czwartek, 5 września 2013

Caroline Lawrence, Tajemnice Dzikiego Zachodu. Sprawa trzech desperado




Caroline Lawrence, Tajemnice Dzikiego Zachodu. Sprawa trzech desperado, tłum. Maciejka Mazan, wyd. Egmont

Czytając „Sprawę trzech desperado” żałowałam, że moje dziecko już na tyle duże, że samo czyta sobie książki. Wiem, że obydwoje mielibyśmy duży ubaw podczas wspólnej lektury, a mój umysł nie wyłączałby się podczas niej automatycznie, co czasami zdarzało się w przeszłości, gdy czytana przeze mnie na głos powieść sprawiała frajdę tylko dziecku. Przede wszystkim dawno już nie miałam do czynienia z historią, która rozgrywa się na Dzikim Zachodzie. Caroline Lawrence nie traci czasu na długie opisy, ale w trakcie akcji wprowadza czytelników w specyfikę tego miejsca. W jej książce występują groźni rozbójnicy, między miastami – które potrafią powstać w ciągu kilku dni - kursują dyliżansy, a konnych kurierów dopiero niedawno wyparł najnowszy wynalazek – telegraf. Indianie napadają podróżnych, a większość kobiet to tzw. upadłe anioły, które próbują wyciągnąć pieniądze od górników pracujących w kopalniach złota i srebra. Niestety, inny kolor skóry niż biały zazwyczaj nie budzi szacunku, ale autorka przedstawia to w taki sposób, że takie postępowanie budzi niechęć i zdziwienie. Zwłaszcza że jej bohater/bohaterka, dwunastoletnie dziecko imieniem Pinky, jest półkrwi Indianinem/Indianką i dobrze wspomina swoją indiańską mamę. Tak, jak i przybranych rodziców – uczciwych, kochających i religijnych (ale nie świętoszkowatych). Tych Pinky traci za sprawą bandytów, którzy chcą przejąć jego/jej indiański woreczek na leki. Zawartość tego woreczka i tajemnica związana z pochodzeniem prowadzą Pinky do dużego górniczego miasta, a następnie do kopalnianego szybu, w którym rozpoczyna się akcja książki. Po drodze Pinky spotyka wiele barwnych postaci, z których mało która jest jednoznacznie zła. Przy tym, kryjąc się przed bandziorami, Pinky często się przebiera, a my w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że nie wiemy, czy Pinky to chłopak czy dziewczynka. Autorka bardzo sprytnie wykorzystuje ten fakt, a ja - zanim jeszcze doszłam do momentu, w którym wszystko staje się jasne - próbowałam ją przyłapać na najmniejszej choćby sugestii dotyczącej płci bohaterki/bohatera. Nie udało mi się.
Sprawa trzech desperado” to pierwszorzędna powieść przygodowa dla dzieciaków, oferująca niespodziewane zwroty akcji i pozytywne przesłanie, że chociaż na świecie zdarzają się niekiedy okrutne rzeczy, a ludzie nie zawsze stają na wysokości zadania, można wyjść cało z opresji. Nawet gdy ma się tylko 12 lat, a do tego problem z rozpoznawaniem emocji u innych osób. Z tym ostatnim Pinky również sobie poradzi. A my trzymamy za niego/nią kciuki do ostatniej strony!

PS. Swojemu dziecku już oczywiście podrzuciłam :)

wtorek, 3 września 2013

Dionisios Sturis, Grecja. Gorzkie pomarańcze



Dionisios Sturis, Grecja. Gorzkie pomarańcze, seria: Terra incognita, wyd. W.A.B.

Po lekturze „Gorzkich pomarańczy” naszła mnie myśl, że do tej pory więcej wiedziałam o współczesnych Chinach niż o Grecji. A przecież Grecja nie leży na drugim końcu świata, co jeszcze usprawiedliwiałoby brak podstawowej wiedzy na jej temat. Nie tej zorientowanej na to, co działo się tam ponad dwa tysiące lat temu, ale w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci. „Gorzkie pomarańcze” pozwalają nam na odkrywanie tej właśnie najmniej znanej, nowożytnej Grecji. I to w wielu odsłonach. Wbrew oczekiwaniu nie odpowiedzą na wszystkie pytania dotyczące finansowego bankructwa Grecji. I tylko wspomną o tureckim panowaniu na Bałkanach. Za to otworzą oczy na wiele innych, mało znanych faktów. Także tych, które wyjaśnią, jak to się stało, że greccy komuniści i ich rodziny musieli szukać po wojnie schronienia w obcej dla nich Polsce. Gdyby nie to, Dionisios Sturis - dziennikarz urodzony w Salonikach, a wychowany w Polsce - nie szukałby greckiej części swojej tożsamości i pewnie nie podjąłby się przybliżenia jej polskiemu czytelnikowi.
Używając obrazowego porównania, ta książka przypomina mi półmisek pełen smakołyków o najróżniejszej barwie, aromacie i smaku. Niekiedy zwodniczych jak te tytułowe pomarańcze, które kuszą w Grecji przyjezdnych, oferując im pod pachnącą skórką gorycz, która kłóci się z ich wyglądem. Bo nie ma krajów szczęśliwych, które nie miałyby mroczniej zapisanych kart historii pełnych spraw bolesnych, wstydliwych i dwuznacznych. W Grecji były nimi powojenne rozpęknięcie kraju, potem przewrót i rządy wojskowych, a obecnie – masowe depresje i samobójstwa wywołane niepewnością jutra oraz wysoka śmiertelność emigrantów nielegalnie przekraczających granicę. Ale Grecja to także nieulękła Melina Mercouri, aktorka, która otwarcie sprzeciwiała się juncie, nawet za cenę utraty greckiego obywatelstwa. Oraz druga ojczyzna polskiego zesłańca, Zygmunta Mineyki, którego los związał rodzinnymi więzami z Andreasem i Jorgosem Papandreou, premierami Grecji (w różnych latach). To wyspa Ikaria, której mieszkańcy cieszą się długim i zdrowym życiem. Oraz kefi – typowo grecka umiejętność zatracania się w zabawie.
Różnorodność „Gorzkich pomarańczy” sugeruje, że można po nią sięgać w dowolnej kolejności. Ale szczerze tego odradzam. Dionisios Sturis nie taki miał pomysł na książkę, chociaż porusza w niej tematy o ogromnej rozpiętości. Sprawy osobiste pojawiają się w jego książce na przemian to z faktami historycznymi, to z elementami reportażu. Rodzinne historie niespodziewanie potrafią zyskać szersze tło. Potem ustępują osobistym doświadczeniom autora, który w międzyczasie relacjonuje kolejne zamieszki w Atenach i rozmawia z uczestnikami strajku głodowego. Taka formuła spodobała mi się ogromnie, chociaż nie będę ukrywać – po „Gorzkich pomarańczach” pozostał mi lekki niedosyt. Ma on jednak tę zaletę, że odtąd specjalnie wyszukuję najnowsze doniesienia prasowe na temat Grecji, konfrontuję je z wiedzą wyniesioną z „Gorzkich pomarańczy” i dzięki nim odbieram je w bardziej świadomy sposób, który nie ma nic wspólnego z biało-czarnym widzeniem świata. Zresztą uważam, że rozbudzanie ciekawości jest jednym z najważniejszych skutków ubocznych czytania. I to się Sturisowi udało. Niemniej oczekuję, że dopisze ciąg dalszy. Przeczytam go z przyjemnością!

niedziela, 25 sierpnia 2013

Peter Wilhelm, Zakład pogrzebowy przedstawia!




Peter Wilhelm, Zakład pogrzebowy przedstawia! Dobrze, że do nas trafiłeś, tłum. Marcin Ościłowski, wyd. Wydawnictwo Academicus, cena ok. 30 zł

Śmierć w naszej kulturze jest tabu. Nie lubimy o niej myśleć, nie lubimy o niej mówić. A to sprawia, że niewiele wiemy na temat osób, które mają z nią styczność z racji wykonywanego zawodu, a jeszcze mniej – czym dokładnie zajmują się na co dzień. Książka Petera Wilhelma to zbiór wybranych tekstów z jego bloga, przybliżających pracę w tak szczególnym miejscu jak zakład pogrzebowy. Tak się składa, że Peter Wilhelm jest właścicielem takiego przedsiębiorstwa, dlatego jego wiedza o funkcjonowaniu tego miejsca pochodzi z pierwszej ręki. Ba, potrafi on podać ją w naprawdę zajmujący sposób, nie tracąc przy tym nawet na moment szacunku wobec zmarłych. Chociaż bywa, że zżyma się na żywych, którzy o nim zapominają.
Każdy rozdział opatrzony jest krótkim wprowadzeniem, które sygnalizuje, jaki będzie jego temat przewodni. Jak się okaże, przedsiębiorstwo pogrzebowe, kojarzone ze spokojem i atmosferą wyciszenia, rzadko takie bywa. Śmierć wytrąca rodzinę zmarłych z równowagi, do głosu dochodzą zadawnione urazy, ból bywa zbyt wielki... Nie będę ukrywać – parę razy wzruszyłam się do łez. „Zakład...” nie jest jednak ciężką, przygnębiającą lekturą. Większość jego tekstów niesie pozytywne przesłanie. Część jest podszyta humorem sytuacyjnym, który zawsze będzie się pojawiać, dopóki nie zastąpią nas roboty (polecam rozdziały o świerszczach i zepsutym odtwarzaczu CD). Niektóre zaś nie mają związku (lub tylko w niewielkim stopniu) z ceremoniami pogrzebowymi, jak np. ten o rodzinie Nigeryjczyków, gdy ważniejsze okazały się potrzeby żywych. Zawód przedsiębiorcy pogrzebowego w opisie Petera Wilhelma nie jest nudny ani jednostajny. Wymaga wyczucia, taktu, pewnej wiedzy psychologicznej, a niekiedy – stanowczości. Oraz respektowania woli rodziny i pewnej elastyczności, która na przykład umożliwi kilkudziesięciu rockersom na motorach uczcić pamięć zmarłego kolegi. Że o ceremonii pogrzebowej pary gejów nie wspomnę. Książka Petera Wilhelma uświadomiła mi nie tyle, że śmierć jest naturalną koleją rzeczy (to już byłby banał!), ale że istnieje wiele możliwości na okazanie miłości i pożegnania się po raz ostatni z kimś, kogo kochamy. Nie wiem tylko, czy są one dopuszczalne w Polsce. Podejrzewam, że nie.
Styl Petera Wilhelma jest prosty i bezpośredni. W końcu jest przedsiębiorcą pogrzebowym, nie zawodowym pisarzem. Niemniej podejrzewam, że zdarzające się niekiedy w tekście toporne zdania nie są jego zasługą. Bywały strony i bez nich (choć głowy nie dam, bo czasami lektura mocno mnie wciągała), ale trafiały się i takie, których po prostu nie rozumiem – np. „Pani Olugulade z minuty na minutę jest coraz bardziej rozpraszana” (s. 80, aż się prosi, by zapytać przez kogo?) albo „Z szarfą może się zejść do południa, ponieważ chce na niej coś wyhaftować” (s. 130). Nie sprawdzałam specjalnie, czy przecinki są na swoich miejscach ani nie szukałam na siłę literówek, ale kilka błędów rzuciło mi się w oczy. Np. „trawił w próżnię” zamiast „trafił”. I jeszcze problem z odmianą - „... miejsce dla pedofilii i samobójców”. Cóż, pedofilia jest zjawiskiem, którego nie można pogrzebać na cmentarzu, w przeciwieństwie do pedofilów. I tak uważam, że najgorsza jest wspomniana wcześniej toporność poszczególnych zdań. Szkoda, bo książka jest naprawdę bardzo ciekawa, a one niepotrzebnie psują efekt.

