sobota, 22 października 2011

Miłość od grobowej deski


Shan Sa, Naga cytra, wyd. Muza

Naga cytra” ma delikatność jedwabiu i porcelany, siłę i giętkość bambusa oraz wdzięk motyli fruwających nad rzeką Jangcy. To dwie równolegle poprowadzone historie osób, które rozdziela prawie dwieście lat, a łączy miłość do muzyki i do gry na cytrze. To opowieść o marzeniu o bliskości, która dla Niej urzeczywistnia się po śmierci, a dla Niego staje się snem na jawie.

Pisarstwo urodzonej w Pekinie Shan Sa jest pełne zarówno wyrafinowania, jak i konkretu. Cechuje je dogłębna znajomość rodzimej chińskiej kultury, tradycji i historii oraz harmonia w łączeniu jej z losami fikcyjnych bohaterów. Autorka przytacza całe tło obyczajowe - od sposobów bycia chińskich arystokratów, ich intelektualnych zabaw po dworski ceremoniał, opowieści o duchach, dawnych królach, dzikich północnych plemionach oraz legendy. Odmalowuje niepowtarzalne krajobrazy chińskich miast i dzikszych okolic w pobliżu rzeki Jangcy. Opowiada jak zmienne, często krwawe dzieje kolejnych władców wpływały na życie ludzi - tych wysoko urodzonych, jak zwykłych kupców czy wieśniaków. Wplata tę wiedzę mimochodem, nie przesłania nią swoich bohaterów i ich życiowych wyborów, co - biorąc pod uwagę dość typową grubość książki - jest naprawdę imponujące. Tak jak imponujący jest całościowy obraz chińskiej cywilizacji i jej osiągnięć mimo destrukcyjności ludzkiej natury, żądzy władzy i pociągu do przemocy.

Sposób pisania Shan Sa jest dostosowany do tempa przedstawianych wydarzeń. I tak, gdy akcja ulega przyspieszeniu, opis przestaje być dosłowny, a autorka operuje krótkimi zdaniami, które pozostawiają większe pole dla wyobraźni. Spokojniejsze fragmenty są pełne szczegółów – dźwięków, a nawet kolorów, tego, co zazwyczaj umyka nam w pośpiechu.

Żeby uzmysłowić zachodniemu czytelnikowi okres, kiedy rozgrywa się akcja jej powieści, Shan Sa we wstępie przytacza daty znane nam ze szkoły – najazdy barbarzyńskich plemion na starożytny Rzym i jego ostateczny upadek. Cesarstwo chińskie w tym samym czasie dotykają podobne problemy: kraj ulega rozpadowi, tworzą się nowe królestwa, cesarstwa, dynastie przemijają jedna za drugą. Te wydarzenia mają duże znaczenie dla najważniejszych postaci „Nagiej cytry”, szczególnie dla kobiety bez imienia, zwanej najpierw Młodą Matką, potem Matką. Oderwana od rodziny, z mężem związana obowiązkiem i brakiem innych perspektyw, pocieszenie znajduje w malowaniu obrazów, wychowywaniu dzieci, grze na cytrze i we wspomnieniach. Władza i bogactwo, które staną się jej udziałem, nigdy nie przyniosą jej wolności od życia, którego nie wybrała. Shen Feng to młody lutnik i sierota. Biedak trawiony tęsknotą i samotnością. Wyrabiający cytry ze starych desek grobowych. Dlaczego akurat z nich, o okradaniu grobowców chińskich dostojników i ich zabezpieczeniach – to wszystko można wyczytać w powieści. I nie tylko to. Nie będę zatem zdradzać tego, co można odkrywać z przyjemnością podczas lektury.

Ta historia urzeka. Pozwala na poznanie bohaterów „od środka”, przez co są nam bliscy, a ich doznania stają się i naszymi. Egzotyka scenerii i kultury, w jakiej są osadzeni, wzbogaca tę opowieść i dodaje jej głębi. Nie daje o sobie zapomnieć...

Za książkę dziękuję wydawnictwu MUZA.

Rozstrzygnięcie konkursu

Dziękuję za wszystkie zgłoszenia - i te przesłane w mailach, i te zamieszczone w komentarzach.

Wszystkie odpowiedzi były poprawne.

Książki Fabryki Słów trafią do Magdaleny. Gratuluję!

Kolejny konkurs w listopadzie!

wtorek, 18 października 2011

Konkurs z Fabryką Słów

Podaj tytuł legendarnego zbioru opowiadań Andrzeja Pilipiuka, który w księgarniach pojawi się 21 października w piątek. Odpowiedzi szukaj na www.fabrykaslow.com.pl.

Warunki uczestnictwa:
- jeśli jeszcze nie jesteś obserwatorem witryny, przyłącz się do niej (w prawym górnym rogu)
- zamieść odpowiedź w komentarzach
- jeśli jest to niemożliwe, rozwiązanie prześlij (jako członek witryny) pod adresem jurczyk.anna@gmail.com
- masz czas do 21 października do północy
- powodzenia!

Do wygrania 2 książki wydawnictwa Fabryka Słów:


środa, 12 października 2011

Jak to było z tymi stosami?


Jacek Piekara, Miecz aniołów, wyd. Biblioteka Akustyczna

Jeśli lubicie mroki średniowiecza, w „Mieczu aniołów” znajdziecie je na pewno. Tłok na ulicach pełnych rzadko myjących się ludzi, cnotliwych dam, których przeznaczeniem jest donieść wianek przed ołtarz i tych, które go straciły z biedy oraz wartko płynących cuchnących rynsztoków. W ustach przechodniów widać poczerniałe pieńki zamiast zębów. Karczmy, które skupiają ówczesne życie towarzyskie, w ofercie mają skwaśniałe wino i rozwodnione piwo dla plebsu. Tu można stracić życie za pochlapanie płaszcza szlachcica i tu właśnie upadek żonglera wzbudza większy zachwyt gawiedzi niż jego kunszt. Oczywiście jest jeszcze wiara w formie żarliwszej i bardziej zobowiązującej niż ta, którą znamy w dwudziestym pierwszym wieku. Tak bardzo głęboka, że podczas przedstawienia pasyjnego aktorzy grający łotrów i rzymskich legionistów mogą serio stracić życie. Oczywiście, muszą być i ci, którzy tej wiary bronią. Jak na przykład inkwizytorzy Świętego Oficjum, którzy w ogniu stosu oczyszczają zbłąkane duszyczki i wysyłają je prosto do nieba.

Jacek Piekara opisuje świat pełen brutalności, ale nią nie epatuje. Lubi nas postraszyć możliwościami inkwizytorów poprzez wypowiedzi Mordimera Madderdina, swojego głównego bohatera i inkwizytora rzecz jasna, który nie raz, nie dwa podkreśla swoją łagodność obyczajów i czułe powonienie. Pełną ludzkiej zawiści, głupoty, nędzy i chciwości rzeczywistość widzimy właśnie jego oczyma. Ten zabieg pozwala nam śledzić nieubłaganą logikę myśli Mordimera, jego cynizm i trzeźwy rozsądek, które przydają mu się podczas rozwiązywania przeróżnych zagadek i tajemnic. Jednych zadań podejmuje się jako broniący wiary inkwizytor, innych po to, by podratować skromny budżet. Zręczną rozmową potrafi wyciągnąć zeznanie, aluzją skłonić do posłuchu, a inteligentnym pochlebstwem uratować nie tylko swoją skórę. Tymczasem jego własny podręczny zestaw narzędzi tortur pozostaje bardzo często nieruszony.

Ponieważ nudny byłby taki wszystko wiedzący bohater, bywa, że i Mordimera Madderdina zaskoczy przebieg wydarzeń, wpadnie w jakieś tarapaty lub ku własnemu zaskoczeniu poczuje do kogoś większy sentyment (na pewno nie miłość!). Albo będzie miał do czynienia z osobami, które podważą jego inkwizytorskie kompetencje. Ponieważ w świecie, gdzie cesarz rządzi pospołu z ojcem świętym, jest duży popyt na władzę nad ludzkimi duszami. Ci, którzy przywykli myśleć o inkwizytorach najgorsze rzeczy, z opowiadań Piekary wyciągną wniosek o ich dyscyplinie w dążeniu do ustalenia stanu faktycznego oraz znajomości ludzkiej psychiki, która pozwala oddzielić pogłoski i plotki od prawdy. Na tle inkwizytorów inni „naprawiacze świata” wydają się partaczami, nawet jeśli posiadają stosowne pełnomocnictwa, odpowiednio mocne plecy i przekonanie o nieomylności.

Głos Janusza Zadury, który odczytuje kilka opowiadań zawartych na płycie audiobooka „Miecz aniołów”, idealnie oddaje osobowość Mordimera Madderdina i pozwala lepiej go sobie wyobrazić podczas różnego rodzaju perypetii. Lektor odpowiednią modulacją głosu wciela się w różne postacie przewijające się przez historie o Madderdinie i nie pozwala się im się zlać w jedno. Zarówno to, jak i treść „Miecza aniołów” powodują, że opowieści Jacka Piekary słucha się z zachłannością i niechętnie zostawia na później następny fragment nagrania, które trwa prawie 14 godzin.

Za audiobook dziękuję wydawnictwu Biblioteka Akustyczna


Trzecie wydanie książkowe nakładem wyd. Fabryka Słów

wtorek, 11 października 2011

W pogoni za nieuchwytnym cieniem


Marcin Wolski, Doktor Styks, wyd. Zysk i S-ka

Marcin Wolski był jednym z pierwszych polskich pisarzy, który przekonał mnie pomysłowością i fantazją do rodzimej twórczości na styku przygody i fantastyki. Po przeczytaniu „Doktora Styksa” widać, że autor wciąż jest w formie i nawet wykorzystując pewne elementy z wcześniejszych powieści, potrafi stworzyć z nich nową jakość. Trochę erotyki, sympatyczny, zakochany i nieświęty, choć przyzwoity bohater, przenikanie się teraźniejszości z przeszłością oraz prawdy z fikcją tworzą zadziwiający, wciągający melanż. Rzecz dzieje się m.in. w redakcji radiowej w czasach PRL-u. Klimat tamtych lat i specyficznego środowiska radiowców Wolski oddaje obrazowo i w wiele mówiący sposób. Nie ukrywa, jak wiele decyzji w tamtych czasach miało polityczne tło, jak sobie radzono z naciskami z góry i że talent mógł nie wystarczyć, by utrzymać się na powierzchni. Marcin Wolski nie zapomniał przy tym, że takie informacje dla czytelnika to tylko tło, a właściwy punkt ciężkości leży gdzie indziej. I chwała mu za to, bo inaczej wyszłaby z tego nudnawa, rozliczeniowa historia.

