSady” jest młode małżeństwo z krótkim stażem – Melania, rzekoma autorka tej książki i niespełniona aktorka oraz Przemek – początkujący pisarz konsekwentnie próbujący napisać bestseller. Oboje przybywają do Warszawy prosto z leśnej głuszy (gdzie zaszyli się na jego życzenie), by zaopiekować się mieszkaniem i kotem stryja Oskara, a przy okazji pozałatwiać w stolicy kilka spraw. Lokum mieści się w odnowionej kamienicy, w której przed wojną znajdowała się niemiecka ambasada zbombardowana przez Luftwaffe we wrześniu 1939 roku. Posiada też windę, która okazuje się dość kapryśnym wehikułem czasu.
Początek wypada nawet dość interesująco, chociaż pierwszym zgrzytem okazują się sylwetki psychologiczne głównych bohaterów. Charaktery Meli i Przemka zostały nakreślone wręcz groteskowo. Trudno uwierzyć, by w rzeczywistości znalazła się aż tak niedopasowana para, z której jedno obdarzone jest nadmierną żywiołowością, a drugie malkontenctwem godnym starego, schorowanego dziadka. Jeszcze trudniej pojąć, co ich ze sobą łączy, bo wyraźnie się z sobą męczą, a nic nie wiadomo o innym, bardziej prozaicznym niż miłość spoiwie ich związku typu kredyt czy dziecko. Być może w filmie nie jest to tak rażące, a może nawet i zabawne, w powieści natomiast jak na dłoni widać niedostatki psychologicznej konstrukcji postaci. Jeśli czemukolwiek ten chwyt służy, to tylko temu, by w przeszłości Mela i Przemek znaleźli sobie innych, bardziej odpowiadających im partnerów (równie banalnie i stereotypowo skonstruowanych).
Ponieważ mniej więcej wiemy, czego dotyczyć będzie akcja książki (opis wydawcy ujawnia wystarczająco), jej autor/autorka (sam Machulski?) sprytnie to wykorzystuje na początku opowieści i … robi nas w balona. To był jedyny moment, kiedy roześmiałam się w głos podczas lektury (i pewnie zrobiłabym to w kinie). Dalej niestety nie ma już niespodzianek. Bo na pewno trudno do nich zaliczyć Hitlera śpiącego z palcem w buzi lub pokazanego ze spuszczonymi spodniami w toalecie i czytającego „Winnetou” Karola Maya. Ani mnie nie rozczuliło, ani nie śmieszyło. Nie mam też pojęcia, czemu miało służyć. Poza zdenerwowaniem, być może, narodowych socjalistów.
Podsumowując, „AmbaSSada” okazała się sporym rozczarowaniem, zwłaszcza ze względu na nazwisko Juliusza Machulskiego. Zastanawiam się, czy lepiej przyjęłabym jego pomysły na sali kinowej. O tym się niestety nie przekonam, gdyż ta książka mnie skutecznie zniechęciła do oglądania filmu :(

środa, 11 grudnia 2013

Katherine Boo, Zawsze piękne. Życie, śmierć i nadzieja w slumsach Bombaju




Katherine Boo, Zawsze piękne. Życie, śmierć i nadzieja w slumsach Bombaju, tłum. Adriana Sokołowska-Ostapko, wyd. Znak Literanova