piątek, 23 sierpnia 2013

Lady Colin Campbell, Królowa. Nieznana historia Elżbiety Bowes-Lyon



Lady Colin Campbell, Królowa. Nieznana historia Elżbiety Bowes-Lyon, tłum. Adriana Sokołowska-Ostapko, wyd. Znak Literanova, cena ok. 45 zł

Elżbieta Bowes-Lyon, matka królowej Elżbiety II, zawsze kojarzyła mi się z dobrotliwie uśmiechniętą staruszką w dużym kapeluszu na głowie. Jej biografia pióra lady Colin Campbell aż nadto udowadnia, że urok osobisty Królowej Matki skrywał o wiele więcej niż tylko dobrotliwość. Szczerze mówiąc, obawiałam się, że książka ta będzie radosnym nurzaniem się w brudach i złośliwych plotkach. Zwłaszcza po wstępie, w którym autorka dziękuje osobom, od których uzyskała wiele interesujących informacji na temat Elżbiety Bowes-Lyon, także tym, które nie były świadome, że lady Colin Campbell może je użyć do pisania biografii. Na szczęście szybko przekonałam się, że autorka nie jest osobą żądną sensacji, posiada rozległą wiedzę historyczną i obyczajową, a sposób jej pisania o czyichś wadach i zaletach nie jest pozbawiony elegancji oraz zdradza solidne doświadczenie zawodowe (sama wspomina o czterdziestu latach pracy w dziennikarstwie). Tytuł lady również nie okazał się czczym ozdobnikiem przed nazwiskiem. Przedstawiając życie Elżbiety Bowes-Lyon, biografka korzysta z przywileju należenia do wyższych brytyjskich sfer. Nie tylko dlatego, że dało jej to możliwość porozmawiania z wieloma osobami na prywatnym, swobodniejszym gruncie, ale dlatego też, że rozumie (i umie wytłumaczyć) mechanizmy regulujące życie arystokracji w 20. wieku, i to nie tylko w okresie dzieciństwa i młodości swojego obiektu badań. Poza tym zna chyba wszystkie rodzinne powiązania wielkich rodów, doskonale orientuje się w zasadach dziedziczenia oraz w tytułach i związanych z nimi zaszczytach. Bez nakreślenia tego typu okoliczności pewne decyzje i zachowania Elżbiety byłyby mało zrozumiałe, szczególnie te dotyczące drażliwych kwestii związanych z jej narodzinami, brakiem formalnego wykształcenia, a zwłaszcza - z niechęcią do starszego brata męża (zazdrośnica!). Wszystko to sprawia, że książka lady Colin Campbell o Królowej Matce nie przypomina mi typowej biografii o postaciach historycznych. W nich uwaga czytelnika jest kierowana zazwyczaj na twarde fakty, podczas gdy lady Colin Campbell potrafi wskazać osobiste motywy i osobnicze cechy charakteru królowej, które na te fakty miały niebagatelny wpływ. Opiera się przy tym nie tylko na wspomnieniach, ale również na wcześniejszych biografiach Elżbiety (i często z nimi polemizuje), fragmentach listów, dziennikach, notatkach prasowych. Nigdy przy tym nie zapomina o szerszym kontekście. Na przykład o wiele bardziej zajmująco pisze o przyczynach końca pierwszej wojny światowej, niż uczono mnie w szkole (jej zdaniem czynnikiem decydującym okazał się wirus grypy hiszpanki oraz... szczepienia amerykańskich żołnierzy wysłanych do Europy!). I szczerze mówiąc, tego typu informacje są dla o wiele bardziej ciekawsze niż sama Elżbieta, o której mało kto by pamiętał, gdyby nie to, że została żoną króla. A jako królowa przyciągała naturalnie uwagę i budziła określone emocje. Ta książka, poświęcona jej losom od narodzin po grób, jest wyczerpującą odpowiedzią na to zainteresowanie, a przy tym wglądem w długo strzeżone, prywatne sprawy brytyjskiej rodziny królewskiej. Czytając ją, nie miałam ani razu odczucia, że autorka biografii przekracza granice dobrego smaku, chociaż jej ocena postępowania Elżbiety nie zawsze bywa pochlebna. A nawet uważam, że biografka postrzegała ją zbyt krytycznie, opisując swoją bohaterkę jako nastolatkę. Nawet przyszła królowa może się objadać przez większą część dnia i wzdychać do przystojnych aktorów zamiast sięgać do książek. Takie jest prawo nastu lat. Z drugiej strony lady Colin Campbell często podkreśla, że nimb królewskości sprawia, że przestajemy traktować osoby należące do królewskiego rodu jak ludzi z krwi i kości. Jej biografia przywraca ludzki wymiar Królowej Matce, chociaż z tego, co się o niej dowiedziałam - ona sama nie byłaby z tego zadowolona. Nic a nic.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Made in Poland. Antologia reporterów Dużego Formatu




Made in Poland. Antologia reporterów Dużego Formatu, wyd. Agora SA

Ten napis towarzyszył mi przez całe dzieciństwo i nigdy nie widziałam w nim nic nadzwyczajnego. Dopiero od czasu mojego wejścia w dorosłość stał się czymś rzadko spotykanym, ocierającym niemal o egzotykę (raz znalazłam go na dziecięcych kaloszach – ale święto!). Dawno go nie widziałam, pomyślałam, patrząc na okładkę zbioru reportaży dziennikarzy publikujących w „Dużym Formacie”, czwartkowym dodatku „Gazety Wyborczej”. Kilka tekstów zawartych w tomie już znałam. Część nazwisk niewiele mi mówiła, inne sporo, chociaż okazało się, że kojarzę je, niesłusznie, tylko z jedną określoną tematyką. Najbardziej zaskoczyło mnie szerokie spektrum tematów poruszanych w reportażach. Po „Made in Poland” mam wrażenie, że nie ma sprawy, o której nie można by napisać w reportażu, ludzi, których nie można by wysłuchać i popatrzeć na świat ich oczyma, bez względu na to czy będzie to tak kontrowersyjna postać jak Aleksander Gudzowaty, czy chłopaki bez perspektyw z łódzkich Bałut. Opis osobistego doświadczenia może przybliżyć problem honorowych zabójstw tureckich i kurdyjskich dziewcząt z tradycyjnych rodzin (np. za wysłanie sms-a), a także pokazać upadek przemysłu włókienniczego w Żyrardowie. Bywa, że reportaż staje się swoistym wehikułem czasu, a jego autor – detektywem badającym, dlaczego w PRL-u brakowało papieru toaletowego, jak to bywało z książkami skarg i wniosków, ale także sygnalizującym istnienie do dziś niewyjaśnionych przypadków śmierci działaczy związkowych. Są w tym zbiorze teksty, które - aktualne w chwili powstania - czytane obecnie stają się znakiem czasów, w których je pisano (jak ten o masowej fali zwolnień wysoko wykwalifikowanej kadry menedżerskiej). Oraz takie, które nigdy się nie starzeją, jak ten, który demaskuje skład najtańszych produktów w hipermarketach.
Po lekturze „Made in Poland” widzę, że reportaże nie tylko mogą prowokować pytania (choćby o rozumienie sztuki współczesnej), ale same w sobie stanowią sztukę, jeśli wziąć pod uwagę ich styl, rozłożenie poszczególnych elementów, wreszcie sposób, w jaki zostają wprowadzone do tekstu poszczególne postacie oraz jak zostaje zarysowane dane zagadnienie. I tak „Chłopcy z motylkami” Jacka Hugo-Badera zaczynają się od wściekłości autora, którego syn został kilkakrotnie napadnięty i obrabowany. A szybko przeradzają w studium przemocy kierowanej przez młodocianych wobec bogatszych, nie tylko materialnie rówieśników. W pewnym momencie złość ustępuje współczuciu, a szukanie przyczyn przeradza się w poradnik, jak zachować się na ulicy. W oczach Beaty Pawlak stacje drogi krzyżowej w Jerozolimie stają się pretekstem do pisania w intrygujący sposób o niełatwej historii tego miasta, o konflikcie izraelsko-palestyńskim, współżyciu różnych grup chrześcijan i o osobie samego Jezusa. I jeszcze – podczas czytania o opętaniach i egzorcyzmach miałam ciarki na plecach. Brr!
Teksty w „Made in Poland” są świetne, różnorodne, a przede wszystkim ciekawe. Przypominają, że często blisko nas toczy się życie, o którym nie mamy pojęcia. Potrafią uchwycić komizm lub tragizm sytuacji, a nawet naprowadzić na trop afery. Są próbą dotarcia do prawdy, tej niedoskonałej, naznaczonej subiektywnym spojrzeniem, fascynującej, bo pokazanej poprzez czyjś los. Zresztą na tym polega ich siła przyciągania. Nieodparta, jak się przekonałam na własnej skórze.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Denise Kiernan, Dziewczyny atomowe. Nieznana historia kobiet, które pomogły wygrać II wojnę światową


 
Denise Kiernan, Dziewczyny atomowe. Nieznana historia kobiet, które pomogły wygrać II wojnę światową, tłum. Mariusz Gądek, wyd. Otwarte