Akcja zaczyna się zawiązywać, gdy Gwidon Michałowicz dowiaduje się o śmierci swego mentora i kolegi z redakcji Piotra Abramczyka. Sęk w tym, że zmarły gwałtowną śmiercią Abramczyk był autorem wziętego kryminalnego słuchowiska o przedwojennym inspektorze Radwanie, jego zdolnej aspirantce i demonicznym doktorze Styksie. Gwidon ma kontynuować pracę przyjaciela, najpierw nie wiedząc, a potem domyślając się, że to ona odebrała mu życie. Dociera do wycinków prasowych sugerujących, że Abramczyk bardziej opierał się na autentycznych wydarzeniach niż by się to początkowo wydawało. A jednocześnie jego wyobraźnia twórcza była na tyle płodna, że... powołała do życia młodą kobietę. Gwidon (a więc i my) długo nie może się połapać, co jest rzeczywiste, a co nierealne, zwłaszcza, że w mieszkaniu zmarłego kolegi często czuje się nieswojo, odbiera dziwne telefony z pogróżkami, a nawet - niczym duch - wędruje w przeszłość. Wreszcie zaczyna rozumieć, że jemu i dziewczynie, którą pokochał, grozi najprawdziwsze niebezpieczeństwo, z którym trzeba się zmierzyć wszelkimi możliwymi sposobami. Wtedy rozpoczyna się pełen podstępów wyścig ze Styksem, który wydaje się dysponować nadnaturalnymi siłami. Gwidon przeciwstawia mu całą swoją twórczą moc.

Trudno przewidzieć koleje tego pojedynku i jego ostateczne zakończenie, co powoduje, że lektura „Doktora Styksa” staje się fascynującą przygodą samą w sobie. Ponieważ autor zadbał także o rozwój swego głównego bohatera, możemy z ciekawością obserwować jak nieśmiały, spokojny okularnik zmienia się w doświadczonego, trochę cynicznego mężczyznę, który nie godzi się z porażką, tylko wie, kiedy walczyć, a kiedy przeczekać. Powieść jako całość wyszła naprawdę świetnie!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

piątek, 7 października 2011

Tam, gdzie ludzie władają magią


Nik Pierumow, Brylantowy miecz, drewniany miecz, t. 1, wyd. Fabryka Słów

Zazwyczaj fantasy kojarzy się z baśnią i przygodą. Bywa, że nie brak w niej odniesień do rzeczywistości czy złych charakterów. Pierumow jednak wydaje się iść o wiele dalej. Nakreślił wizję świata tak pełnego okrucieństwa, manipulacji, niesprawiedliwości i poniżenia, że aż zapiera dech. To świat po wielu wojnach między ludźmi a Danu, elfami, krasnoludami i innymi rasami. Żadna ze stron nie ma czystych rąk, nie jest bardziej szlachetna od innych, chociaż oczywiście większe współczucie należy się przegranym, w tym wypadku nieludziom. Nawet oni są traktowani nierówno – jednych zabija się i ściga bez litości, innym pozwala się żyć, ale na jałowych terenach, gdzie nie chcą mieszkać ludzie, pozostałym jeszcze nadaje się niewielkie, ale zawsze, prawa obywatela Imperium. Magią władać mogą tylko i wyłącznie ludzie, zwłaszcza czarodzieje skupieni w kilku zakonach tak zwanej Tęczy. To oni tak naprawdę rządzą, knują intrygi, zachowują dla siebie najmniejszy nawet okruch władzy i wiedzy.

Powieść to kilka wątków, kilku bohaterów, pomiędzy losami których bardzo długo nie dostrzegamy powiązań. Na pewno tym, co ich łączy jest nienawiść do magów z zakonów Tęczy. Z tym, że nie każdy ma możliwość przeciwstawienia się im. Niewolnica Danu o imieniu Agata i młody Imperator są mimo różnych warunków bytowych tak naprawdę w tym samym, żałosnym położeniu – zależni od innych i aż nazbyt boleśnie tego świadomi. Każdą ze swoich postaci autor traktuje z taką samą uwagą, oszczędnie wyjawia fakty z jej przeszłości, a tym samym coraz bardziej budzi nasze zainteresowanie dalszym przebiegiem akcji. Śledząc dzieje Agaty, Imperatora, szpiega Fessego oraz Tavi, jej „brata” z Wolnych i krasnoluda Sirdiego, towarzyszy nam przeczucie, że sytuacja musi się zmienić, że ich działanie wpłynie na koleje ludzkiego Imperium i da upragnioną wolność. Taką nadzieję budzi też proroctwo z pierwszych stron powieści, chociaż trudno szukać do niego odniesień w tekście. Bo Pierumow wie, jak zarzucić przynętę. To, że w przepowiedni jest mowa o dwóch braciach, nie znaczy, że pojawią się oni zaraz na drugiej stronie. Trudno uwierzyć, że autor na co dzień pracuje jako biolog molekularny i biofizyk, a pisarstwo jest dla niego zajęciem dodatkowym. Warsztatem udowadnia biegłość w posługiwaniu się językiem i w budowaniu napięcia. Nie wyjaśnia od razu wszystkiego, dawkuje wiedzę o stworzonej przez siebie rzeczywistości. A ta jest bardzo skomplikowanym, wielobarwnym tworem, gdzie przeszłość ma kolosalny wpływ na teraźniejszość i wciąż trwa zakulisowa walka o władzę i przetrwanie.

Podoba mi się aura tajemniczości i niejednoznaczność zarówno akcji, jak bohaterów. I to, że kibicujemy tym, którzy stojąc na przegranej pozycji, próbują coś zmienić. A ich działania nie są dla nas oczywiste, bo my rzecz jasna nie żyjemy tam, gdzie używa się czarów, ożywia trupy, chroni się przed Śmiertelną Ulewą i gdzie pewne szczególne drzewo raz na sto lat ofiarowuje pełny magicznej mocy miecz, co tak sugestywnie opisuje Pierumow.

Koniec tomu pierwszego pozostawia wyraźny niedosyt. I chociaż mógłby ktoś powiedzieć, że książek o nieludziach, magach i artefaktach jest sporo, to łamaniem stereotypów, sposobem napisania i oryginalnością podejścia do tematu „Brylantowy miecz, drewniany miecz” wyróżnia się na ich tle na plus.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

czwartek, 6 października 2011

Zawsze po stronie ofiar


Michael Capuzzo, Klub koneserów zbrodni, wyd. Wydawnictwo Literackie


Scena zbrodni przypomina zamalowane płótno - detektyw musi jedynie odczytać podpis autora.”


Przede wszystkim – to nie kryminał ani nie wytwór wyobraźni utalentowanego pisarza. Klub najlepszych specjalistów od rozwiązywania kryminalnych zbrodni i niewyjaśnionych zabójstw istnieje naprawdę. Książka ta nie ma uporządkowanej logiki następujących po sobie wydarzeń typowej dla twórczości fikcyjnej. Życie to spiętrzające się sprawy, problemy osobiste i drobne radości. Michael Capuzzo doskonale uchwycił te zależności, nie szczędząc nam przy tym szczegółów, nazwisk, funkcji dotyczących i członków klubu i morderców, ofiar i członków ich rodzin. Żaden rozdział nie stanowi zamkniętej całości poświęconej tylko jednej zbrodni. Powrót do sprawy może nastąpić nawet kilkadziesiąt stron dalej, w momencie, kiedy wychodzą na jaw kolejne fakty lub w końcu nastąpi rozstrzygnięcie. Autor drobiazgowo zachowuje rzeczywisty przebieg wydarzeń. To ciekawy zabieg, tylko trochę kłopotliwy dla czytelnika, który akurat nie ma możliwości poświęcić kilka godzin bez przerwy jednej książce. Jeśli jest inaczej, trzeba się liczyć z tym, że przez kilka pierwszych minut mogą nam się mieszać nazwiska czy miejsca. A jednak wraca się do przerwanej lektury i zachłannie czyta kolejne strony, mimo że ich treść wywołuje niełatwe emocje.

W książce nie znajdziemy wyjaśnienia czy uzasadnienia istniejącego zła. Jego pochodzenie jest zagadką nawet dla specjalistów, którzy zajmują się codziennie jego efektami. Członkowie Towarzystwa Vidocqa opierają się temu złu, dążą do schwytania i ukarania jego sprawców, stawają całkowicie po stronie ofiar oraz ich rodzin. Nie krytykują rządu, policji czy FBI, ale nie ukrywają, że służby państwowe, w których w końcu przepracowali wiele lat, bywają niewydolne i niedouczone, a prawo nazbyt często staje po stronie oskarżonych. Wiedzą, że w normalnie żyjących ludziach istnieje granica, poza którą przestają oni rozumieć istotę zła, nawet gdy mają przed oczami jego ofiarę. Tak było w latach '50, kiedy doszło do makabrycznego odkrycia Chłopca w Pudełku. Nie znano jeszcze seryjnych morderców, założono więc, że torturowanego i zabitego kilkulatka... „niechcący” pozbawili życia rodzice w przypływie gniewu. Doświadczenia następnych dziesięcioleci zmieniły świadomość stróżów porządku w niewielkim stopniu. Trudno przecież wymagać od zwykłych ludzi, by postrzegali świat oczami psychopaty. Stąd kłopot Richarda Waltera, psychologa i jednego z pięciu najlepszych profilerów na świecie, by znaleźć osobę gotową do zostania jego zastępcą.

Richard Walter to obok Franka Bendera i Williama Fleishera jedna z trzech najważniejszych postaci „Klubu koneserów zbrodni”. Capuzzo uczynił ich swoimi głównymi bohaterami, postaciami pozytywnymi, którym przypisuje atrybuty mitycznego Rycerza, Maga i Króla. Walter przy pomocy wiedzy walczy ze zbrodniarzami; Bender to malarz i rzeźbiarz, którego intuicja nadaje rysy zmasakrowanym twarzom, odtwarza wygląd pogruchotanych czaszek i pozwala przewidzieć, jak będzie wyglądał po 20 latach zbiegły przestępca; Fleisher to obdarzony silnym poczuciem sprawiedliwości pomysłodawca utworzenia Towarzystwa Vidocqa i jego prezes. Szczególnie ci dwaj pierwsi to najbarwniejsze i najbardziej niezwykłe postacie, z jakimi kiedykolwiek spotkałam się w literaturze faktu. Trudno o bardziej przeciwstawne typy osobowości, a jednak ludzie ci przyjaźnili się (i kłócili), współpracowali i nie raz zapracowali na sukces. Jeśli można używać określenia czarny humor odnośnie tej książki, to na pewno będzie on dotyczył sposobu życia i wzajemnych relacji Richarda Waltera i Franka Bendera.