Dziennikarka Katherine Boo za książkę „Zawsze piękne” została uhonorowana w 2012 roku National Book Award – jedną z najbardziej prestiżowych i poważanych nagród literackich w USA. Bardzo szybko, bo już w lutym (zwycięzcy NBA są informowani o nagrodzie w listopadzie) książka ukazała się w Polsce. „Zawsze piękne” to jednak taka pozycja, o której warto wspominać jak najczęściej, nie tylko w dniu premiery. To przykład literackiego kunsztu, a zarazem powagi, z jaką autorka odnosi się do spraw ludzi z najniższego szczebla drabiny społecznej. Wybór indyjskiego slumsu nie był – jak można by się spodziewać - podyktowany szukaniem egzotyki ani pokazaniem nędzy dla niej samej. Już wcześniej Katherine Boo zajmowała się sprawami najuboższych, tyle że w Ameryce, i także wtedy jej dziennikarska praca była doceniana i nagradzana (m.in. Nagrodą Pulitzera), chociaż nie zaowocowała powstaniem książki. Między tak różnymi kulturowo społecznościami Boo znalazła wiele cech wspólnych, tych samych problemów, które nie pozwalają na wyrwanie z zaklętego kręgu biedy bez względu na zaradność, pomysłowość i wytrwałość.
Celem autorki było nie tylko utrwalenie pewnego obrazu życia, ale i szukanie odpowiedzi na pytania, dlaczego tak się dzieje, co powoduje brak solidarności między ludźmi nawet o tej samej pozycji społecznej, jaki jest rzeczywisty wpływ działań rządowych na ich codzienność, jak funkcjonuje struktura władzy, która bez zdziwienia przyjmuje fakt, że byle jak sklecone chatki, schowane dla zachowania estetyki za murem, sąsiadują z najbardziej znanymi hotelami i reprezentacyjną drogą na bombajskie lotnisko?
Boo odnosi się do swoich bohaterów z sympatią i szczerym zainteresowaniem, ale bez tworzenia mitów na ich temat. Podglądaniu ich zmagań z codziennymi problemami poświęciła ponad trzy lata, korzystała z pomocy tłumaczy, po wielokroć wracała do tych samych kwestii, potwierdzeń szukała w oficjalnej dokumentacji. Co ciekawe uniknęła suchości stylu i banalności uogólnień. Sama usunęła się w cień (wyjąwszy krótki rozdział końcowy), oddając głos wyłącznie kilkorgu mieszkańcom Annawadi, zwłaszcza nastoletniemu Abdulowi, zbieraczowi śmieci i żywicielowi kilkuosobowej rodziny, którego świat legł w gruzach po samospaleniu sąsiadki Fatimy.
Boo tak poprowadziła narrację, że łatwo zapomnieć, że mamy do czynienia z dokumentem, a nie fikcją. O tym, że „Zawsze piękne” opisują prawdziwe wydarzenia, przypominają sprawy zbyt bulwersujące, by mogła podołać im autorska wyobraźnia. Przykłady korupcji, oszustw i zakłamania dotyczących m.in. edukacji są na tyle złożone, że mogą być tylko skutkiem powszechnie uznawanego systemu, który nie jest nastawiony na pomaganie innym, ale na zdobywanie dodatkowych pieniędzy do prywatnej kieszeni. Te przykłady są o tyle szokujące, że nie przebiegają wzdłuż jednej granicy wytyczonej na linii biedni – bogaci. Tych granic jest dużo więcej, bo zawsze znajdzie się ktoś w rozpaczliwszym położeniu. Tacy, jak studentka Mandżu, którzy rzetelnie pracują za środki otrzymane od państwa (i to nie ze strachu przed kontrolą!), należą do wyjątków.
Lektura „Zawsze pięknych” nie należy do łatwych i przyjemnych, chociaż jest napisana płynnie i z dużym wyczuciem. Dla mnie to jedna z najważniejszych książek wydanych w tym roku.

PS. Po „Zawsze piękne” przeczytałam także poświęcone Indiom „Lalki w ogniu” Pauliny Wilk. To świetne uzupełnienie książki Katherine Boo, która jednak dość nieoczekiwanie obnaża największą słabość „Lalek ...” - brak jednostkowego, osobistego doświadczenia przy prezentowaniu danych kwestii. To dzięki niemu tekst amerykańskiej dziennikarki tak mocno porusza i ujmuje autentyzmem.

czwartek, 5 grudnia 2013

Michał Kruszona, Kawior astrachański. Podróż kryminalno-kulinarna




Michał Kruszona, Kawior astrachański. Podróż kryminalno-kulinarna, wyd. Wydawnictwo Tamaryn