Sprzątały wielkie hale, obsługiwały skomplikowane urządzenia, dokonywały obliczeń, doglądały chorych albo robiły notatki i przepisywały dokumenty. A potem udawały się na zakupy lub potańcówki, na których można było rozmawiać o wszystkim, tylko nie o pracy. I nie miało znaczenia, że często nie znały celu swoich obowiązków, że musiały posługiwać się niezrozumiałymi kodami – najniewinniejsza wzmianka na ten temat mogła skutkować natychmiastowym zwolnieniem. To właśnie one, tytułowe dziewczyny atomowe. Niezbędne, by ich kraj osiągnął zwycięstwo, zbyt mało ważne, by ich nazwiska zapisały się w historii. Lecz nie dla Denise Kiernan, która wybrała kilka z nich na bohaterki swojej książki.
Opowiada ona o budowie i działalności kompleksu fabryk do wzbogacania uranu w Oak Ridge w stanie Tennessee, będącym znaczącą częścią Projektu Manhattan. Jego cele – koniec wojny i bezwarunkowa kapitulacja Japonii - zostały osiągnięte w 1945 roku po zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Do tego momentu z dziesiątków, jeśli nie setek tysięcy zaangażowanych w pracę nad uranem ludzi, tylko nieliczna garstka wiedziała, co tak naprawdę produkuje się w Oak Ridge. Ponieważ większość mężczyzn walczyła na froncie, trzon siły roboczej tego miejsca stanowiły młode kobiety. Autorka uznała ich przeżycia za nie mniej ważne niż decyzje polityczne podejmowane na najwyższym rządowym szczeblu. To dlatego treść „Dziewczyn atomowych” składa się z fabularyzowanych wspomnień kilku pracownic Oak Ridge, przerywanych rozdziałami, które przedstawiają krok po kroku historię powstania miasteczka i fabryk w Tennessee oraz początki programu atomowego. I muszę przyznać, że daje to niesamowity efekt, wręcz unikalny! Bo zazwyczaj jest tak, że gdy już mamy okazję poznawać wielką historię z punktu widzenia zwykłych jednostek, odbywa się to za pośrednictwem literatury wspomnieniowej, której znowuż brakuje szerszego spojrzenia i znajomości wszystkich faktów. Zaś Kiernan oparła swoją książkę i na licznych dokumentach i na rozmowach z uczestniczkami tamtych wydarzeń. Nie pominęła przy tym mniej chlubnej części prawdy o Oak Ridge, pisząc m.in. o przeprowadzaniu eksperymentów medycznych z udziałem plutonu na pewnym robotniku bez jego wiedzy i zgody.
Dziewczyny atomowe” czyta się bardzo dobrze, chociaż styl autorki (łopatologiczny, mówiąc wprost) nie należy do moich ulubionych. Ma on jednakże wiele plusów, które mogą zachęcić do lektury nawet osoby nieinteresujące się historią: jest bogaty w informacje, bardzo obrazowy i działający na wyobraźnię, nie wymaga wcześniejszej znajomości tematu, a osobista perspektywa bohaterek pozwala na wczucie się w sytuację amerykańskich kobiet podczas II wojny światowej. Minusy: zdarza się nadmiar szczegółów, które nie wnoszą nic nowego do naszej wiedzy, np. opis działalności Bohemian Clubu, gdzie jeden raz spotkali się w 1942 decydenci Projektu Manhattan. Najważniejsze, że Denise Kiernan udało się uchwycić specyficzną atmosferę miejsca, które powstało dosłownie w ciągu kilku miesięcy i tonęło w błocie przez większość roku. Oferowało dobre zarobki, ale nie równość dla wszystkich (uznano m.in., że kolorowi będą mieszkać barakach bez współmałżonków i bez... szyb!). Gdzie nikt nie mógł pochwalić się swoim wkładem w wojenny trud, żona zapytać męża, jak minął mu dzień w pracy, a wszędzie roiło się od tajnych agentów.

piątek, 2 sierpnia 2013

Maria Wiernikowska, Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela




Maria Wiernikowska, Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela, wyd. Wydawnictwo Zwierciadło, cena ok. 35 zł

Maria Wiernikowska przypomina mi kota-włóczęgę, który sam wybiera swoją drogę, robi, co chce i jak chce, nie starając się przypodobać nikomu. Jej postawa tak samo irytuje, co intryguje. Czytanie „Oczu czarnych,...” było dla mnie jak próba sił – odkładałam tę książkę, obrażałam się na nią, nie rozumiałam, jak tak można albo dlaczego, a potem wsiąkałam w nią z powrotem na wiele stron. Do następnego zgrzytu. Aż w końcu zrozumiałam – Maria Wiernikowska nie jest z tych, co uwodzą czytelnika, podsuwają gładkie słówka i zręczne zdania. Kiedy uważa, że ma rację – obwieszcza to całemu światu tonem kategorycznym, nie znoszącym sprzeciwu. Znajduję w tym tonie ślady zmęczenia i wielkiego wścieku, który także mi czasem każe wygrażać światu i ustawiać wszystkich po mojej myśli, nieważne, że tylko w mojej głowie. Od tej pory wiem, że albo przyjmę jej osobę taką, jaka jest, albo... Tylko, że odłożenie „Oczu czarnych,...”, już tak na dobre, nie wchodziło w grę. Spodobał mi się swoisty miszmasz tej bardzo osobistej, reporterskiej przygody, którą zapoczątkował przypadek i która uparcie nie chciała zakończyć się czymś znaczącym.
Maria Wiernikowska to dziennikarka, reporterka, specjalistka od konfliktów zbrojnych w najbardziej zapalnych punktach świata. Tym razem znalazła się na jednym z najstarszych szlaków pielgrzymkowych w Europie. Camino, droga św. Jakuba, prowadzi prosto do Santiago de Compostela. Ale dopiero z artykułu w gazecie turystycznej dowiaduję się, że tych szlaków jest kilka. Nie wiem, którym z nich podąża Wiernikowska, która rzadko podaje nazwy miejscowości, jeszcze rzadziej przytacza ciekawostki i nie czaruje anegdotkami. Jej codzienność to droga, mijani ludzie, krajobrazy, przydrożne noclegi, radość ze smaku pomidora i nurtujące pytanie – dlaczego kwiaty mają kolory? To wycieczki w przeszłość, historie osobiste i rodzinne, opowiadane bez skrępowania, za to czasem w trzeciej osobie dla większego dystansu. Bywa, że bez wchodzenia w szczegóły tak bardzo, że ludzie, których wspomina autorka zostają zredukowani do imienia czy inicjału. Tych fragmentów jest sporo, niektóre nawet są bardzo szczere i odważne, ale na próżno przyjdzie nam ulepić z nich jakąś spójną biografię. A jednak jako całość ta książka to ciekawa proza, chociaż momentami niełatwa i wymagająca odmiennego podejścia, niż jesteśmy przyzwyczajeni.
Oczy czarne, oczy niebieskie” nie przypominają mi żadnego innego dziennika drogi. Trudno go porównywać czy szukać punktów stycznych z jakąkolwiek książką. Pewne jest, że napisała go kobieta nietuzinkowa. Warto spojrzeć na świat jej oczami.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Isabelle Laflèche, Kocham Nowy Jork




Isabelle Laflèche, Kocham Nowy Jork, tłum. Dorota Malina, wyd. Wydawnictwo Literackie, cena ok. 35 zł

Z literaturą kobiecą rzadko mi po drodze, bo zazwyczaj nie znajduję w niej nic dla siebie. Czasem trafne spostrzeżenie, częściej poczucie humoru, a nawet - tak potrzebny dystans wobec życiowych porażek. „Kocham Nowy Jork” wpisuje się w ten nurt, ale Isabelle Laflèche inaczej rozkłada akcenty. Buduje historię z tych samych klocków, ale układa je zupełnie inaczej. Jej bohaterka, młoda, trzydziestoletnia prawniczka naprawdę chce zrobić karierę, zarabiać duże pieniądze, jak najlepiej i najskuteczniej pomagać klientom firmy, a w przyszłości – otrzymać wymarzony tytuł partnera kancelarii. Praca nie jest dla niej ani miejscem na szukanie drugiej połówki, ani uciążliwym, acz koniecznym etapem potrzebnym do stanięcia na ślubnym kobiercu. Catherine nie myśli o małżeństwie i dzieciach, a nawet o zwykłych randkach, bo trudno znaleźć na nie czas, spędzając w pracy większą część doby. A mimo to nie odniosłam wrażenia, że mam do czynienia z zimną, sukowatą karierowiczką, która zaprzecza swojej kobiecości. Catherine ma wdzięk, uroczy francuski akcent (wierzę w to na słowo), zna się na modzie (ale nie zasypuje nas nazwami marek oraz nie przesadza z opisami kreacji i butów) i ma jasno określony cel. Jest uosobieniem ambicji nowoczesnej kobiety, istoty kompetentnej i świadomej swojej wartości, która zamierza ciężko pracować, by coś osiągnąć. Prawda, że literatura popularna skąpi nam takich bohaterek? A jeśli już się pojawiają, rzucają wszystko dla księcia z bajki i następuje happy end. Owszem, i w życiu Catherine pojawiają się miłosne zawirowania – ale są one tylko częścią fabuły, nie jej podstawą. Zawodowe plany bohaterki ulegną pewnym modyfikacjom – ale inicjatywa zmian wyjdzie od niej samej i to bynajmniej nie pod wpływem uczuć, tylko z głębszej potrzeby. Laflèche zdaje się mówić, że miłość nie musi być grobem dla zawodowych planów. Zakończenie „Kocham Nowy Jork” jest na tyle otwarte, że ewentualny ciąg dalszy może zakładać najróżniejsze scenariusze, z których życie rodzinne jest tylko jedną z wielu opcji. Zatem etykietka „romansu” odpada.
Zatem o czym jest „Kocham Nowy Jork” (bo wierzcie mi, na pewno nie o Nowym Jorku i różnicach kulturowych)? O pracy w wielkiej korporacji, która wielu potrafi zmielić i wypluć po drodze, a nagradzać - tylko nielicznych. Catherine coraz częściej zaczyna dostrzegać kobiety podobne do siebie – zdeterminowane, ubrane w garsonki, uzbrojone w fachowość, mamione równymi szansami awansu, który jakoś lubi je omijać. Zresztą nie tylko je, bo „Kocham...” nie pokazuje rzeczywistości w czarno-biały sposób. Isabelle Laflèche wykonywała ten sam zawód, co jej bohaterka. Dlatego potrafi wiarygodnie przedstawić miejsce pracy, gdzie kompetencje są równie ważne, co dobre układy z szefem, na porządku dziennym jest robienie dobrej miny do złej gry, zawiść chowa się pod płaszczykiem profesjonalizmu, a słowo „kochaniutka” może pojawić się na ustach ważnego klienta. Laflèche przystępnie wyjaśnia, czym tak właściwe się zajmuje Catherine, jaki jest zakres jest obowiązków i na czym polegają poszczególne procedury. Żeby nie było zbyt poważnie, wprowadza do akcji biurowe intrygi, nieobliczalnych przełożonych, oryginalnego asystenta Catherine i zołzowate sekretarki. To tylko niektóre z barwniejszych postaci pojawiających się w powieści.
Historia opisana w „Kocham Nowy Jork” jest życiowa i jednocześnie bardziej nieprzewidywalna. Wydaje mi się inteligentniejszym odpowiednikiem takich amerykańskich hitów, jak powieści Weisenberger czy Bushnell. Może tamte są ciut zabawniejsze, ale wydaje mi się, że więcej kobiet – tych, które lubią się spełniać zawodowo - utożsami się z Catherine, w jej dylematach znajdzie odbicie własnych, to samo będzie je oburzać w pracy i w facetach. A do tego nie potrzeba być bizneswoman czy pracować w korporacji.