Michael Capuzzo wykonał bardzo dobrą robotę. Zebrał mnóstwo informacji w obszerną i interesującą treść. Zajął się tematyka bolesną dla wielu osób w sposób wyważony i niegloryfikujący zła. Jego książka to pozbawiony pompatyczności hołd dla tych, którzy swój talent i umiejętności poświęcają, by zadośćuczynić pomordowanym. „Klub koneserów zbrodni” dzięki temu mocno zapada w pamięć i przykuwa z zadziwiającą siłą.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

czwartek, 29 września 2011

Cherem, czyli kara Boska


Dariusz Domagalski, Cherem, wyd. Fabryka Słów

Cherem” to powieść sensacyjna, w której nie brak elementów nadprzyrodzonych, ocierających się wręcz o horror. Akcja rozgrywa się współcześnie, ale już sam prolog sugeruje, że źródło obecnych wydarzeń tkwi głęboko w starożytności. Jak się jeszcze później okaże – starożytność ta znacznie poprzedza dokonania Greków i Rzymian, a nawet Egipcjan, a jej korzenie sięgają mitycznych czasów mezopotamskich bogów.

Początkowo akcja to ciąg następujących po sobie, pozornie niepowiązanych zdarzeń – zagadkowe zaginięcie kierowcy TIR-a, przechwycenie przez celników, a następnie kradzież ładunku cennych przedmiotów starożytnego kultu, proroctwo wykrzykiwane w centrum Gdańska przez jakiegoś szaleńca. To wszystko rozbudza ciekawość i skłania do dalszej lektury. Mafijne porachunki i współpraca miejscowego policjanta z przysłanym z Warszawy agentem ABW stopniowo jednak tracą ten rozpęd. Być może zaczyna tej części brakować posmaku tajemnicy. Chociaż trzeba autorowi przyznać, że nie zdradza rozwiązania, podsuwa tropy, mnoży zagadki. W ich centrum zdaje się znajdować Andrzej Kamiński. Agent, który zaczyna śnić niepokojące sny kojarzące się ze scenami znanymi ze Starego Testamentu. O dziwo, śniący odgrywa w nich jedną z głównych ról, a jego pojawieniu się towarzyszy często strach i niechęć. Profesor z Muzeum Archeologicznego, który dokonuje tłumaczenia zleconych przez Andrzeja tekstów, wyraźnie jest wstrząśnięty ich treścią. Podczas obławy na niebezpiecznego mordercę złowroga postać w kapturze specjalnie oszczędza tylko Kamińskiego. Agentem zaczyna się też interesować piękna, niezależna Marta, której twarz przypomina mu kogoś znajomego...

Rozstrzygnięcie historii jest niespodziewane i nieprzewidywalne. Przynosi odpowiedź na wszystkie pytania i wywraca nasze ustalone myślenie o świecie, zwłaszcza o chrześcijaństwie. Zgadzam się w pełni z informacją na okładce, że gdyby jeszcze istniał indeks ksiąg zakazanych, „Cherem” znalazłby się w jego wykazie. „Cherem” nie jest może książką znakomitą, ale dość dobrą. Lekką, sensacyjną formą przybliża zagadnienia dotyczące wierzeń, religii, dawnych mitów i bóstw, biblijnych przypowieści oraz współczesności. Stawia je w innym, kontrowersyjnym świetle, bez uzurpowania sobie jednak prawa do nieomylności. Wierzę, że niektórych ta powieść będzie oburzać. A innych zrelaksuje lub pozwoli na przeżycie niecodziennych emocji. Może jednak tak samo zaintrygować, skłonić do własnych badań i sięgnięcia po poważniejszą literaturę, nawet naukową. A to już jest coś!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

środa, 28 września 2011

Sposób na nieśmiertelność


Andrzej Pilipiuk, Dziedziczki, wyd. Fabryka Słów

Dziedziczki” to już trzeci tom z cyklu o kuzynkach Kruszewskich, między którymi jest raptem zaledwie kilkaset lat różnicy. Katarzyna, młodsza wiekiem i rocznikiem, jest biegłą w informatyce agentką ABW, której umiejętności i legitymacja służbowa potrafią otworzyć niejedne drzwi. Stanisława pamięta jeszcze sprzed stuleci przeprowadzkę z Ukrainy w okolice Krakowa. Nieobce są jej stare receptury (niekoniecznie alchemiczne) i sposoby, które dotyczą spraw tak różnych, jak zarządzanie podległymi ludźmi po teoretyczne reguły stawiania dworów.

Pilipiuk fantastycznie wykorzystuje znajomość szlacheckiej Rzeczpospolitej, odtwarza mentalność wychowanych w niej ludzi (w przypadku Sędziwoja i Stanisławy), sprawia, że choć przez moment patrzymy na świat z ich perspektywy. Bierze przy tym pod uwagę upływ czasu, narastające doświadczenia, to, że po kilkuset lat pewna wiedza mimo wszystko odchodzi w zapomnienie, bo jest... po prostu niepotrzebna. Przypomina znaczenie słów takich jak „honor” przy pomocy atrakcyjnej, przygodowej fabuły, w której obok szlachetności, wiedzy i szacunku króluje zacofanie, głupota i chciwość. Ciekawie zderza nowoczesność z dawnym sposobem bycia i myślenia. Daje do zrozumienia, że w dawnych ludzkich bajaniach o nadprzyrodzonych istotach i przedmiotach może tkwić ziarno prawdy. A już na pewno znajdzie się w nich świetny materiał wyjściowy do napisania takiej powieści jak „Dziedziczki”. Najważniejsze, że autor nie powtarza wątków znanych z poprzedniego tomu. Owszem, kontynuuje zmagania alchemika Sędziwoja z tajemniczym bractwem, które chce wydrzeć mu recepturę na nieśmiertelność. Nowością jest to, że łowcy istot nadprzyrodzonych i wrogich ludziom, przekonawszy się, że księżniczka Monika mimo wampirzej ssawki jest nieszkodliwa, ruszają do Norwegii innym, bardziej obiecującym tropem. A kuzynki Kruszewskie razem z księżniczką przeprowadzają się na wieś i postanawiają przywrócić świetność podupadłym Kruszewicom. Po przeprowadzce Monika zaczyna się zmieniać tak bardzo, że zaczyna podejrzewać, że jej wampirze ciało przez setki lat zachowane w postaci wiecznego podlotka zaczyna w końcu dojrzewać. I jest to pełne rozgorączkowania i niepokoju uczucie, które przynosi tylko niezadowolenie i... niespodziankę dla czytelników. Sędziwój do samego końca jest przykładem niezłomnego uczonego, który walczy o słuszną sprawę przy pomocy broni, a gdy tej zabraknie – imponująco wykorzystuje intelektualne siły swego umysłu.

Andrzej Pilipiuk obdarzył swoich bohaterów i bohaterki niecodziennymi, często nadnaturalnymi przymiotami. Mimo to przede wszystkim są oni pełni życia i zwykłego ludzkiego ciepła, a ich relacje oparte są na przyjaźni i szacunku. Ich losy dosłownie się połyka, a ostatnią stronę powieści przyjmuje się wielkim z rozczarowaniem. Zwłaszcza, że to ostatnia część trylogii.

Dla tych, którzy lubią przygodę, lekkie oderwanie od rzeczywistości i historię z tej mniej znanej strony!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

środa, 21 września 2011

Smakując Azję


Tomek Michniewicz, Samsara. Na drogach, których nie ma, wyd. Otwarte i Biblioteka Akustyczna

Samsara” jest zaproszeniem do podróży bez planu, z celem, który pojawia się w trakcie wędrówki, w stronę miejsca z wizytówki, którą podarował uprzejmy współpasażer wypchanego do granic niemożliwości busa albo o którym szepnął słowa zachęty zagadnięty tubylec.

Zorientowałam się, że książka wywołuje różne reakcje internautów – od zachwytu po rozczarowanie. Ja poznałam ją w wersji do słuchania i muszę przyznać, że Tomek Michniewicz jako „opowiadacz” świetnie się sprawdza (tekst czyta Maciej Orłowski). Krótkie sekwencje podtrzymują dynamikę akcji, a dodatkowym atutem wydawnictwa są dźwięki z podróży, które przenoszą nas to do buddyjskiej świątyni, to na ulicę wietnamskiej metropolii lub do laotańskiej dżungli. Czuje się, że autor nie przygotowywał na gorąco ostatecznej wersji swojej opowieści, tylko dokonał wcześniejszej, starannie przemyślanej selekcji. Uniknął dzięki temu rozwlekłych wynurzeń i nudnawych opisów, które cechują niektóre podróżnicze książki. A przy okazji wykorzystał niektóre swoje doświadczenia z wcześniejszych wypraw po Azji.

Tomek Michniewicz nie zawsze ujawnia nam swoje uczucia i poglądy. Sami mamy wyrobić sobie opinię o egzotycznych krainach, które tak plastycznie i barwnie opisuje – bez względu na to, czy trafia na komunistyczną demonstrację, czy do restauracji, w której serwuje się dania z jadowitych węży. Są jednak takie chwile, gdy przestaje być tylko żądnym przygody podróżnikiem, któremu niestraszny jest grzyb na ścianach hotelowego pokoju, brak szyb w oknach czy zamieszki na ulicach. Dystans znika, gdy autor razem ze swoim towarzyszem podróży Adamem trafia do ośrodka, którego atrakcją turystyczną są... słonice i młode słoniątka. Bite kijami i hakami po głowie, żeby dostosowały się do ludzkich oczekiwań i zachcianek. To bodaj jeden z najbardziej poruszających fragmentów tej historii.

Autor łatwo wyłapuje absurdy, chętnie przytacza nietypowe (a może typowe dla tych części świata) sytuacje, jakie czekają zachodnich turystów przyzwyczajonych do innych standardów. A nawet ustala ranking państw, w których najłatwiej rozstać się z życiem w wypadku samochodowym (przoduje Katmandu, a dlaczego – szczegóły w książce). Daje się ponieść niesamowitym opowieściom o dziadugarach - czarodziejach, magikach, a może tylko zręcznych iluzjonistach, którzy potrafią odciąć sobie dowolną część ciała i przytwierdzić ją z powrotem, a nawet cofnąć czas – i rusza ich śladem z Nepalu do Indii. Codzienność życia w drodze przeplata spostrzeżeniami na temat krajów, które właśnie przemierza. Gdzieniegdzie rzuca garść historycznych faktów i ciekawostek. Używa języka bezpośredniego, łatwego w odbiorze, choć poszczególne słowa oraz ich dobór znamionują osobę wykształconą.