Chociaż to sam autor, Michał Kruszona, nazwał „Kawior astrachański” powieścią kryminalno-kulinarną, w moim odczuciu ta książka podczas lektury wciąż wymyka się tym określeniom, nie daje się łatwo się wtłoczyć w jakiekolwiek ramy i charakterystyki. Historia Okonia, polskiego płatnego mordercy, który uciekł do nadwołżańskiego Astrachania, płynnie przechodzi od kwestii obyczajowych po te bardzo osobiste. Od tropienia śladów przeszłości i szukania historycznych ciekawostek po mafijne rozgrywki i układy, których istoty Okoń, mimo kryminalnego doświadczenia, jako człowiek z zewnątrz nie do końca pojmuje i do których próbuje się zaadoptować. Pojawiają się oczywiście i kulinarne smaczki, Okoniowe dywagacje na temat kawioru (i nie tylko), z którego słynął i słynie Astrachań, jego badania nad fenomenem rybiej ikry, która z pożywienia rosyjskiej biedoty awansowała na symbol luksusu i całkiem dochodowy towar. Zwłaszcza gdy jest nielegalnie pozyskany. Z taką samą powagą (lecz tym razem bez finansowych inklinacji) Okoń odnosi się do samego Astrachania, jego przeszłości, drewnianych domów i przepięknego kremla, który ustępuje ponoć tylko temu moskiewskiemu. Jednocześnie słucha rozmów astrachańczyków, podgląda ich w codziennych sytuacjach, obserwuje, gdy jedni idą na pochód pierwszomajowy, a drudzy mają za zadanie spacyfikowanie jego uczestników, gdyby doszło do zamieszek. W ich mentalności dostrzega pozostałości kilkudziesięciu lat komunizmu. Jada w rosyjskich knajpach, kupuje w sklepiku, z którego właścicielem, starym Azerem, się zaprzyjaźnia. Z upływem czasu uzurpuje sobie prawo do patrzenia na rosyjską rzeczywistość okiem nie turysty, ale tubylca. Ignorując fakt, że wielu tutejszych, lepiej zorientowanych ginęło w tajemniczych okolicznościach, a wypracowany przez nich majątek przechodził w inne ręce. Nad Okoniem ciąży jakiś fatalizm, jego próby zakorzenienia się w nowym miejscu, a nawet miłość nie powstrzymają go od zguby. A ponieważ wszystko zaczęło się od jednej, niepotrzebnie podjętej decyzji, trudno uniknąć rozmyślań, typu „co było, gdyby”?
Michał Kruszona daje nam poznać taki wycinek Rosji, który zazwyczaj umyka oczom podróżnych, niepokojący i złowrogi świat zależności między zwykłym życiem a zorganizowaną przestępczością. Tam, gdzie znany nam porządek stoi na głowie, gdzie policjant może być zwykłym bandytą, który chroni interesy sobie podobnym. A ciężka praca i dobry pomysł są gwarancją najwyżej tego, że trzeba będzie zatrudnić ochronę i dawać łapówki. Na tym właśnie polega kryminalność „Kawioru astrachańskiego”, podawana powoli, w małych dawkach, lecz nieuchronna.
Autor znalazł jeszcze jeden sposób, by dać nam odczuć astrachańskie realia. Cała jego książka jest bogato zaopatrzona w zdjęcia. Liczy się nie tyle ich uroda, ile różnorodność miejsc i sytuacji, jakie pokazują. Wiele z nich mniej niż luźno wiąże się z fabułą, inne wydają się ją ilustrować, nadają pozór prawdziwości fikcyjnym zdarzeniom, które mogły się wydarzyć, ale czy rzeczywiście miały miejsce? Kruszona lubi pozostawiać nas w niepewności. To podobny chwyt, jak ten, że znajdujący się w wewnątrz powieści portret Okonia do złudzenia przypomina zdjęcie twarzy autora zamieszczone na skrzydełku książki. Podoba mi się ta gra w pomieszanie fantazji i zmyślenia z prawdą, w rozmycie między nimi granic, jak i cała rozmaitość zdarzeń, którą „Kawior astrachański” sobą reprezentuje na przekór podtytułowi. Dla mnie to najważniejszy walor tej powieści.

Kilka słów o Michale Kruszonie:
Dziennikarz, historyk, dyrektor muzeum w Szamotułach, podróżnik, który wybiera różne kierunki – Rumunię, Jutlandię czy odległą od nich Ugandę. Każda z tych aktywności ma wpływ na pisarstwo pisarza, autora kilku książek m.in. nagrodzonego Bursztynowym Motylem 2013 (nagroda im. Arkadego Fiedlera) „Czarnomorza. Wzdłuż wybrzeża, w poprzek gór”.