środa, 31 lipca 2013

Jakub Szamałek, Morze Niegościnne




Jakub Szamałek, Morze Niegościnne, wyd. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA są, cena ok. 29 zł

Po lekturze „Morza Niegościnnego” zaczęłam żałować, że nie przeczytałam debiutu Jakuba Szamałka, książki pod tytułem „Kiedy Atena odwraca wzrok”. To za nią Szamałek otrzymał w zeszłym roku nagrodę Wielkiego Kalibru czytelników na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. A jeśli choć trochę przypomina ona „Morze Niegościnne” - to tak, obydwie są zdecydowanie warte przeczytania. I to nie tylko ze względu na wartką akcję.
Lubię książki, które mnie zaskakują, są czymś więcej niż tylko fantastyką, tylko romansem lub – jak to jest w przypadku „Morza Niegościnnego” - kryminałem. Podoba mi się, gdy autor zadaje sobie trud, by urozmaicić fabułę, wyjść poza ramy gatunkowe. Gdy nęci czytelnika czymś więcej niż ciekawą intrygą i scenami trzymającymi w napięciu. Zresztą pisarstwo Jakuba Szamałka nie kojarzy się z trudem – jego sposób pisania jest płynny i niewymuszony, ciąg wydarzeń logiczny, a konstrukcja powieści harmonijna. Może pomysł na to, by umieścić akcję powieści detektywistycznej w starożytności nie jest nowy (Gordianus, postać stworzona przez Stevena Saylora, jest detektywem w ostatnich latach republiki rzymskiej), ale nie można zarzucić autorowi powielania czyichś pomysłów. Poza tym Szamałek pisze umiejętnie, tak, że wierzę w każde jego słowo, a przy pomocy wyobraźni „widzę” opisywane przez niego wydarzenia. Wydawca zachwala jego książkę jako mocną i męską. Ale jest to tylko część prawdy, biorąc choćby pod uwagę, z jaką znajomością kobiecej psychiki autor przedstawia związek matki z kilkuletnim dzieckiem.
Ja, ku swojemu (kolejnemu!) zdziwieniu, odkryłam w „Morzu Niegościnnym” świetne tło obyczajowe, które pozwoliło mi wyrobić sobie pogląd, jak wyglądało zwyczajne życie starożytnych Greków, zarówno mężczyzn, jak kobiet (włącznie z przebiegiem porodu!). Niebagatelną rolę odegrał tu fakt, że ta powieść nie ma jednego bohatera, a dwóch – Lamię i jej męża Leocharesa. Co prawda to Leochares ma odpowiednie talenty, znajomości i na tyle interesującą przeszłość (które okażą się jego przekleństwem), by zostać zaangażowanym w poszukiwanie sprawcy morderstwa pewnego posła. Ale i Lamia znacząco przyczynia się do odkrycia prawdy. Jest nawet bezpośrednią uczestniczką pewnych wydarzeń, niejako wbrew ówczesnemu porządkowi społecznemu, który wymagał od kobiet pilnowania ogniska domowego, rodzenia dzieci i nie wychodzenia (dosłownie) z domu. Perełką „Morza Niegościnnego” jest pokazanie wzajemnych relacji małżeństwa, które ma za sobą kilka lat wspólnego pożycia, dość szczęśliwego, chociaż nie na harlequinową modłę. Szczęście to nie wyklucza pewnych oczekiwań, czasem pretensji, a nawet pociągu do innych osób. Związek Lamii i Leocharesa prezentuje się na tyle wiarygodnie, że – tak jak w życiu – nie wiadomo, czy przetrwa kolejne zawirowanie, czy to, co go dotąd scalało, nadal będzie pełnić taką rolę. Ten akurat wątek pozostaje otwarty i jestem bardzo ciekawa, jak potoczą się dalsze losy Lamii i Leocharesa, jeśli Jakub Szamałek zdecyduje się na trzecią część cyklu.
Jeszcze inną niespodzianką jest miejsce akcji – czarnomorskie wybrzeże współczesnej Ukrainy. Wiedziałam, że Grecy kolonizowali ziemie znaczne odległe od ojczyzny (stąd zresztą współczesne turecko-greckie animozje), ale byłam zdziwiona, że zawędrowali aż tak daleko na wschód. Dzięki pochodzącemu z Aten Leocharesowi możemy przekonać się, jak wyglądała prowincja w czasach, gdy toczyły się wojny peloponeskie. Szamałek świetnie oddał ducha greckich miast i osad, którym daleko było do ateńskiej świetności, ale których władcy posiadali nie mniejszy apetyt na władzę i talent do intryg, niż politycy w największych greckich państwach-miastach. Tylko, że w swoich rachubach nie uwzględniali rdzennej ludności... Dla nas, czytelników, to akurat szczęśliwa okoliczność.
A zatem – czytajcie Szamałka i dajcie się zaskakiwać!

wtorek, 23 lipca 2013

Majgull Axelsson, Pępowina



Majgull Axelsson, Pępowina, tłum. Katarzyna Tubylewicz, Seria z miotłą, wyd. W.A.B., cena ok. 40 zł

Bywają książki, po których brakuje mi słów. Po których muszę wziąć głębszy oddech, odczekać, nawet kilka miesięcy, zanim ich treść na dobre przefiltruje się przez moje myśli, przestanie aż tak mocno wpływać na uczucia. Powieści Majgull Axelsson zawsze wywołują we mnie taki emocjonalny wstrząs, wymagają nabrania dystansu. Szwedzka pisarka jest mistrzynią w oddawaniu psychologicznej głębi najskrytszych zakamarków kobiecej duszy. W ujawnianiu wstydliwych sekretów, które stają się kajdanami. W pokazywaniu banalnych zdawałoby się szczegółów, które bezlitośnie zaważają na życiu jej bohaterek. Nie inaczej jest w „Pępowinie”, która opowiada o niełatwych relacjach między dziećmi a rodzicami, zwłaszcza matkami.
Pępowina” jest wielowątkową historią, z kilkoma bohaterkami, wśród których najważniejsze miejsce zajmuje Minna, właścicielka gospody. Pozostałe to dziennikarka Ritva, aktorka Marguerit oraz Anette, pracująca w gospodzie. Ta wielość narratorów, mnogość wątków i postaci wydaje się rozrywać tę historię na poszczególne cząstki, które pozornie niewiele mają z sobą nic wspólnego. Jednak nic i nikt nie jest przypadkowy, chociaż są w tej powieści fragmenty, które moim zdaniem zostały niepotrzebnie rozbudowane. To sceny, w których Minna, ranna i nieprzytomna, rozmawia z Miedzianym Aniołem. Fragmenty te są nudne i raczej niczego nie wnoszą do fabuły. Pewności nie mam, bo po pewnym czasie zaczęłam omijać je w tekście.
Wyjątkowo Axelsson oddaje głos jednemu mężczyźnie – emerytowanemu strażakowi Tyrone'owi. Jest on w tej powieści jedną z nielicznych pozytywnych postaci płci męskiej, chociaż także i on ma problemy w kontaktach z dorosłą już córką. Pozostali mężczyźni w „Pępowinie” nie sprawdzają się. Nie uczestniczą w życiu swoich rodzin, są obojętni, egoistyczni, zajęci własnymi sprawami, bez względu na to, czy jest to picie czy zawodowa kariera. Dzieci są dla nich co najwyżej godnymi lub niegodnymi następcami, dziedzicami rodu. Albo ucieleśnieniem niespełnionych ambicji. Przeszkodą lub konkurencją. W tym ostatnim przypadku nie ma różnicy między eleganckim, odnoszącym finansowe sukcesy mężem Marguerite a zapijaczonym Sonnym, którym opiekuje się Anette. Bierność mężczyzn przynosi tak samo zatrute owoce, jak duma, zazdrość i zajadłość niektórych kobiet. One również nie potrafią kochać swoich dzieci. Albo dzieci swoich dzieci. Czy to możliwe, że los Minny potoczyłby się inaczej, gdyby nie jej babka? Lektura „Pępowiny” nie jest łatwa i przyjemna, chociaż ta historia nie do końca jest pesymistyczna. Każdy przypadek, który opisuje jest inny, inna jest jego geneza, inne okoliczności zewnętrzne, które mają wpływ na taki, a nie inny przebieg zdarzeń. Axelsson łączy je w jedną powieściową całość, bez dawania jednoznacznych odpowiedzi i gotowych recept, które zazwyczaj dodają czytelnikom otuchy.
Axelsson pisze o rodzicielstwie jako o czymś raczej trudnym i bolesnym niż radosnym. To rodzaj egzaminu, w którym punkty za miłość i oddanie mogą nie wystarczyć. „Pępowina” może budzić wiele niełatwych emocji, bo pokazuje jak bardzo krucha i delikatna jest więź między nami a naszymi dziećmi, jak bardzo trzeba ją pielęgnować, umiejętnie balansować pomiędzy zdrowym dystansem a potrzebą bliskości. I jak to boli, gdy mimo starań ponosimy klęskę. Nijak ma się to kolorowych obrazków z reklam, w których macierzyństwo i ojcostwo przedstawione jest jako coś niewymagającego wysiłku. „Pępowina” odważnie odrzuca cukierkową, wykreowaną przez marketingowców rzeczywistość, w której najważniejszym problemem jest plama na koszulce lub ból głowy. To podstawowa zaleta pisarstwa Majgull Axelsson.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Alicia Giménez-Bartlett, Puste gniazdo




Alicia Giménez-Bartlett, Puste gniazdo, tłum. Maria Raczkiewicz-Śledziewska, wyd. Oficyna Literacka Noir sur Blanc, cena ok. 35 zł