Całość jest zajmująca, oryginalna w ujęciu i bardzo dobra do słuchania. Jedyny minus – można przez nią odkryć w sobie żyłkę awanturnika :)

Za audiobook dziękuję wydawnictwu Biblioteka Akustyczna.

Rozstrzygnięcie wrześniowego konkursu

"Mag niezależny Flossia Naren" cz. 2 Kiry Izmajłowej oraz "Wielki Bazar. Złoto Bryana" Petera V. Bretta trafią do rąk Ewy R. z Działdowa. Gratuluję wygranej!

Prawidłowa odpowiedź na pytanie konkursowe to oczywście Ju Honisch.

Następny konkurs w październiku :)

wtorek, 20 września 2011

Uwolnić się od strachu


Peter V. Brett, Wielki Bazar. Złoto Bryana, wyd. Fabryka Słów

Wielki Bazar. Złoto Bryana” czyta się bardzo dobrze, zwłaszcza gdy zna się wcześniejsze książki autorstwa Petera V. Bretta. Przyjemnie ponownie znaleźć wśród dobrze sobie znanych bohaterów, w świecie, którego prawa i zwyczaje niewiele mają dla nas tajemnic (poza oczywiście najważniejszą – skąd się wzięły demony atakujące ludzi co noc). To właśnie te cechy wynagradzają czytelnikom fakt, że „Wielki Bazar...” nie jest kontynuacją „Malowanego człowieka” i „Pustynnej włóczni”, tylko uzupełnieniem tych historii. Opowiadania zawarte w tomiku wypadły z poprzednich części ze względu na ryzyko nadmiernego rozdęcia opowieści o świecie opanowanym w nocy przez krwiożercze demony. Dzięki nim możemy m.in. poznać kochającą wolność naturę Arlena jeszcze zanim doszło do tragicznych wydarzeń, w wyniku których chłopak opuszcza Potok Tibbeta na zawsze. Albo docenić inteligencję kalekiego i pogardzanego kupca Abbana, który nie ma możliwości dokonania jawnej zemsty. Czy poczuć grozę, która towarzyszy pojawieniu się demona śnieżnego. Lub zobaczyć ponownie Leeshę w akcji, gdy świetnie sobie radzi przy pomocy serdeczności, wdzięku i … garści sproszkowanych ziół w kieszeni.

Opowiadania te pełne są akcji. Ale tym, co Bretta zdaje się interesować najbardziej, jest zachowanie ludzi w sytuacji ciągłego zagrożenia, strachu, który paraliżuje i odbiera odwagę. Nie wszyscy próbują walki jak Arlen czy Krasjanie, czy to z demonami, czy o osobiste szczęście. Niepodjęcie żadnych działań, pogodzenie się z wyrokiem losu i bierność stanowią dla wielu dobrowolny wybór. Dla nich bezpieczniejsza jest akceptacja nawet niewygodnej rzeczywistości niż podjęcie ryzyka. Można by powiedzieć, że każdy ma swoje demony, które go dręczą. Postać Arlena Balesa, choć fikcyjna, to zachęta, by się nie poddawać i szukać nowych sposobów na wyjście nawet z wydawałoby się beznadziejnej sytuacji.

W „Wielkim Bazarze...” Peter V. Brett ponownie udowadnia, że zna się na ludzkiej naturze, nie wybiela swoich najważniejszych bohaterów, a ich losami potrafi pokierować w zajmujący, nieschematyczny sposób. Lubi ich, inaczej tych kilka opowiadań z „Wielkiego Bazaru. Złota Bryana” trafiłoby na zawsze do szuflady. Prócz nich w tomiku znalazły się razem z opisami runy ochronne i bojowe, których kunsztowny rysunek z pewnością zafascynuje jeszcze większych wielbicieli fantastyki niż ja :) Oraz słowniczek, który pomoże rozeznać się w zawiłościach krasjańskiego świata czytelnikowi, który po raz pierwszy ma do czynienia z prozą Bretta. Ja natomiast z niecierpliwością już czekam na dalsze części historii o Arlenie, Leeshy, Rojerze, Abbanie, Jardirze i demonach.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.


PS. Rozstrzygnięcie konkursu z Fabryką Słów już jutro!

sobota, 17 września 2011

Sekretne życie Adriany


Ana Maria Matute, Bezludny raj, wyd. W.A.B., „Seria z miotłą”

Bezludny raj” to poetyckie, napisane z wrażliwością studium samotnego dziecka. Adriana, zwana Adri. Ostatnia z rodzeństwa. Zbyt mała, by nawiązać głębszą więź z rodzeństwem, zwłaszcza ze stawianą za wzór do naśladowania siostrą Cristiną. Dorasta w rodzinie pozbawionej miłości i szczerości. Adriana wybiera życie nieoficjalne, podziemne, nierzucające się w oczy. Jej miejsce jest przy nianiach Isabel i Marii, pod stołem w prasowali, w kryjówce za parawanem, na korytarzach mieszkania oblanych księżycowych światłem, podczas gdy inni śpią, a potem gdy urośnie w zabawkowym teatrze. Nawet Ciemny Pokój, w którym zostaje zamknięta za karę, nie wzbudza jej lęku, tylko fascynację, pobudza półmrokiem i nagromadzeniem przedmiotów bogatą wyobraźnię dziewczynki. Wyczulona na każdy gest i okruch uczucia Adriana zbiera je pieczołowicie, wyczuwa wahania w nastrojach, nie potrzebuje wielu słów, by czuć, co dzieje się w sercach innych. Chociaż jest zbyt mała, by wszystko pojąć. O sobie słyszy, że nie jest taka, jaka powinna być, że jest dziwna i zła. Dlatego nieszczęśliwa w świecie zewnętrznym, Adriana tworzy swój własny, szukając tajemnicy w najzwyklejszych miejscach i przedmiotach – i je znajduje.

Ta powieść jest zaproszeniem do zaznajomienia się z tym niezwykłym uniwersum, do towarzyszenia Adrianie w poznawaniu osób jej naprawdę bliskich, prawdziwych pokrewnych dusz. Można powiedzieć, że Adri sama tworzy swoją rodzinę, ponieważ członkowie tej prawdziwej nie uczestniczą w jej doświadczaniu świata. A nawet wręcz tego odmawiają. Obecność rodzeństwa, ojca i matki jest dawkowana dziewczynce oszczędnie, na co wpływ ma także rozpad małżeństwa rodziców. W domu tylko służące akceptują Adri, chociaż jej nie rozumieją.

Akcja powieści została zawężona praktycznie do miejsc najważniejszych dla dziewczynki – to niektóre pomieszczenia w jej domu, pokój jej przyjaciela Gawryły z dywanem w koła i romby, podwórko, na którym chłopak bawi się psem. Adriana funkcjonuje głównie w tej intymnej przestrzeni, niechętnie przenosząc się do nieprzyjaznej szkoły. Do wewnętrznego świata Adriany bardzo późno zaczynają docierać pogłoski o tym, co właściwie dzieje się w Hiszpanii za rządów republikańskich. Dla bohaterki, dziecka w końcu, i tak ważniejszy jest los najlepszego przyjaciela. Język powieści jest subtelny, bardzo obrazowy i pełen skojarzeń. Idealnie oddaje emocje dziecka, które jest wyrzucone poza nawias z niezrozumiałego mu powodu i które traci przez to zaufanie do Olbrzymów, czyli tych dorosłych, którzy decydują o jego losie.

Można zadedykować tę książkę wszystkim, którzy jako dzieci czuli się porzuceni, wyobcowani i inni. Ci najlepiej zrozumieją jej przejmującą słodycz i głębię.

Za książkę dziękuję wydawnictwu W.A.B.

czwartek, 15 września 2011

Konkurs z Fabryką Słów


Podaj imię i nazwisko autorki "Obsydianowego serca", które w księgarniach pojawi się 30 września. Odpowiedzi szukaj na www.fabrykaslow.com.pl i prześlij ją do 20 września pod adresem jurczyk.anna@gmail.com.

Do wygrania 2 książki wydawnictwa Fabryka Słów:

Za co lubię Flossię Naren?


Kira Izmajłowa, Mag niezależny Flossia Naren, tom. 1 i 2, wyd. Fabryka Słów

Świat literatury coraz bardziej pełny jest kobiecych bohaterek, które za nic mają utarte zwyczaje, są niezależne - i od innych osób i od kanonów mody. Mówią wprost, co myślą, nie kierują się sentymentem i są... nudno przewidywalne. Spodziewałam się, że mag niezależny Flossia Naren też będzie drewnianą, schematyczną postacią. Zmieniłam zdanie po pierwszym rozdziale. Różnica jest może subtelna, bo i Flossia Naren idzie pod prąd. Jest magiem, do tego dość wszechstronnym, przywykłym do samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków (a przy okazji do noszenia spodni i palenia fajki). Na pewno nie traci czasu na udowadnianie innym, że są idiotami. Potrafi docenić zarówno wrogów, jak przyjaciół bez względu na płeć. No i trzymać język za zębami. Bywa skutecznym śledczym i dyplomatą, którego stać na bezinteresowny odruch serca, gdy wie, że nikomu on nie zaszkodzi. I nie jest dziewczyną. To kobieta, której magiczne zdolności może spowolniły starzenie ciała, ale nie zmieniły jej tym samą w wiecznego trzpiota. Co najważniejsze, potrafi nas zaintrygować swoim tokiem rozumowania i zaskoczyć podjętą decyzją. Słowem, Flossia Naren to ciekawie skonstruowana, przemyślana postać, której zdolności umysłowe są nawet bardziej fascynujące niż władanie magią. W końcu każdy pisarz może wymyślić jakiś wymyślny sposób rzucania czarów. Gorzej bywa z psychiką tworzonej przez niego postaci. Kira Izmajłowa po mistrzowsku zachowała równowagę między wiarygodnością swoich bohaterów, a światem stworzonym w wyobraźni.