Puste gniazdo” to na pozór kryminał. Nie brakuje w nim trupów, ludzkiej tragedii i najgorszego upodlenia. Ponadto najważniejszymi bohaterami tej powieści są policjanci, a inspektor Petra Delicado jest nawet jej narratorką. A mimo to nie potrafiłam odpędzić od siebie wrażenia, że „Puste gniazdo” to raczej powieść obyczajowa z elementami sensacji. Zwłaszcza, że nie kończy jej tradycyjne wskazanie winnych, ale... śluby i wesela! Prawda, że to niespotykane rozwiązanie? Może właśnie na tym polega pisarska strategia Alicii Giménez-Bartlett – ukazaniu policjantów nie jako funkcjonariuszy, ale osób, które myślą o swoim życiu, jedzą śniadania, spotykają się z byłymi partnerami, chodzą na przedstawienia dzieci i czasem chcą zapomnieć o prowadzonym śledztwie i o ponurych konsekwencjach braku postępu w dochodzeniu. To dlatego „Puste gniazdo” nie jest tylko i wyłącznie tubą, która ma głosić nieszczęścia dzieci, którym dorośli zabierają dzieciństwo i niewinność. Nie wskazuje cudownych rozwiązań, jak zmienić nędzną dolę emigrantów poszukujących w Hiszpanii lepszej szansy. Ale też nie pomniejsza ich, nie nazywa wszystkich z obcym akcentem i innym wyglądem - przestępcami. Nie ukrywa, że nie można pomóc wszystkim skrzywdzonym dzieciom. Nie dlatego, że one na to nie zasługują, ale dlatego, że dorośli, którzy powinni im tę pomoc zapewnić, są zbyt często bezradni albo traktują je równie instrumentalnie, jak rodzice sprzedający je pedofilom.
Te sprawy przygnębiają Petrę Delicado tym bardziej, że gdzieś na ulicy znajduje się samotna, rumuńska dziewczynka, która skradła jej służbowy pistolet w centrum handlowym. Petra wie, że ma niewiele czasu, by odnaleźć dziecko, zanim przytrafi się jakieś nieszczęście. A jednak oprócz typowych policyjnych akcji autorka daje nam zobaczyć, jaka jest Petra dla swoich współpracowników, jak sobie radzi z niepowodzeniami w śledztwie w godzinach po pracy oraz z osobami, które traktują ją jak jakiegoś bandziora (patrz: Pepita Loredano, dyrektorka placówki opiekuńczej dla dzieci) oraz z tak idealnymi, jak Marcos. Jak zręcznie unika rozwiązywania sercowych problemów swojej podwładnej Yolandy. Jak na przemian przerzuca się zgryźliwościami i przyjacielskimi radami z policjantem Ferminem Garzonem, które, jedne i drugie, doprowadzały mnie do śmiechu. Jak patrzy na swoje życie z dystansem i namysłem osoby doświadczonej, a finał tych rozważań okazuje się bardzo zaskakujący dla niej i dla jej przyjaciół.
Petra Delicado to typ bohaterki, która zyskuje przy bliższym poznaniu ze względu na cechy charakteru, nie zawodową sprawność. Być może przez to (oraz przez te wszystkie rozmowy i rozmyślania o miłości i związkach międzyludzkich) „Puste gniazdo” jest o wiele dłuższe niż przeciętny kryminał, a jego akcja miejscami nie tak dynamiczna. Ma za to szansę zapaść dłużej w pamięć, jeśli komuś odpowiada bardziej refleksyjny typ literatury. Z pełnokrwistą bohaterką o umyśle ostrym jak brzytwa. Może nie chroni on jej przed wszystkimi życiowymi niepowodzeniami, ale dla nas, czytelników, jest źródłem wielu językowych potyczek, słownych żartobliwych prztyczków w nos, których, im bliżej końca, tym więcej w tekście. One właśnie podobały mi się najbardziej!

środa, 26 czerwca 2013

Barbara Catchpole, Prosiak i zabójczy bąk



Barbara Catchpole, Prosiak i zabójczy bąk, tłum. Patryk Gołębiowski, wyd. Zielona Sowa

Jest takie przekonanie wśród bardzo mądrych rodziców, skądinąd słuszne, że literatura dziecięca powinna uczyć, budzić wrażliwość i rozwijać wyobraźnię. Jest tylko jedno ale... Literaturze stawia się zawsze wysokie wymagania, zapominając, że nie musi ona służyć jakimkolwiek celom, że może po prostu być rozrywką na wielu różnych poziomach, także dla młodszych czytelników. I tak, jak dorosły po pracy ma ochotę o wszystkim zapomnieć i przynajmniej dzięki książce przeżyć gorący romans w Toskanii lub odkrywać nowe planety pomiędzy dopychaniem kolanem drzwiczek od pralki a zmywaniem, tak dziecko zmęczone po szkole ma prawo czytać tylko po to, by się głośno śmiać. Bez czytania na głos na forum klasy, bez wyciągania wniosków, które przydadzą się do wypracowania, bez pisania streszczeń i rysowania ilustracji, które – a są to przecież zadania pożyteczne – potrafią zabić radość czytania.

Prosiaki” Barbary Catchpole to humor sytuacyjny, wpadki, które może zaliczyć w szkole każdy uczeń, najróżniejsze perypetie bohatera, z którym łatwo się utożsamić. Jego marzenia, lęki i pragnienie, by mieć jakiś sukces, którym jest nie najlepsze świadectwo, ale np. wbicie bramki podczas szkolnego meczu. Albo – jak w „Prosiaku i zabójczym bąku” - zachowanie spokoju podczas wystąpienia na apelu i podtrzymanie dobrego wrażenia na dziewczynie. Prosiak to inaczej Piotr Rosiak, który chodzi do podstawówki i szczerze opowiada o swoich przeżyciach. Książeczki o jego przygodach nie odstraszają objętością, są krótkie, konkretne, pozbawione nadmiaru opisów i zabawne. Świetnie nadają się do czytelniczego rozbujania dzieci, które unikają książek, jak diabeł święconej wody. Nawet jeśli trzeba będzie im przeczytać parę stron na zachętę. Dla tych, którzy już lubią czytać, seria o Prosiaku może być rozrywkowym przerywnikiem. U nas w domu skończyło się na tym, że do książeczki o bąku, dołączyły inne, kupione na stacji benzynowej za 8 zł każda - „Prosiak i czadowe majtki”, „Prosiak (nie) daje się czarnej śmierci” i „Prosiak zostaje bohaterem”. Zostały pochłonięte w mgnieniu oka, tym razem bez mojego udziału.

Do tytułu „Prosiak i wielki bąk” mam w zasadzie tylko jedną uwagę, a raczej wątpliwość, czy w języku uczniowskim funkcjonuje obecnie zwrot „będzie git”, jak próbuje nas o tym przekonać pan tłumacz. Ale ponieważ szkolna mowa jest niezwykle zmienna i dorosłemu trudno za nią nadążyć, nie czepiam się za bardzo. Choć zalecam czujność.

PS. Pragnę uspokoić innych rodziców, że „Prosiaki” nie spowodowały uszczerbku inteligencji u mojego dziecka, które potem samodzielnie przeczytało niemal cały cykl „Baśniobór”, który obfituje i w opisy, i wielość wątków, a także postaci ;). Poza tym wakacje idą. Pozwólmy dzieciom na czytelniczy luz!

wtorek, 25 czerwca 2013

Tadeusz Biedzki, Sen pod baobabem



Tadeusz Biedzki, Sen pod baobabem, wyd. Zysk i S-ka

Gładkie strony, a na nich zastygłe w bezruchu kobiety w kolorowych sukniach z materiałów we wzory niespotykane w Europie. Ich soczyste barwy przepięknie odcinają się od ich ciemnej, lśniącej skóry, nadają swoim właścicielkom wygląd kwiatów. Odciągają uwagę od pokrytej pyłem ziemi i wszędobylskich śmieci, zwłaszcza tych plastikowych. Żadne z nich nie trafią do koszy, bo tych po prostu nie ma. Pomyłka! Tadeusz Biedzki i jego żona Wanda, podróżując przez Afrykę Zachodnią, natrafili raz na kosz na śmieci. Paradoksalnie – pusty, stojący wśród odpadków. Nie znajdziemy go wśród cudnej urody zdjęć, które nie rzadko zajmują nawet dwie strony. Portrety dzieci, młodych dziewcząt, krajobrazy, sceny z targowisk, z drogi pokonywanej autobusem lub wózkiem ciągniętym przez osiołka – te fotografie pozwalają zobaczyć rzeczywistość opisaną w „Śnie pod baobabem”, łącznie z niespotykanym w naszej szerokości geograficznej odcieniem nieba, oraz biedę, pstrokatą i dla nas nie do ogarnięcia.

Dla Tadeusza Biedzkiego, przedsiębiorcy i podróżnika, nie była to pierwsza wyprawa po krajach unikanych przez turystów. Dlatego nie poświęca miejsca opisom przygotowań, gromadzenia funduszy i niezbędnych zapasów. Dzięki dziennikarskiemu doświadczeniu nie spisuje każdego swojego kroku. Starannie wybiera fakty z podróży i łączy je w interesującą narrację, której niezamierzonym wątkiem staje się zagrożenie ze strony jednego z przewodników. Autor tak samo chętnie pisze o stuletnim meczecie z gliny, największej tego typu budowli na świecie (i bezustannie remontowanej od dnia powstania), jak o spontanicznym włączaniu się Afrykanów w zabawy i tańce. Pisze o niewolnictwie, którym Afrykanie tłumaczą zacofanie swoich krajów. Potem wyjaśnia brak pokory Tuaregów wobec państwowych granic i paszportów. Rozpala wyobraźnię niegdysiejszymi bogactwami Timbuktu: złotem i... nieistniejącym już uniwersytetem, po którym pozostały tysiące kunsztownych rękopisów i ksiąg, sprzedawanych za bezcen przez miejscowych. Przeraża animistycznymi praktykami, które wymagają składania ofiar, także z ludzi. Na własną rękę sprawdza opowieści Dogonów o ich kosmicznych przodkach, którzy na mnie akurat największe wrażenie zrobili konstrukcją domów starszych. Są one tak niskie, by obradujący mogli w nich tylko siedzieć, żeby – gdy któregoś poniosą nerwy i spróbuje w złości skoczyć na równe nogi – otrzeźwił go kontakt z sufitem. Co ciekawe, to nie tylko dogoński patent na podejmowanie decyzji bez rozlewu krwi.

Jednak książka Biedzkiego to nie tylko skakanie od jednej ciekawostki do drugiej. To także kontakt z ludźmi, często serdeczny, obfitujący w inne oczekiwania obu stron, co wynika i z kultury, i z mentalności. Oraz sytuacji życiowej, która niewiele się zmieniła od czasu, gdy po Afryce jeździł Kapuściński. Za jego czasów nieosiągalnym dziecięcym marzeniem był ołówek, teraz – długopis, czasem mazak. Biedzki poświęca dużo miejsca sposobie myślenia Afrykanów, który wypycha ich z ogólnoświatowego nurtu cywilizacji i techniki. Nie patrzy przy tym na nich z góry, raczej z głębokim namysłem co do przyszłości kontynentu i jego mieszkańców. Dla których życiową szansą jest wyjazd członka rodziny do Europy, a dla ich dzieci – adopcja przez białych. Niestety.

Sen pod baobabem” to książka mądra i wnikliwa, zachwycająca szatą graficzną, a przede wszystkim – uczciwym pokazaniem codzienności tego tak naprawdę nieznanego kawałka świata. Zbyt mało ważnego, by pokazywać go w serwisach informacyjnych, zbyt biednego, by chcieć o nim myśleć, zapomnianego do czasu krwawego konfliktu, którego już nie można ignorować.

czwartek, 20 czerwca 2013

Jennifer A. Nielsen, Fałszywy książę



Jennifer A. Nielsen, Trylogia władzy. Fałszywy książę, tłum. Janusz Ochab, wyd. Egmont

Kiedy zbyt wiele czytam o tym, co złego ludzie potrafią zrobić innym ludziom, wytchnienie przynoszą mi książki obyczajowe lub przygodowe, których akcja rozgrywa się w nieistniejących naprawdę krainach, w bliżej nieokreślonym czasie. Mogę bezpiecznie angażować się w losy ich bohaterów, wiedząc, że od początku do końca są czystą fikcją. „Fałszywy książę” jak najbardziej spełnia te warunki, ale... Okazało się, że książka, którą wzięłam do ręki w celu oderwania się od rzeczywistości, reprezentuje bardziej wyrafinowaną formę rozrywki. Jej treść przeszła moje oczekiwanie, ujęła oryginalnością w przedstawieniu głównego bohatera, oraz trudem, jaki zadała sobie autorka, by nadać mu głębię i wielowymiarowość. To niepokorny Sage, kontrowersyjny w zachowaniu, pozornie niewzruszony, często bezczelny i... czuły na cudzą krzywdę. Czternastoletni sierota, o którego nikt się nie upomni i któremu przypadł udział w dworskim spisku bez pytania o zgodę. Ponieważ w tej rozgrywce stawką jest życie, Sage podobnie jak inni chłopcy, którzy mają udawać zaginionego przed laty księcia - obecnie jedynego możliwego następcę tronu – musi dowieść swojej użyteczności. Nie jest to łatwe dla chłopca, który przywykł chodzić własnymi ścieżkami.

Na pierwszy rzut oka „Fałszywy książę” wypada dosyć skromnie przy innych powieściach fantasy – nie ma w nim czarodziejów, magicznych istot, kontrowersyjnych łotrzyków o dobrym sercu i niezwykłym talencie. Ten skądinąd miły sztafaż nie jest „Fałszywemu księciu” w niczym potrzebny. Relacje, jakie zawiązują się między bohaterami, ich pełen dramatyzmu przebieg i psychologiczny autentyzm są o wiele bardziej zajmujące niż jakiekolwiek czary i barwne, fantastyczne dodatki. To nie bajka, w której wszystko dobrze się kończy i w której wychodzi się bez szwanku z każdej próby. Postępowanie bohaterów skrywa drugie, a nawet trzecie i czwarte dno. Domyślanie się ich motywów i kolejnych kroków to niemal bezustanne zajęcie dla umysłu, ponieważ Jennifer A. Nielsen lubi podpuszczać czytelników i bardzo dobrze jej to wychodzi. Unika przy tym sztuczności, jej narracja jest płynna, bez dłużyzn i słabszych miejsc.

Prócz intryg i zwrotów akcji „Fałszywy książę” oferuje cały wachlarz emocji, które targają Sage'em. Są wśród nich poczucie odrzucenia, tęsknota, miłość do rodziny pomieszana z niechęcią i urazą, a także ciężar serca związany z konsekwencjami pewnych nieuniknionych wyborów. To one potęgują naszą sympatię do tego niesfornego nastolatka o trudnej przeszłości i niepewnej przyszłości. Tak jak rozbudowana warstwa psychologiczna przekonuje nas, że mamy do czynienia z naprawdę nietuzinkową powieścią przygodową.

Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że „Fałszywy książę” to pierwsza część trylogii, więc na drugi tom trzeba będzie poczekać. Ale cieszę się, że poznam dalsze losy Sage'a, bo należy on do tych postaci literackich, z którymi trudno się rozstać. I których obdarza się sercem i uwagą należną żywym.

Made in Poland - zapowiedź



Dziś swoją premierę ma książka "Made in Poland".

Mariusz Szczygieł, Wojciech Tochman, Włodzimierz Nowak, Włodzimierz Kalicki, Katarzyna Surmiak-Domańska, Wojciech Jagielski, Leszek K. Talko i wielu innych mistrzów sztuki opowiadania bez fikcji wybrało swoje najciekawsze teksty, by zaprezentować je czytelnikom. Są wśród nich głośni “Chłopcy z motylkami” Jacka Hugo-Badera o wojnie, jaką reporter wytoczył bandytom na warszawskim blokowisku, „To nie mój pies, ale moje łóżko” Lidii Ostałowskiej i Pawła Smoleńskiego” o Agnieszce Osieckiej czy też “Książka wisiała, manikura trwała” Grzegorza Sroczyńskiego - opowieść o PRL-owskim relikcie: książkach skarg i zażaleń.

wtorek, 18 czerwca 2013

Yrsa Sigurđardóttir, Statek śmierci




Yrsa Sigurđardóttir, Statek śmierci, tłum. Małgorzata Bochwic-Ivanovska, wyd. Warszawskie Literackie Wydawnictwo MUZA są

W środku nocy do portu w Reykjaviku zawija luksusowy jacht „Lady K”. Nie odpowiada na żadne wezwania. Na jego pokładzie nie widać ani żywego ducha. W końcu uderza w nabrzeże. Kiedy rozpędzony statek udaje się w końcu zatrzymać, okazuje się, w środku nie ma nikogo. Cała załoga, w tym małżeństwo z dwójką dziećmi, przepada bez śladu. Po tak emocjonującym początku nie można się już od „Statku śmierci” oderwać. Bo Yrsa Sigurđardóttir wciąż podtrzymuje napięcie, umiejętnie buduje nastrój, a przede wszystkim – wie, jak wykorzystać naszą skłonność do szukania działania sił nadprzyrodzonych tam, gdzie dzieją się sprawy tajemnicze i zagadkowe. Sama też przykłada rękę do budzenia w nas takich, a nie innych skojarzeń: ciężkim zapachem perfum snującym się po korytarzach jachtu, dziwnymi światłami na jego pokładzie, gdy stoi zapieczętowany przez policję w porcie, wizją dziecięcych nóżek pod łóżkiem, wreszcie złą sławą statku, przy którego budowie i wodowaniu zginęło kilkoro ludzi, a on sam przechodził z rąk do rąk nowych właścicieli, nie przynosząc im szczęścia.

Autorka przeciwstawia to, co nadnaturalne trzeźwemu osądowi swojej głównej i jakże racjonalnej bohaterki, prawniczki Thory. Zostaje ona wynajęta przez krewnych zaginionej rodziny w celu zebrania dokumentacji potrzebnej do uzyskania wypłaty pieniędzy z ubezpieczenia na życie. Trudno więc jej działania uznać za typowe śledztwo, niemniej prawniczce udaje się dojść do ważnych dla policyjnego dochodzenia wniosków. Ma otwarty umysł, nie zakłada z góry istnienia pewnych faktów, na emocjonalność pozwala sobie w myślach, nie w działaniu, a i to raczej w sferze prywatnej niż zawodowej. Trudno o większy kontrast z niechlujną, egoistyczną Bellą, sekretarką z kancelarii, która po raz pierwszy w swojej karierze znacząco pomaga Thorze w obowiązkach służbowych.

My, czytelnicy, jesteśmy od początku w lepszej sytuacji niż bohaterowie książki. Układ rozdziałów pozwala nam na przemian śledzić działania Thory po tajemniczym zaginięciu załogi oraz wydarzenia rozgrywające się na statku jeszcze przed nim, z punktu widzenia Egira, jego żony Láry oraz ich córek-bliźniaczek, Arny i Bylgji. Jednak im więcej się dzieje, a nasza wiedza wzbogaca o kolejne fakty, tym zmniejsza się nasza pewność co do końcowego rozstrzygnięcia. Chociaż te dwie narracje uzupełniają się, Yrsa Sigurđardóttir pozostawia dość niewiadomych, by przykuwać naszą uwagę do każdej strony, każdego zdania. Absorbować ją aż do ostatniego rozdziału. I podsycać nadzieję na jakiś fortunny zbieg okoliczności, łut szczęścia, który przytrafi się chociażby dzieciom.

Treść „Statku śmierci” odnosi się do tradycji marynistycznych historii o statkach-widmach. Jest także pokłosiem kryzysu ekonomicznego w Islandii, który pojawia się w powieści jako istotne tło. Ale przede wszystkim staje się przyganą tej powszechnej cechy ludzkiej – chciwości. To perfekcyjnie napisany, przemyślany w każdym szczególe thriller, który zaspokoi najwybredniejszego miłośnika tego gatunku. Momentami wstrząśnie, uspokoi na chwilę, by znów wywołać burzę emocji. I tak do samego końca.

Mateusz Górnicki, Rzeczy na P - książka do pobrania

„Rzeczy Na P” – najbardziej kontrowersyjna powieść tego roku, która jest darmowa.

„Rzeczy Na P” to opowieść o bohaterze na miarę naszych czasów. Mieszka w Warszawie, ale jest przyjezdny. Odnosi sukcesy, ale jest sfrustrowany. Nie szuka miłości, bo w nią nie wierzy, ale znajduje dużo seksu.

Narratorem „Rzeczy Na P” jest bezimienny bohater.  Prowadzi swój wewnętrzny dialog faceta przed trzydziestką.  Rzeczywistość widziana jest przez pryzmat  jego ocen i doświadczeń. Jest to świat w którym kobiety wypierają mężczyzn z coraz to nowych dziedzin życia i nikt nie wie jak się w tym odnaleźć. Stres jest zabójczy, ale są jeszcze sposoby żeby spuścić ciśnienie.

Dziś gdy na książki stać coraz mniej osób, platformy ebookowe wciąż są mało popularne, a piractwo kwitnie, autor „Rzeczy Na P” zastosował nowatorski model uzyskania gratyfikacji za swoją powieść. Można ją pobrać za darmo w formacie Word i Pdf, albo czytać online pod adresem  www.rzeczynap.pl  

Jeśli ktoś uzna, że powieść mu się podobała,  może przelać drobną kwotę bezpośredni na konto autora. Tym sposobem autor unika wszelkich pośredników i nie daje powodu, aby  pobierać powieść nielegalnie. W ciągu kilku miesięcy będzie wiadomo czy ta formuła się powiedzie. Może okazać się ona małą rewolucją, która umożliwi setkom innych debiutantów podążenie analogiczną drogą.

„Rzeczy Na P” to debiutancka powieść Mateusz Górnickiego. Autor, rocznik 83, jest  absolwentem Stosunków Międzynarodowych Collegium Civitas. W 2011 roku zwyciężył w polskiej edycji programu „Dragons’ Den – Jak Zostać Milionerem”.
 