Świat ten pełen jest magii, ale jego czarodziejom brak takiej mocy, jaką dysponowali jeszcze przed wiekami. Postęp techniczny jest dość niemrawy, a państwami nadal władają królowie i książęta. Całą tę rzeczywistość poznajemy poprzez działalność Flossii Naren, czyli rozwiązywanie najbardziej tajemniczych zagadek, zbrodni czy zaginięć. Oczywiście, tylko w imieniu tych, których stać na jej drogie usługi. Zlecenia są różnorakie i dopiero po pewnym czasie okazuje się, że mają one pewien wspólny czynnik. Intryga, która jest groźna dla bezpieczeństwa królestwa Arastenu i życia Flosii Naren, okazuje się sięgać kilkadziesiąt lat wstecz, a jej korzenie tkwią Wojnach Magów sprzed siedmiuset lat. W dodatku w pośredni sposób jest z nią powiązany gwardzista królewski, porucznik Laurinne, nieodłączny i z góry narzucony towarzysz Flossii Naren. W przeciwieństwie do trzeźwo myślącej partnerki Laurinne to nieopierzony, pełen ideałów młokos, którego zalety nie od razu rzucają się w oczy. Relacje między parą takich bohaterów stanowią dodatkowy smaczek powieści i bynajmniej nie rozwijają się tak, jakbyśmy sobie wyobrażali. Co ja uważam za plus. Nawet koniec ostatniego tomu pozostawia tę kwestię nie do końca rozstrzygniętą...

Kira Izmajłowa stworzyła nie tylko oryginalną bohaterkę, ale również poprowadziła w zajmujący sposób fabułę. Przygoda, intryga, zagadkowe przestępstwa, wiedźmy, smoki i zdarzenia, w których można znaleźć echa baśni. To wszystko sprawia, że czas spędzony z „Magiem niezależnym Flossią Naren” w ręku upływa stanowczo zbyt szybko.

Za książki dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.


wtorek, 6 września 2011

Nieszczęśliwe enfant terrible


Frédéric Beigbeder, Francuska powieść, wyd. Noir sur Blanc

We „Francuskiej powieści” jest niemal wszystko. Dużo wątków autobiograficznych, a w tym rozliczenie się z własnymi rodzicami i dzieciństwem, które przypadło na czas korzystania przez Francuzów z powojennego dobrobytu i radosnej konsumpcji; bezsilność osoby uwięzionej, pewnej, że wina nie jest równa karze; triumf pisarza dokonującego przy pomocy literatury zemsty, która będzie trwała, dopóki na świecie pozostanie choć jeden egzemplarz jego „Francuskiej powieści”; przemyślane i okraszone cytatami rozważania o pamięci i sile napędowej procesu twórczego, którego nie ograniczą żadne mury; udręki dorastania i nieodwzajemnionych miłości; a w końcu pogodzenie się z blondynkiem o niewinnym spojrzeniu błękitnych oczu, alter-ego autora, z dzieckiem, którym był, którym w głębi duszy pozostał i którego zepchnął w niebyt zapomnienia na długie lata.

Drogę do samego siebie utorowała Beigbederowi karta kredytowa, którą rozdzielał na masce samochodu śnieżnobiałą kokainę. Powieść nie jest jednak wynikiem narkotykowych zwidów, a kilku nocy w areszcie, do którego autor trafił po interwencji policyjnego patrolu i w którym pozostał dłużej na skutek decyzji prokuratora. Beigbeder mówi wprost o swoich bolączkach, innym razem buduje ze słów sugestywne, pełne emocji obrazy, w których chronologia nie jest najważniejsza. Opowiada nam o byciu dzieckiem rozwiedzionych rodziców. O życiu, w którym anty-wzorem i szczytem doskonałości z konieczności musiał stać się jego starszy brat. O dzieciństwie, w którym niczego nie brakowało poza matką i ojcem pod wspólnym dachem. Teraz sam jest rozwiedzionym rodzicem, równie nieporadnym wobec uczuć córki jak byli jego rodzice wobec niego. Kokaina i pełne czułości ojcostwo? To niejedyne sprzeczności w życiorysie Frédérica Beigbedera, a jednak udało mu się połączyć tak różne, nieprzystające do siebie elementy w pięknie napisaną, przesyconą smutkiem historię. Dużo zdradziłam, ale jestem przekonana, że to bogactwo, ta różnorodność obronią się i zachwycą kolejnego, wymagającego czytelnika.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Noir sur Blanc

Zaczęło się od chrząszczy i zęba nosorożca


Irving Stone, Opowieść o Darwinie, wyd. Muza

Karol Darwin na zawsze zmienił nasze widzenie wszechświata i jego przeszłości. Trudno dziś sobie wyobrazić, jak bardzo wielkim wstrząsem dla mu współczesnych była jego teoria ewolucji. Kreacjonistów - wierzących, że Bóg stworzył świat w takiej postaci, jaka jest znana ludziom - nie brakuje, ale ich poglądy budzą obecnie raczej uśmieszek i są kwestią wiary niż nauki. W dziewiętnastowiecznej Anglii było jednak inaczej. Przede wszystkim nauki przyrodnicze były wtedy traktowane po macoszemu. Główną wykładnią była Biblia i niewielu naukowców odważało się myśleć, że procesy kształtujące Ziemię trwały dłużej niż kilka tysięcy lat. Nawet najbliżsi Darwinowi i darzeni przez niego szacunkiem naukowcy podzielali ten pogląd. Wszelkie teorie naukowe miały dopasować się do tego, co zostało napisane w Biblii. Kiedy się to nie udawało, cóż... Wymownym przykładem jest wyprawa geologiczna do Walii młodego Darwina z profesorem Sedgwickiem. Kiedy panowie znaleźli ząb nosorożca, na pytanie Karola, w jaki sposób trafił on tak daleko na północ, jego uczony towarzysz stwierdza, że pewnie... ktoś go tam podrzucił!

Opowieść o Darwinie” Irvinga Stone'a to jedna z tych pełnych życia i bogatych w szczegół biografii, które pozwalają na „bycie” tuż obok opisywanej postaci. Powieść zaczyna się, gdy Karol Darwin ma 22 lata i właśnie otrzymuje propozycję udziału w wyprawie poznawczej na okręcie „Beagle”. Wielka Brytania wyszła zwycięsko z wojen napoleońskich i potrzebuje nowych map, nowych lądów i ludzi, którzy będą je badać i tych, którzy pomogą utrzymać nad nimi dominację. Tyle wiemy z historii. Ale Karol Darwin ma także inne oblicze. To członek dużej i kochającej się rodziny, syn i wnuk cieszących się uznaniem lekarzy, przez matkę spokrewniony z Wedgwoodami od najlepszej angielskiej porcelany, brat trzech sióstr, z których najmłodsza, z racji podobieństwa do brata, nazwana została „Karolem Darwinem w spódnicy”. Namiętny zbieracz chrząszczy, niedoszły absolwent medycyny (skutecznie zniechęciły go do studiów operacje przeprowadzane na pacjentach bez znieczulenia, nawet, gdy były nimi dzieci), którego ojciec obawiał się swego czasu, że nie ukończy żadnych szkół. A także młodzieniec zauroczony wesołą i energiczną Fanny Owen. Stone serwuje nam codzienność Karola, jego styl życia, tryb żmudnych przygotowań do wyprawy na drugą półkulę, która nie wzbudza zachwytu rodziny, naukowe pasje i poszukiwania, a nawet poglądy polityczne. Nie szczędzi nawet takich przykładów, jak widok wypłukiwanych z ziemi przez deszcz kości i czaszek na parafialnych cmentarzach, które Darwin widzi w Londynie.

Ta obfitość szczegółów przekłada się na imponującą objętość biografii (ponad 700 stron!), świadczy o rzetelnym przygotowaniu autora, a co najważniejsze – nie przytłacza. Dzięki niej czytanie „Opowieści o Darwinie” zmienia się w fascynującą podróż w czasie po ludzkiej mentalności, niechętnej zmianom, przywiązanej do tradycji i obawiającej się nowego. Mimo to Darwinowi udało się położyć nowy fundament pod nauki przyrodnicze. I o tym jest ta książka.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.

Cztery łapy, elektryk i Ona


Magdalena Kulus, Blondyn i Blondyna, wyd. SOL

Słoneczna, radosna okładka z wiosennym zdjęciem. A na nim tytułowi Blondyn, czyli pies-asystent Igor oraz Blondyna, czyli Magda, jego pani. Forma tej książki jest niezwykle prosta – to zapiski z bloga, które Magdalena Kulus zaczęła pisać po tym, jak w jej życiu pojawił się Igor. Przyjaciel, pomocnik, nocny ogrzewacz (czasem do spółki z kotem Łatkiem), radość życia porośnięta złocisto-biszkoptowym psim futrem. Ale nie tylko. Blog powstaje na gorąco, dopiero po czasie można jeszcze coś podsumować i dopisać. Te refleksyjne dodatki są oddzielone kreseczką i dobrze uzupełniają blogowe wpisy.

Przede wszystkim to pełna pogody ducha historia młodej kobiety, która żyje ze swoją niepełnosprawnością wywołaną przez zanik mięśni. Żyje, a nie używa jej jak tarczy do walki ze światem. Uczy się, pracuje, przemierza kilometry, żeby studiować, a potem pisać doktorat, żeby chodzić na koncerty, do teatru lub do ulubionej pizzerii. Budzi podziw i szacunek, bo jednocześnie ma zbyt mało siły, by podnieść odchyloną głowę czy sięgnąć po długopis, który upadł na podłogę. Każdy wypad z domu to grono zaangażowanych ludzi, przyjaciół i znajomych, którzy pomogą, przeniosą, gdy potrzeba albo po prostu, z którymi miło się spędza czas. Niektórzy się się wykruszają, z czasem pojawiają się inni. Magda, bohaterka i autorka zarazem, dojrzale akceptuje taką kolej rzeczy, nie doszukuje się w niej niesprawiedliwości świata. Dostając tak wiele od innych, potrafi również dać dużo z siebie – stąd zajęcia dla dzieci z udziałem Igora czy warsztaty dziennikarskie, które poprowadziła.

Każda notatka w tej książce jest poświęcona Igorowi - wspólnym ćwiczeniom, podczas których niejedna bluzka czy piżama została porwana, chrupkom, które dostawał w nagrodę za dobrze wykonane polecenie, samodzielnym wypadom na spacer, które dawały obojgu upragnioną swobodę, pokusom, jakie czekają na łakomego zwierzaka i trosce, jaką okazywał Magdzie, gdy poprawiał jej nogi czy głowę, podawał z szafki leki, zamykał drzwi. To także historia mniejszych i większych wpadek, wzajemnego poznawania się i aprobowania. Igor towarzyszył Magdzie niemal wszędzie – na uczelni, w bibliotekach, niektórych lokalach, a nawet - po specjalnym zezwoleniu arcybiskupa – i w kościele. Piękny golden retriever wywoływał uśmiechy, ale nie wszędzie spotykał się z przychylnością. Takich momentów na szczęście jest niewiele.