Autor informacji na temat książki: Mateusz Górnicki.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Jeanne Bourin, Sekrety kobiet złotnika




Jeanne Bourin, Sekrety kobiet złotnika, tłum. Anna Michalska, wyd. Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Trzynastowieczny Paryż uchwycony w „Sekretach kobiet złotnika” jest miejscem tętniącym życiem, przyciągającym do siebie kupców, studentów i trubadurów, na których pieśni czekał przychylny dwór. Z rozległymi ogrodami przy domach, w których hodowano własne kwiaty, zioła i warzywa. Z czystą Sekwaną, która oferowała zaciszne zatoczki i niewielkie piaszczyste plaże. Z działającymi łaźniami, w których zmywano powszechny w naszym przekonaniu średniowieczny brud. Ze szpitalami, w których otaczano najlepszą możliwą opieką chorych i ciężarne (oczywiście w zgodzie z ówczesną wiedzą medyczną). Z królem, do którego mogła się bezpośrednio udać na skargę zwykła mieszczka. Ku mojemu zdziwieniu był to też Paryż kobiet, które zajmowały się leczeniem chorych, układaniem poezji, projektowaniem wyrobów złotniczych, kopiowaniem ksiąg. Za to, że ten tak różnorodny i niekiedy zdumiewający obraz był prawdą, poręczyła Régine Pernoud, nieżyjąca już francuska mediewistka, autorka m.in. takich książek, jak „Kobieta w czasach wypraw krzyżowych”, „Kobieta w czasach katedr” czy „Inaczej o średniowieczu”. O tym, że nie był to świat idealny świadczy fabuła powieści, której najważniejszymi bohaterkami są kobiety, a jej podstawą - ich troski, sercowe rozterki, życiowe problemy.
Tytułowe kobiety złotnika pochodzą z zamożnej rodziny, ale nawet pozycja nie jest w stanie uchronić je przed wszystkimi zagrożeniami i pułapkami. Zwłaszcza, gdy niebezpieczeństwo czai się w nich samych, ich myślach i pragnieniach. Ciekawie jest obserwować, jak walczą z pokusami, z pragnieniami ciała niemożliwymi do urzeczywistnienia poza związkiem małżeńskim. Jak zmagają się z nimi nie ze względu na możliwość kary. Problem ten dotyka je, gdy są już dojrzałe, świadome swoich potrzeb jak Matylda, czy tak niedoświadczone jak córka Matyldy, Florina. Chociaż nie są to jedyne ciekawe kobiece postacie w tej powieści, losy matki i córki zostały zaakcentowane najmocniej, ich przebieg (zwłaszcza w przypadku Floriny) jest najdramatyczniejszy i najbardziej przyciąga uwagę. Czytając o ich perypetiach, zapominałam momentami o rzeczywistości. To, co im się przytrafiało, traktowałam tak, jakby dotykało osobiście mnie lub kogoś mi bliskiego. A przecież na początku nie spodziewałam się, że w ogóle wczuję się tego rodzaju historię. Nie przepadam za określeniem „literatura kobieca”, ale w tym wypadku nie sądzę, by „Sekrety kobiet złotnika” mogły tak samo poruszyć czytelnika-mężczyznę jak czytelniczkę.
Lektura „Sekretów...” pozwala nam podglądnąć, jak pewne sprawy rozstrzygano osiem stuleci temu. Zwłaszcza, że autorka postarała się o zachowanie wiarygodności w warstwie obyczajowej i sposobie myślenia ludzi żyjących w 13. wieku. Nie daje nam zapomnieć, że jej bohaterowie nie mieli możliwości wzięcia rozwodów i wiedzieli, że zdrada małżeńska skutkuje społecznym ostracyzmem. Religia w o wiele większym stopniu niż dziś służyła jako środek pomagający godzić się z losem, dawała impuls do zmian w życiu, a nawet, jeśli można tak powiedzieć, pełniła funkcje terapeutyczne. Tło obyczajowe i historyczne jest tym, co pięknie odróżnia tę powieść od typowych romansów. Dla mnie okazało się szczególnie interesujące, bo np. nigdy wcześniej nie słyszałam o wyborze królowej maja i związanych z tym zwyczajem frywolnych rozrywkach. Ani o szarym winie, które obecnie produkuje się w Maroku. Nie jestem osobą szczególnie religijną, dlatego tak szczere rozliczanie się ze sobą i kierowanie w moralnych dylematach wiarą bez hipokryzji i świętoszkowatości było dla mnie czymś naprawdę frapującym. Zwłaszcza, że Jeanne Bourin nie pisze o wydumanych problemach, tylko o sprawach, które dotykają kobiety z krwi i kości. Dlatego tak dobrze czytało mi się jej książkę.

PS. Premiera „Sekretów kobiet złotnika” jest przewidziana na 20 czerwca.

czwartek, 13 czerwca 2013

Maria Nurowska, Sergiusz, Czesław, Jadwiga




Maria Nurowska, Sergiusz, Czesław, Jadwiga, wyd. W.A.B.

Z Marią Nurowską zawsze mam ten kłopot, że nigdy nie wiem, czy jej kolejna książka mnie porwie czy zniechęci po kilku pierwszych stronach. Nie ma drugiego takiego autora, który budziłby we mnie tak skrajne uczucia – od podziwu wobec zręcznego pióra i interesującego pomysłu na fabułę po niesmak i wrażenie, że mam do czynienia z pospolitym grafomaństwem. Wśród powieści, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie są „Hiszpańskie oczy”, a dokładnie na drugim biegunie - „Panny i wdowy”, o których chcę zapomnieć, że w ogóle miałam je w ręku. Dlatego właśnie czytanie „Sergiusza, Czesława, Jadwigi” zaczęłam z mieszanymi uczuciami. Prostota stylu - tak charakterystyczna dla Nurowskiej – nie zmieniła mojego nastawienia. A nawet wzmogła czujność. Oczekiwanie na coś więcej jednak się opłaciło. I to z nawiązką!

Maria Nurowska po raz kolejny udowodniła, że potrafi wielką historię przekuć w pojedyncze doświadczanie losu. Że przeszłość to dla niej otwarta skarbnica tematów. Takich, jak związek pewnej kobiety z dwoma pisarzami. Jeden to Sergiusz Piasecki, autor „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”, nominowany do nagrody Nobla jeszcze przed wojną, a po niej skazany na niepamięć. Drugi – noblista, poeta, którego nazwisko doczekało się uznania jeszcze za jego życia, Czesław Miłosz. Ona to Jadwiga, panna z dobrego domu, wykształcona, inteligentna, świadomie skazująca się na ciężką, fizyczną pracę w ramach pokuty.

Narratorkę powieści, Annę, poznajemy jako młodą dziewczynę, która przez przypadek spotyka przebywającego na emigracji Piaseckiego. Nieprzejednanego i skłóconego ze wszystkimi pisarza z przeszłością, na której cieniem kładzie się bandytyzm i pobyt w więzieniu. Jego sytuacji nie poprawiła praca dla wywiadu i kierowanie wileńską komórką AK odpowiedzialną za wykonywanie wyroków śmierci. Ani nawet nominacja do nagrody Nobla, którą być może by otrzymał, gdyby nie wybuch wojny. Za sprawą Piaseckiego Anna rozpoczyna literackie śledztwo w celu rozwikłania niejasności wokół uczuciowego trójkąta, jaki stworzyli Jadwiga, Narcyz i Sergiusz. Początkowo kieruje nią pragnienie ustalenia, która wersja historii Jadwigi jest prawdziwa i czy postać Narcyza jest tożsama z osobą Czesława Miłosza. Stopniowo ważniejsze staje się dla niej zrozumienie motywów postępowania Miłosza, którego rezultaty – według bohaterki książki - okazały się fatalne dla jego życia osobistego.
 
Tak oto banalna historia porzucenia stała się punktem wyjścia do skonfrontowania dwóch postaw, dwóch charakterów i wreszcie - dwóch prawdziwych talentów literackich. Przy tym Nurowska wybrała trudniejszą drogę przedstawienia obu postaci. Jej główna bohaterka i narratorka zarazem jest naukowcem, literaturoznawczynią, dla której bezpośrednie rozmowy z zainteresowanymi są tylko uzupełnieniem wiedzy czerpanej wprost z prozy, poezji, listów, wspomnień, także autorstwa innych osób niż pisarze, z którymi zetknął ją los. Mnogość cytowanych tekstów świadczą o mrówczej pracy i dociekliwości. Pisarska wyobraźnia, która ma uzupełniać luki w przebiegu prawdziwych wydarzeń, gładko stapia się z faktami pozyskanymi z dokumentów. Czasami trudno się zorientować, gdzie przebiega granica. Co więcej, „Sergiusz, Czesław, Jadwiga” nie jest książką stawiającą na piedestał. Jej nadrzędnym tematem jest tak niechętnie dostrzegany rozdźwięk między twórczością a życiem prywatnym. Co okazuje się szokujące zwłaszcza w przypadku osoby Miłosza, którego jako noblistę przywykliśmy traktować jako wzór. Podczas gdy fakt odebrania Nobla nie zmienia natury uhonorowanego nią człowieka. „To nagroda literacka, nie wymaga świadectwa moralności!” - tak o przyznanej Miłoszowi nagrodzie Nobla mówi do Anny jej szefowa na Uniwersytecie Warszawskim.

Marii Nurowskiej wyszła świetna powieść, która pewnie wywoła niejedną burzę w szklance wody i okrzyki oburzenia. I bardzo dobrze!

wtorek, 11 czerwca 2013

Jean-Claude Carrière, Krąg łgarzy



Jean-Claude Carrière, Krąg łgarzy. Powiastki filozoficzne z całego świata, t. 1, tłum. Wiktor Dłuski, wyd. Drzewo Babel

Krąg łgarzy” to zbiór powiastek z całego świata - filozoficznych, próbujących wytłumaczyć świat, wychwalających mądrość i przenikliwość. Czasem śmiesznych, nawet frywolnych, a czasem refleksyjnych, a jeszcze niekiedy powstających z potrzeby snucia historii dla niej samej. Autor czerpie tak samo chętnie z podań afrykańskich, chińskich, indyjskich, ze świata arabskiego, jak z Ameryki Łacińskiej, z Dalekiej Północy i z Europy – tej współczesnej i tej średniowiecznej. Nie zastanawiałam się na przyporządkowaniem tych historyjek do poszczególnych rozdziałów. Czytałam je bez bez narzuconego z góry porządku i myślę, że sam autor nie miałby nic przeciwko temu. Zaletą tego zbioru jest jego nieskończoność, mimo zaznaczenia na okładce, że mamy do czynienia z tomem pierwszym. Z potrzeby chwili możemy przeczytać po raz kolejny tę samą opowiastkę o pochodzeniu dnia i nocy (odmienianej przez wszystkie ludy świata!) lub o tym, kiedy zaczyna się prawdziwe życie i... w danym momencie zrozumieć ją inaczej, zrozumieć w końcu albo ponownie - wcale. Albo jeszcze – zaśmiać się głośniej niż wcześniej. Tym, co łączy te anegdoty, jest konkret, odniesienie do tego, co znane i widziane, i umieszczenie pośrodku wszystkiego człowieka jako świadka lub sprawcy. Bo nawet afrykańskie lelki nie piją wody z rzek, tylko zaspakajają pragnienie rosą za sprawą ludzi, których ostrzegły przed kajmanami.

Powiastki zgromadzone w „Kręgu łgarzy” są przewrotne, zaskakujące. Jedne bardziej lubiane od drugich (i to nie zawsze z konkretnej przyczyny), wędrują z ust do ust moich domowników, wzbogacają spotkania z przyjaciółmi. Odkładane na półkę i ponownie wyciągane. Są próbą przeniknięcia tajemnic przyrody, powolnym rozgryzaniem sekretu przemijania i sztuki dobrego życia. A wśród nich jest ta moja ulubiona o mistrzu zen, którego spokój i opanowanie postanowili wypróbować onieśmieleni jego postawą uczniowie. Przebrani za potwory nastraszyli mistrza niosącego filiżankę herbaty przez ciemny korytarz. Te bez drżenia doszedł do końca korytarza, odstawił filiżankę w bezpieczne miejsce i dopiero wtedy zaczął krzyczeć. Morał (według mnie) – boimy się wszyscy, ale mistrzostwo polega na wybieraniu chwil, kiedy możemy sobie pozwolić na okazanie strachu. Przytaczam tę historię bez zaglądania do książki. Jej zasadniczy trzon pozostał bez zmian, ale opowiedziałam ją po swojemu, swoimi słowami, skróciłam ją, bo tak było mi wygodniej. To także nie wywołałby protestów autora, gdyż opowiastki z „Kręgu łgarzy” są czymś żywym, co możemy wciąż stwarzać na nowo, równie starym jak ludzkość i należą do każdego z nas. Dlatego jak najbardziej - polecam!

czwartek, 6 czerwca 2013

Shelley Emling, Maria Skłodowska-Curie i jej córki




Shelley Emling, Maria Skłodowska-Curie i jej córki. Opowieść o najsłynniejszej w dziejach rodzinie naukowców, tłum. Wojciech Górnaś, wyd. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA

Książkę Shelley Emling nie czyta się, lecz połyka. Niemal trzysta stron ujętych w solidne okładki - naszpikowanych informacjami, faktami, datami, urywkami listów - przelatuje przed oczami czytelnika w błyskawicznym tempie. Na pewno ma na to wpływ wyczuwalny w tekście entuzjazm i ogromny podziw autorki wobec osoby Marii Skłodowskiej-Curie, jej naukowych dokonań i wpływu, który ta skromna kobieta miała nie tylko na swoich bliskich, ale i na całokształt znanego nam świata. Szczerze mówiąc, dopiero ta książka uświadomiła mi, jak wielki był ten wpływ. Jak jedno odkrycie, którego skutków – tych pozytywnych i negatywnych - Skłodowska nie mogła przewidzieć, pociągało za sobą kolejne i zmieniało ludzkie rozumienie praw rządzących przyrodą. Doprowadziło do powstania bomby atomowej, ale też pomogło wielu chorym na raka i rannym w wyniku działań wojennych. Przyczyniło się do pozyskania nowego źródła energii elektrycznej. Nie bez powodu to Francja, przybrana ojczyzna Skłodowskiej-Curie, jest drugim na świecie producentem energii jądrowej.
Autorka celowo pomija szeroko opisywane w innych biografiach lata jej dzieciństwa i młodości, a skupia się na drugiej połowie życia uczonej. Pasjonująco przedstawia jej pracę i pasję w połączeniu z życiem rodzinnym i osobistym. Nie pomija rozterek, chwil zniechęcenia, zwłaszcza po prasowej nagonce, jaka nastąpiła po ujawnieniu jej prywatnej korespondencji z Paulem Langevinem. Pisze o lęku przed publicznymi wystąpieniami, z którym musiała walczyć w entuzjastycznie przyjmującej ją Ameryce (Emling porównuje euforię Amerykanów wobec osoby Marii Skłodowskiej-Curie i Alberta Einsteina do tej, z którą w latach 60. witano Beatlesów). O osobach, które ją wspierały i bezinteresownie pomagały, zwłaszcza dziennikarka Missy Meloney. I oczywiście córki. Te, których mama więcej czasu spędzała w laboratorium niż przy nich, okazały się jej największym oparciem.
Shelley Emling jednak nie poprzestaje tylko na osobach Ireny Joliot-Curie i Ewy Curie, pisze również o ich mężach i dzieciach. A swoją wiedzę o losach dalszych członkach rodziny opiera na wspomnieniach i wiedzy Hélène Langevine-Joliot, wnuczki Marii, z którą spotkała się osobiście. Dzięki temu możemy sobie wyrobić pogląd na rodzinę, w której równouprawnienie na polu zawodowym było faktem dokonanym na długo, nim Francuzki otrzymały prawa wyborcze (w 1944 roku!). O stosowanym przez nią modelu wychowawczym, który zakładał, że ważne są nie wyniki w szkole, ale rozwój umysłowy i fizyczny (Maria i Irena wysyłały w listach do dzieci zadania matematyczne, zachęcały do uprawiania sportu). Dzieci nie zmuszano do pójścia w ślady rodziców, tylko zachęcano do podjęcia zajęcia zgodnego z zainteresowaniami i poważnego traktowania pracy. A i tak potomkowie Marii i Piotra Curie to w większości naukowcy zajmujący się naukami ścisłymi.
Wyjątkowość książki Shelley Emling polega na wszechstronnym ujęciu sylwetki Marii Skłodowskiej-Curie i jej rodziny. Bez wywlekania brudów, ale też bez ukrywania pewnych postaw czy sympatii, które współczesnych mogą wprawiać w zakłopotanie (jak komunistyczne ciągoty Ireny i Frédérica Joliot-Curie oraz ich zachęty pod adresem Chińczyków do zbudowania własnej bomby wodorowej i atomowej). Były one znakiem tamtych czasów i skutkiem inaczej rozumianych okoliczności, które na szczęście nie przyniosły złych owoców. Mimo nich rodzina Curie pięknie zapisała się na kartach historii. I robi to nadal.

wtorek, 4 czerwca 2013

Åsa Larsson, W ofierze Molochowi




Åsa Larsson, W ofierze Molochowi, tłum. Beata Walczak-Larsson, wyd. Wydawnictwo Literackie

W powieściach Åsy Larsson nikt nie jest samotną wyspą. Za każdą osobą, o której pisze, stoją inni ludzie, sąsiedzi, przyjaciele, wreszcie najbliżsi krewni i krewne. Z niektórymi wiążą się najpiękniejsze przeżycia i wspomnienia, podczas gdy stosunki z innymi naznaczone są cierpieniem i zawiedzionymi nadziejami. Zawsze, kiedy czytam jej kolejną najnowszą powieść, uświadamiam sobie, jak bardzo mocno przemawiają do mnie te wątki obyczajowe i psychologiczne. Że to dla nich, nie dla dreszczyku emocji, tak chętnie sięgam po pozycje z jej nazwiskiem na okładce. Nie znaczy to, że warstwa sensacyjna nie jest warta uwagi. Wprost przeciwnie! Åsa Larsson intrygę kryminalną prowadzi bardzo zgrabnie, bez powielania pomysłów, chociaż zdarza jej się zazwyczaj jakieś drobne potknięcie. Ta niewielka skaza dodaje tylko jej historiom swoistego uroku i tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Skutecznie przesłania ją surowy klimat dalekiej północy - nieodłączne tło każdej powieści Åsy Larsson. To on i nieujarzmiona przyroda nauczyły tamtejszych ludzi małomówności, podejmowania się ciężkiej pracy i polegania na sobie nawzajem. Obecnie wsie w lapońskiej części Szwecji powoli się wyludniają, bo ich mieszkańcy wolą cywilizacyjne wygody dużych miast. Ale był czas gdy Kiruna i okolice były szwedzką ziemią obiecaną. Bogactwo złóż rudy żelaza odmieniło los wielu ludzi, którzy tu na północy szukali pracy i szczęścia. „W Ofierze molochowi” autorka przybliża nam ten okres, prowadząc akcję jednocześnie w dwóch wymiarach czasowych. Bo to w przeszłości kryje się klucz do zrozumienia, dlaczego członków pewnej rodziny w każdym pokoleniu prześladują śmiertelne wypadki. To ich nadmiar, a nie natura, wzbudza czujność prokuratorki Rebeki Martinsson, postaci, która nieodmiennie przewija się przez wszystkie książki Larsson i której osobiste przeżycia stanowią ważny składnik powieściowej fabuły. Nowością tej części cyklu jest uchwycenie charakteru tej specyficznej więzi, jaka zawiązuje się między człowiekiem a psem. Czworonogi pojawiały się już w poprzednich powieściach Larsson, lecz teraz stają się bohaterami niemal równymi ludziom. To, co dzieje się z nimi, budzi tę samą, pełną troski czułość i ciekawość. Dlatego „W ofierze Molochowi” to dla mnie kolejny dowód na niezwykłość pisarstwa Åsy Larsson, która - chociaż wybrała kryminał, gatunek, któremu w zupełności wystarcza pomysł i zręczne pióro - potrafi wyjść poza jego ramy, oddając słowem pisanym wszystkie subtelności i odcienie naszej ziemskiej egzystencji. Naszego bycia tu i teraz, pośród innych, podobnych nam istot, zdolnych do największej miłości i poświęcenia, ale też i do bestialskiego okrucieństwa.

"W ofierze Molochowi" została uznana przez Szwedzką Akademię Kryminału za najlepszą szwedzką powieść kryminalną 2012 roku.

poniedziałek, 27 maja 2013

Wisława Szymborska, Błysk rewolwru




Wisława Szymborska, Błysk rewolwru, Biblioteka Gazety Wyborczej, wyd. Agora SA

Doskonale pamiętam ten rok studiów, gdy podczas wykładu oznajmiono nam, że Wisławie Szymborskiej przyznano nagrodę Nobla. Na część koleżanek z kierunku (filologia polska!) wiadomość ta wpłynęła w zadziwiający sposób. Zaczęły dostojnie przemierzać uniwersyteckie korytarze z obowiązkowym tomikiem poezji Szymborskiej pod pachą, by wymieniać się nabożnym szeptem uwagami o „drogiej Wisełce”. W dobrej wierze postawiły poetkę na piedestał, gdzie miał się kurzyć w czci przez następne wieki. Jakby przyjęły „Błysk rewolwru”? Ten zupełnie niepoważny zbiór przeróżnych rodzajów twórczości, ujmujących w nawias dzieciństwo, ostatnie chwile i to, co pomiędzy - całe życie poetki. Rysunki jej autorstwa, listy, pierwsze literackie próby, limeryki, epitafia, a nawet wymyślone przez nią adoralia, rajzefiberki, lepieje i metzyje. Które nigdy wcześniej nie doczekały się wydania. Niemal wszystkie podszyte poczuciem humoru i błyskotliwością, a pisane z szelmowskim błyskiem w oku. Każda strona „Błysku rewolwru” to jakaś nowa niespodzianka, nie tylko literacka. To także zdjęcia, szkice, wyklejanki, obok druku ręczne pismo, możliwość zobaczenia rękopisów w oryginale. Plus dodatkowe informacje na marginesach, które wyjaśniają, tłumaczą, umiejscawiają w czasie. Dlatego także od strony graficznej ta książka to prawdziwe cudeńko. Pierwsze dni spędziłam na przeglądaniu jej i odkrywaniu coraz to nowych szczegółów, na podczytywaniu i wynikających z tego podśmiechujkach i podśmiewajkach. Zdumiona i oczarowana frywolnością i brakiem jakiejkolwiek ideologii zamieszczonych w niej tekstów. Zdążyłam już nawet puścić w świat - jako kapitalną historyjkę - treść listu o romansie z towarzyszem Mao. Na tyle, na ile jest to możliwe bez znajomości chińskich ideogramów.
Po „Błysku rewolwru” Wisława Szymborska na zawsze pozostanie w mojej świadomości jako poetka, która przyjęła Nobla, a odrzuciła nobliwość. Na szczęście!