Tym, co dominuje w tej opowieści, jest siła charakteru Magdy i jej pasja życia. Nawet mimo tych ciężkich chwil (a zdarzają się niestety), kiedy jej organizm odmawia posłuszeństwa i choruje, a przyszłość zdaje się rysować w ciemnych barwach. To dobra odtrutka dla jęczących i niezadowolonych. Dla tych, którzy marzą, ale boją się spróbować. Podpowiedź dla tych, od których wiele zależy, ale bywa, że brak im odpowiedniej wiedzy. I świetna lektura dla tych, którzy tak jak autorka wierzą, że chcieć to móc.

Za książkę dziękuję wydawnictwu SOL.

środa, 31 sierpnia 2011

Przygoda nie tylko w stylu rokoko


Kerstin Gier, Czerwień Rubinu, wyd. Egmont

Ta powieść to wspaniały przykład na to, że można napisać coś lekkiego i niegłupiego zarazem. Coś, co przeczyta się błyskawicznie i z prawdziwą przyjemnością. Kerstin Gier świetnie oddała psychikę dorastającej dziewczyny – lojalnej wobec najbliższych, znającej swoją wartość i nieprzewrażliwionej na swoim punkcie, czułej jak to w przypadku nastolatki na wdzięki płci przeciwnej i robiącej wszystko, by nie wyszło to na jaw. To także przedstawicielka najmłodszego pokolenia, która wiedzy szuka w google'ach lub w wikipedii, a łacinę zna tylko ze słyszenia. W dodatku to półsierota z tej trochę gorszej części rodziny, w której pojawiają się arystokratyczne tytuły. Kiedy więc okazuje się, że to właśnie ona odziedziczyła zdolność przenoszenia się w czasie, czujemy razem z nią ekscytację i oszołomienie. Nadzwyczajna cecha (obok możliwości widzenia duchów i rozmów z nimi) otwiera wiele możliwości, ale i niesie dla osoby nieprzygotowanej wiele niebezpieczeństw. Gwendolyn w szybkim tempie musi przyswoić sobie jak najwięcej wiadomości, których powinna uczyć się od dziecka, by zapanować nad swoim darem. W dodatku okazuje się, że korzystanie z niego nie jest tylko niewinną rozrywką ani nawet sposobem badania minionych czasów. To misja, której cel został obmyślony przez hrabiego de Saint Germain. Ponieważ Gwendolyn jest już osobą niemal dorosłą i przywykłą do samodzielnego myślenia, przenikliwiej i krytyczniej ocenia różne sytuacje i ludzi, którzy pojawiają się w jej życiu zarówno w teraźniejszości, jak i w przeszłości. A ta kryje wiele niezrozumiałych zagadek, a nawet jedną rodzinną tajemnicę. Postępowanie Gwendolyn zaburza pewien ustalony porządek, a ona sama zaczyna zadawać sobie pytania, kto tak naprawdę w jej otoczeniu jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem.

Czerwień Rubinu” rozbudza ciekawość, zaspokaja ją, po czym znowu zaczyna intrygować. Ma momenty, które bawią i jest tak skonstruowana, że nie nudzimy się nią nawet na chwilę. To dobra literatura rozrywkowa, której cechy mają za zadanie uwieść czytelnika z kręgu młodzieży, ale jest przekonująca i dla dorosłego. Musi on tylko wcześniej przyjąć, że podróże w czasie są możliwe, a konfesjonał w kościele bywa awaryjnym miejscem przerzutowym. Dlaczego nie? W końcu po to czytamy, by oderwać się od rzeczywistości, a „Czerwień Rubinu” to gwarantuje.

Druga część cyklu pod tytułem „Błękit Szafiru” podobno już niebawem :)

Za książkę „Czerwień Rubinu” dziękuję wydawnictwu Egmont.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Fantastyczni z natury


Tomasz Kołodziejczak, Głowobójcy, wyd. Fabryka Słów

Tomasz Kołodziejczak dokonał rzeczy niemożliwej – zajrzał tysiące, a może nawet miliony lat w przyszłość ludzkości. Inne planety niż Ziemia, obce inteligencje, z którymi się współżyje i takie, po których zostały ledwie ślady, nowe religie, które tak samo jak stare dają człowiekowi złudzenie porządku i tak samo go więżą. Opowiadania z tomu „Głowobójcy” przypominają kalejdoskop – każde z nich to inny rzut oka, inny element przyszłości, inne emocje. Intrygi, zagrożenie ekoterroryzmem, badania archeologiczne w miastach nieznanych kosmicznych ras, ale i sportowe pasje, poczucie obowiązku i poszanowanie prawa, a nawet piękna historia miłosna rozdzielonych kochanków, dla których przez kilkadziesiąt lat jedynym łącznikiem był kot. Z rasy zmodyfikowanej genetycznie, stąd jak na koty długowieczny. Za to szanowany w społeczeństwie, które swoje życie oparło na staroegipskich wierzeniach.

Ludzie w opowiadaniach Kołodziejczaka zachowali swą naturę mimo niesamowitego postępu technologicznego i związanych z nim możliwościami. Podążając za modą, a czasem za koniecznością związaną z zawodem, deformują (a może upiększają) swoje ciała, wszczepiają sobie dodatkowe wtyczki lub żyjątka, które oczyszczą organizm z nadmiaru pewnych substancji. Będą walczyć o przetrwanie w trudnych warunkach, nawet gdy oznacza to działania odrażające (uwaga - postąpilibyśmy prawdopodobnie tak samo). Na porządku dziennym są emocjonalne uwikłania, lojalność, która przynosi tylko kłopot, a nawet próby szantażu. Zdarzają się zmiany prawa, które pociągają za sobą bunt i walkę, która jest z góry skazana na porażkę. Na topie jest bycie jak najbardziej naturalnym, co jest trudne w świecie legalnie dostępnych wspomagaczy, o jakich nam się nie śniło. Życie w realnym świecie popierają rządy i kościoły – tak wiele milionów zmarło podczas gier, nieświadoma i nieciekawa rzeczywistości... Oczywiście jedno z opowiadań prowadzone jest z punktu widzenia osoby, która akurat właśnie... gra! „Lotniarz” i „Wrócę do ciebie, kacie” mają jeszcze tę zaletę, że mimo wyraźnego zakończenia zdają się obiecywać jakiś ciąg dalszy. Może autor kiedyś podejmie się wyjaśnienia, jak dalej potoczył się przewrotny los Gofreya Saviano czy kata Van Dorna.

Tom „Głowobójcy” to wspaniała i przemyślana proza. Pełna konkretów, stopniowo wprowadzanych wyjaśnień i szczegółów, które nie przyćmiewają akcji. I różnorodna – raz sensacyjna, innym razem obyczajowa, a nawet bywa, że i romantyczna. Śmiało można powiedzieć, że wychodzi poza ramy literatury fantastyczno-naukowej. A może po prostu udowadnia, że nie gatunek jest ważny, tylko umiejętność pisania i wyobraźnia – tutaj obie imponujące.

Za książkę „Głowobójcy” dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Życie i śmierć po rosyjsku


Aleksandra Marinina, Obraz pośmiertny, wyd. W.A.B. oraz Biblioteka Akustyczna

Uczucia. Od nich się wszystko się kończy i zaczyna. W pisarstwie Marininy zajmują dużo miejsca, chociaż to jednocześnie najbardziej konsekwentne i pełne logiki kryminały, jakie zdarzyło mi się przeczytać (a w tym wypadku odsłuchać). Także w „Obrazie pośmiertnym” była pułkownik milicji tworzy pełnokrwiste, wyraziste postacie, które po swojemu radzą sobie z życiem. Bez względu na to, czy jest to uzależniona od kawy Nastazja Kamieńska, największy mózg analityczny moskiewskiej milicji, czy żona szefa wytwórni filmowej i jednocześnie córka bogatego bankowca, Ksenia – nimfomanka szukająca przygodnych kierowców samochodów produkcji rosyjskiej. Bo inni nie skusiliby się na jej zwiędłe wdzięki. Oczywiście o ile Kamieńska to główna bohaterka kryminałów Marininy, Ksenia jest jedną z wielu nowych osób występujących tylko w tej historii. A postacią, wokół której wszystko się kręci, jest uduszona Alina Waznis. Muza i wielka miłość reżysera wziętych thrillerów została zabita tuż przed zakończeniem ostatnich zdjęć do ich kolejnego wspólnego obrazu. Kamieńska ma nie lada orzech do zgryzienia – młodą aktorkę otaczało wielu wrogów. Od koleżanki po fachu, której zabrała ważną dla niej rolę, znajomego, który pożyczył od Aliny pieniądze i nie oddał ich w terminie, braci, których ojciec Aliny pominął, przydzielając córce całą biżuterię po matce, po Ksenię, która naubliżała jej bez powodu na przyjęciu w wytwórni... Piękna, utalentowana, mściwa, chłodna, wredna, zamknięta w sobie, inteligentna, ale nieczuła – obraz Aliny wyłaniający się z zebranych od znajomych opowieści nie stawia jej w najlepszym świetle. Jak inny jest od jej analiz oper czy dzienników przestudiowanych przez Kamieńską. A także od tych fragmentów powieści, w których autorka celowo przedstawia nam inną twarz Aliny, cofając się lata wstecz aż do jej dzieciństwa, kiedy poznajemy jej największy i wstydliwy sekret. Raz czujemy do zamordowanej współczucie i sympatię, innym razem – niedowierzenie wobec jej niektórych, jeszcze niedawnych postępków. I tylko to jest sygnałem, że coś tu nie gra.

Obraz pośmiertny” to intrygująca historia pewnego skrzywdzonego dziecka i wdzięcznej kobiety, której los - jak się okazało - zależał zawsze od otaczających ją mężczyzn. Budzi smutek, gdyż była bliska przełamania fatum i znalezienia osobistego szczęścia. To także fascynujący obraz rosyjskiego społeczeństwa po przemianach ustrojowych. Zwłaszcza, gdy poznajemy sposób, jak emerytowany milicjant może uniknąć zwerbowania przez mafię albo słyszymy narzekania żony innego, jeszcze w czynnej służbie, która pragnie, by mąż zajął się biznesem i zapewnił im lepsze życie niż mieszkanie w dwu niewielkich pokoikach z dziećmi i obłożnie chorą matką. To czas robienia szybkich fortun, które dają niezależność i nietykalność. Ale i także szukanie szczęścia na dalekiej Syberii, wśród której tajg można zacząć nowe życie. Pierwszy raz pojawia się u Aleksandry Marininy wątek niechęci do Rosjan ze strony Łotyszy. Nie jest on specjalnie rozwinięty. To bardziej stwierdzenie faktu niż wyjaśnienie przyczyn, które jednak dla mieszkańców naszej części Europy wydają się oczywiste.

Marinina nie pozwala na złapanie oddechu. Przenosi nas w świat pełen blokowisk i starych kamienic, w którym czujemy się jak ryby w wodzie. Czytając jej książki, można poczuć, jak mentalnie bliscy jesteśmy Rosjanom. Czy nam się to podoba czy nie. Czaruje nas swoją Asią Kamieńską, której zdolność wyciągania wniosków imponuje i jest jak najbardziej wiarygodna. Zdecydowanie polecam!

Za audiobook „Obraz pośmiertny” dziękuję wydawnictwu Biblioteka Akustyczna.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Agent do spraw nie tylko boskich


Jacek Piekara, Sługa Boży, wyd. Fabryka Słów

Jacek Piekara wykreował świat, w którym Chrystus zszedł z krzyża i z mieczem w ręku walczył z wrogami. To pierwszy sygnał, że mamy do czynienia z nietuzinkową fabułą. Drugi to inkwizytorzy, którzy wieki później dbają przy pomocy śledztw i tortur o to, by zbłąkane duszyczki trafiły do nieba. To postacie złowrogie i budzące postrach. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że ma do czynienia z bezmyślnymi rzeźnikami. Mordimer Madderdin, główny bohater cyklu Jacka Piekary o inkwizytorach, to człowiek inteligentny, elastyczny pod każdym względem (z wyjątkiem wiary), wykształcony w rozpoznawaniu herezji, kłamstw, sfałszowanych pism i w podejmowaniu szybkich decyzji. Nie gardzi przy tym zwykłymi ludzkimi przyjemnościami - niemal w każdym opowiadaniu „Sługi Bożego” przewija się postać co i rusz innej, jasnowłosej i biuściastej młodej kobiety. Jej wygląd odpowiada zresztą wyczytanemu przeze mnie zdaniu, że na dziesięciu mężczyzn dziewięciu lubi kobiety z dużymi piersiami, a temu dziesiątemu podoba się tych dziewięciu. To typowa próbka myślenia Madderdina, która, choć powinna wzbudzać oburzenie, wywołuje śmiech i za nic ma wszelką poprawność polityczną. Zresztą akcja opowiadań rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przeszłości, która z wielu względów kojarzy się ze średniowieczem. Wiele ksiąg jest zakazanych, paranie się nauką i alchemią może ściągnąć niepotrzebne zainteresowanie inkwizytorów, a mimo to zdarza się używanie czarów i przyzywanie dawnych bóstw. Ludzie są na bakier z higieną, a rozwój techniki pozostawia wiele do życzenia.

Mordimer zna się na ludzkiej naturze. Wie, kiedy interweniować, a kiedy dać spokój. Zdaje sobie sprawę, że przyczyną pewnych plotek może być zwykła ludzka zawiść lub podejrzana osoba ma większe wpływy i zamożniejszą sakiewkę niż on sam. Z właściwą sobie trzeźwością umysłu akceptuje porządek świata, w którym biedni zawsze będą biedni i kopani, a bogaci będą rządzić bez względu na zasługi. Jedyny wyjątek zachodzi wtedy, gdy istnieje możliwość herezji. Ale nawet wtedy trzeba zachować ostrożność, bo trudno coś udowodnić osobie, która ma odpowiednie znajomości i wpływy.

Sługa Boży” to wznowiony obecnie, jeden z wcześniejszych zbiorów opowiadań Jacka Piekary o inkwizytorze. Osobiście bardziej wolę jego późniejsze minipowieści. Ciekawie jest jednak zobaczyć, jak ewoluowała postać Mordimera Madderdina, jak liczniejsze niegdyś elementy fantastyki ustępowały pola niezwykłej umysłowości inkwizytora – przenikliwej, pozbawionej złudzeń i pełnej cynizmu, która nawet odruchy dobra tłumaczy w kategoriach korzyści. Ale za to wyciągającej go z niejednej opresji. Mimo takiego sposobu myślenia Mordimer wydaje się ludzki i po prostu sympatyczny. Trudno uwierzyć, że mógłby wykorzystać swój przenośny zestaw do robienia tortur. A na pewno to zrobi, gdy będzie miał uzasadnione podejrzenie, co do nieprawomyślności kandydata na przesłuchanie. Gdyby było inaczej, policzyłby się z nim jego Anioł Stróż – istota groźna i nieobliczalna, która nie ma nic wspólnego z cukierkowatym obrazem anioła chroniącego dzieci przechodzące obok przepaści.

Zdecydowanie polecam, bo tak intrygującej postaci jak Mordimer Madderdin nie było do tej pory w literaturze!

Za książkę dziękuję dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

Nie taki wampir straszny


Andrzej Pilipiuk, Księżniczka, wyd. Fabryka Słów

Księżniczka” Andrzeja Pilipiuka roi się od bardzo niezwykłych postaci – wampir i jego łowcy, długowieczne kuzynki i alchemik, golemy i inni. Główni bohaterowie zostali mimo swej, delikatnie mówiąc, nietypowości przedstawieni w ujmujący sposób. Ich życie jest długie, a wspomnienia potrafią sięgać niekiedy setek lat wstecz. Nic dziwnego, że tak dobrze orientują się w przeszłych zdarzeniach i dawno zapomnianych technikach, począwszy od robienia nalewek po tynkturę przedłużającą życie lub zrobienie własnej szabli. Przy czym są to opisy bardzo szczegółowe i ciekawe. W końcu, kto z nas wie, że przy torach kolejowych można znaleźć w stanie sproszkowanym tlenek żelaza. Albo jak osiągnąć temperaturę spalania kilku tysięcy stopni? Nie mówiąc już o bardziej współczesnym sposobie zmiany napisu na tablicy rejestracyjnej samochodu czy znajomości regulaminu krakowskich Plant, która pozwoli przemierzać parkowe ścieżki... konno! Wiedza autora pod tym względem jest naprawdę zdumiewająca. A wiadomości z biologii i historii, które nam serwuje przy pomocy swoich bohaterów-nauczycieli, znacznie wykraczają poza poziom szkolny. I nawet poza Europę. To wszystko sprawia, że tempo czytania wzrasta z każdą stroną. Co ciekawe, w tej przygodowej fabule kilkakrotnie spotkamy się z krytyką szkoły jako instytucji zabijającej samodzielność myślenia. Podczas gdy aż chciałoby się mieć takich szkolnych nauczycieli jak tytułowa księżniczka Monika Stiepankovic.

Świat według Pilipiuka ma swoją ciekawszą, ukrytą przed oczami większości ludzi stronę. To tu szanuje się dawne księgi i nie zapomina dokonań ludzkiej myśli. Włada się starożytnymi językami, zna się tajne przejścia i rytuały, postępuje z odwagą i pamięta hasła, które otworzą w razie potrzeby drzwi zaprzyjaźnionego zakonu. Poza tym spragnieni dynamicznej akcji dostaną tu sporą dawkę pościgów i ucieczek przed pewnym groźnym tajnym bractwem oraz scen walk z użyciem białej broni. W powieści nie zabrakło także akcentów humorystycznych, czego przykładem jest drugorzędna postać lektorki języka fusha z Sudanu, która od zatrudniającej ją uczelni domaga się ochrony przed wampirami (nie muszę dodawać, że bezskutecznie). Lub wyjaśnienie, skąd pomysł Dänikena, że cywilizacja Egipcjan powstała dzięki interwencji kosmitów. W czym ma swój udział pewna ożywiona na chwilę mumia z krakowskiego Muzeum Archeologii i wisząca nad jej głową żarówka.

Trzeba pamiętać, że „Księżniczka” jest kontynuacją poprzedniego, pierwszego tomu cyklu o kuzynkach Kruszewskich. Nie jest mi on znany, więc mogę dodać od siebie, że można zacząć czytanie od tomu drugiego. I liczyć się z tym, że po zakończeniu będzie się mieć chrapkę na pierwszy i trzeci tom jednocześnie. I to jedyne ryzyko. Ja nie żałuję. Plus dla wydawnictwa za eleganckie wydanie: twardą oprawę, tasiemkę-zakładkę i mieniący się roślinny motyw na okładce.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

sobota, 13 sierpnia 2011

Sprawa elfio-ludzka




Eleonora Ratkiewicz, Tae ekkejr!, wyd. Fabryka Słów

Eleonora Ratkiewicz pisze w charakterystyczny sposób. Jej styl jest emocjonalny, wymaga większej uwagi niż tylko prześlizgiwanie się wzrokiem po literach. Jeśli spełni się ten warunek, „Tae ekkejr!” wciąga bez reszty i sprawia, że zapomina się o upływającym czasie. Ten sposób pisania, pełen odniesień do myśli i uczuć ludzi (i nieludzi w tym przypadku), przypomina mi Aleksandrę Marininę. Być może to taka rosyjska cecha, dla mnie szalenie sympatyczna i miła.

Jak przystało na prawdziwe fantasy, znajdziemy w „Tae ekkejr!” przedstawicieli ludzi, elfów i krasnoludów. Autorka, w przeciwieństwie do innych pisarzy fantasy, nie poprzestaje na cechach charakterystycznych dla każdej z tych ras, które funkcjonują w literaturze chyba jeszcze od czasu „Władcy Pierścieni”. Owszem, i u niej elfy to piękne, długowieczne istoty ze szpiczastymi uszami, krasnoludy to m.in. doskonali rzemieślnicy, a ludzie to tylko krótkotrwali goście na scenie życia. Ale jak się tu okazuje - nie tylko.

Elfy i ludzie w świecie Eleonory Ratkiewicz znają się niewiele, a nawet wcale. Spotkanie księcia Lermetta z Ennearim przypomina zderzenie kultur, które wzajemna otwartość i ciekawość oraz poczucie wdzięczności - zamiast w nienawiść - przeradza powoli w przyjaźń. Inne zwyczaje, inna długość życia, a co za tym idzie, inne pojmowanie świata i opisywanie go językiem o specyficznej dla każdego ludu konstrukcji gramatycznej – to powody, dla których obu młodzieńcom tak trudno znaleźć na początku wspólny język. Co ciekawe, okazuje się, że i ludzie i elfy są dla siebie nawzajem intrygujący i obdarzeni cechami, które budzą w drugiej stronie zachwyt. To nowość w fantasy. A przynajmniej ja dotąd nie spotkałam się z podobnym ujęciem ludzko-elfich stosunków. Właściwie razem z Lermettem na nowo odkrywamy elfy, przy okazji dowiadując się wiele o królestwie, z którego pochodzi książę. Takie nagromadzenia szlachetności, dobrych obyczajów i rozsądku robi wrażenie. W wyobraźni Ratkiewicz stworzyła naprawdę wyjątkowe państwo. Niemal idealne, gdyby nie to, że nawet w takich miejscach jak z bajki znajdzie się jakiś czarny charakter gotowy uknuć groźną intrygę. I, o dziwo, mający swoje powody, z których wnika, że nawet prawość może wydać zatrute owoce.

W „Tae ekkejr!” akcja oraz procesy myślowe bohaterów to dwa równorzędne, przeplatające się ciągi. Stąd poczucie, że czasami dana sytuacja rozwija się zbyt wolno. Usatysfakcjonowani na pewno będą ci, których interesują tajniki ludzkiej (i nieludzkiej) duszy i przełamywanie barier kulturowych (także tych fantastycznych!) oraz ci, którzy lubią kibicować bohaterom podejmującym ważną misję. „Tae ekkejr” to pochwała przyjaźni, która ma trudny początek. Książka pozostawia po sobie miłe wrażenie, taki jakiś baśniowy posmak, poczucie, że warto otworzyć się na innego i spojrzeć na świat jego oczami. Dlatego warto po nią sięgnąć.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów

wtorek, 9 sierpnia 2011

Szczęście zaczytanych bez pamięci


Simon Leys, Szczęście małych rybek, wyd. Drzewo Babel

Polubiłam go od pierwszych stron. Jest jak przyjaciel, którego głosu się nie zna, który mieszka na drugim końcu świata, a w którym wyczuwa się taką samą pasję. Simon Leys to belgijski sinolog, tłumacz, pisarz i krytyk literacki mieszkający na stałe w Australii. Drzewo Babel zaprezentowało nam zbiorek jego felietonów, które szeroko odnoszą się do literatury, do sztuki, filozofii, do postaci twórców i myślicieli. Leys błyszczy erudycją i oczytaniem, rzuca garściami cytaty, anegdotki, wyciąga ciekawe wnioski i podporządkowuje je wcześniej ustalonemu tematowi. Jako znawca chińskiej poezji i malarstwa włącza w swoje przemyślenia przedstawicieli Chin, głównie starożytnych. Zawstydza, gdy łapię się na tym, że pewnych nazwisk nie znam, że mam luki w znajomości literatury. A jednocześnie inspiruje, by czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Choćby książki historyczne, które przewrotnie stawia na równi z literaturą powstałą od początku do końca wyłącznie z fantazji autora.

Literatura fascynuje Leysa w sposób bardzo widoczny. Jej „bezużyteczność” go wręcz zachwyca, wpływ na wyobraźnię czytelników zdaje się bawić i zdumiewać jednocześnie. Rozdźwięk między osobą autora a napisanym tekstem to dowód na potęgę ludzkiego umysłu i jego niewyobrażalnych zdolności twórczych i poznawczych. Podoba mi się przykład Conrada, kapitana żeglugi i pisarza, który dostaje choroby morskiej na kanale La Manche, panika cenzorów przy tym fragmencie „Pani Bovary”, w którym bohaterka znika na całą noc z kochankiem w dorożce i Flaubert nie poświęca ani słowa na opis, co się między nimi działo, oraz teza, że wolny czas i próżnowanie są niezbędnym warunkiem twórczości. A także opisy trudnych relacji między wydawcami a autorami.

Trudno mi przytaczać konkretne zdania, by uzasadnić moje wnioski. Potrzebne by raczej były całe akapity, czasem rozdziały. A przyjemności czytania i odkrywania samemu takich perełek nie chciałabym nikomu odebrać.

Wśród wielu ciekawych stwierdzeń znalazłam i dowód na to, że autora poniosło – uważa on osoby palące tytoń za bardziej rozwinięte duchowo i uzasadnia to m.in. fajką van Gogha. Palacze będą zachwyceni. A ja, jako osoba mniej rozwinięta, kończę już swoją ułomną pisaninę i puszczam Simonowi Leysowi oko ;)

Za książkę dziękuję wydawnictwu Drzewo Babel.

Płochym okiem na Warszawę



Magdalena Samozwaniec, Kartki z pamiętnika młodej mężatki, wyd. W.A.B. i Biblioteka Akustyczna

Przewrót majowy, podczas którego naprzeciw siebie stanęły wojska rządowe i zwolennicy Józefa Piłsudskiego, obecnie budzi wielkie emocje raczej w historykach niż w zwykłych ludziach. W 1926 roku było to jednak wydarzenie, które wzburzyło współczesnych. W „Kartkach z pamiętnikach młodej mężatki” Magdalenie Samozwaniec świetnie udało się oddać tę atmosferę przy pomocy stworzonej przez siebie postaci Mimi Bigourdan. To młoda Polka, na co dzień mieszkająca w Paryżu z mężem Francuzem, niezorientowana w wewnętrznej sytuacji ojczyzny i co tu dużo mówić – romansowo nastawiona do życia. W ukochanej Warszawie Mimi zajmuje pokój w hotelu Bristol, a zatem znajdzie się w centrum dramatycznych wydarzeń. Samozwaniec to parodystka i satyryczka, więc jej bohaterka, choć w zrywach bywa nastawiona patriotycznie, plecie czasami po prostu głupstwa, a jej pytania są celowo naiwne i absurdalne. Jednak to właśnie taka pusta Mimi może głośno wyrażać zdziwienie, że jak to możliwe, że to Polacy biją Polaków, a na koniec przyjąć, że Warszawa to taka dziwna stolica, w której żałobę podkreśla się nietypowo, bo różowym kolorem. Początkowo Mimi zajmuje się przede wszystkim zastanawianiem się, jakie wrażenie wywrze na swoim adoratorze (a nuż do czegoś dojdzie z uwodzicielskim Kaziem) niż strzelaniną na ulicach. Polityka szybko staje się kłopotliwa, bo wielbiciel przestaje się pojawiać, przez hotelowe okna nie wolno wyglądać, a próba spaceru kończy się natknięciem na uzbrojonego żołnierza, który stanowczo odprowadza znudzoną paniusię do hotelu. Mimi rozbrajająco dziękuje mu za to, że.... jej nie zastrzelił. Co nie było aż tak nieprawdopodobne, skoro sporą część ofiar przewrotu stanowili zwykli gapie. Podczas gdy opowieść Mimi bawi swoją niefrasobliwością, komentarz Jana Wróbla jest bardzo szczegółowy i na chłodno pokazuje polityczne przyczyny i dokładny przebieg przewrotu. A także odsłania kulisy powstania książeczki. Te dwie części książki, tak odmienne w charakterze, fantastycznie się dopełniają – inaczej po prawie 90 latach moglibyśmy uwierzyć w sugestywną, spisywaną na gorąco opowieść Mimi Bigourdan o tym, że jakiś tajemniczy wróg, najpewniej Niemcy!, zaatakował w latach dwudziestych Warszawę. Oraz w to, że sama Mimi - jak i pacjentka lekarza, której monolog znajdziemy pod koniec - stanowią jakiś zaginiony (na szczęście!) wzór kobiecości.

Zagłębmy się więc w całość „Kartek... „ przygotowaną przez wydawcę, by odświeżyć wiadomości z historii i zobaczyć je w parodystycznym ujęciu lekkiego i czupurnego pióra Magdaleny Samozwaniec. Śmiech gwarantowany!

Za audiobook dziękuję Bibliotece Akustycznej.

sobota, 6 sierpnia 2011

Na własną rękę



Agata Chróścicka, Kontener, wydawnictwo W.A.B.

Kontener” to zgrabnie napisana powieść z fabułą, która przyciąga elementami sensacji i psychologiczną wiarygodnością. Na szczególną uwagę zasługuje tu postać Paula Afflecka, który razem z dziennikarką Anną Niezgodą stanowi duet głównych bohaterów książki. Wydaje się on bardziej barwny od swojej partnerki, ale być może dlatego, że lepiej poznajemy jego życie uczuciowe i prywatne. Podczas gdy o Annie wiemy tylko, że znudzona pracą w korporacji, spróbowała sił w dziennikarstwie, z powodzeniem odnajdując się w tropieniu ciemnych sprawek i podejrzanych indywiduów. To właśnie przez jej śledztwo Paul zostaje wplątany w międzynarodową aferę dotyczącą nielegalnego handlu lekami. Nie stałoby się tak, gdyby nie Gloria Watson. Kiedy poznajemy Paula, ten przeżywa załamanie, ponieważ Gloria bez uprzedzenia porzuciła i jego, i swoją pracę. I tu ostrzeżenie: nie czytać na skrzydełku książki opisu wydawcy. Dajmy się ponieść powieści bez uprzedzania faktów, zwłaszcza przy tak sugestywnym opisie stanu uczuciowego Paula, który jednocześnie zmaga się z raportami, firmowymi plotkami i niespodziewanym awansem. Ciekawie jest obserwować przemianę, jaką przechodzi lojalny i ambitny pracownik, grzeczny chłopiec z nizin społecznych, który ciężką i samodzielną pracą chce osiągnąć sukces. A ostatecznie półlegalnymi środkami próbuje dojść prawdy i przerwać nieuczciwy proceder. Nawet jeśli oznacza to wkradanie się na teren zamknięty, przechodzenie przez płoty, urywanie się niechcianej obstawie i myszkowanie tam, gdzie nie powinno się być. Emocje Paula zrozumie każdy, kto woli przeżywać ryzykowne eskapady wyłącznie w wyobraźni lub o nich czytać.

Od samego początku jesteśmy wprowadzani w tę historię raz przez Paula, a raz przez Annę. Ma to sens, ponieważ dwójka partnerów ma inne zadania, a afera swoim zasięgiem ogarnęła kawał świata. Akcja dynamicznie prowadzi nas przez Polskę, Wielką Brytanię po Wyspy Kanaryjskie, Gabon, Belgię i słynącą z dyskretnych banków Szwajcarię. Szacunek należy się autorce, która nie uczyniła z dwójki swoich bohaterów pary kochanków, by jeszcze bardziej podkręcić akcję. Dla mnie ich relacje i wzajemna sympatia są dzięki temu wiarygodne. Zresztą według informacji umieszczonej na okładce w notce biograficznej, Agata Chróścicka pracuje nad kolejną częścią przygód Anny i Paula – jest zatem możliwe, że coś się zmieni w ich relacjach.

Kontener” należy do tych powieści sensacyjnych, które czyta się zazwyczaj tylko raz, lecz jest to mile spędzony czas z książką w ręku. Zwłaszcza, gdy lubi się bohaterów, którzy choć trochę przypominają nas samych (a nie super wyszkolonych tajnych agentów) i którzy posługują się inteligencją i intuicją, oraz gdy lubi się brytyjskie poczucie humoru, którego przykłady roją się w książce dość gęsto.

Za książkę „Kontener” dziękuję wydawnictwu W.A.B.